sobota, 31 grudnia 2016

Notatka grudniowa #31

Ho ho!
Dziś krótko, bo większość dnia spędziłam w kuchni, a teraz potrzebuję się spakować, zrobić na bóstwo i nie kazać zbyt długo czekać panom, którzy po mnie przyjadą ;p

instagram: natik_89

Wam życzę udanej zabawy sylwestrowej, spełnienia marzeń w nadchodzącym 2017 roku, dużo zdrowia, sił i szczęścia!

I do poczytania w przyszłym roku!

N.

piątek, 30 grudnia 2016

Notatka grudniowa #30

Ho ho!
Czy to już przedostatni post w grudniu!? Przedostatni dzień roku? Jutro Sylwester? Intensywny tryb życia powoduje, iż zawsze jestem zaskoczona tym, co wydawało się tak odległe, tymczasem wyrasta znienacka tuż przede mną.


Po porannym trybie perfekcyjnej pani domu i wizycie u pacjenta, umówiłam się z Mężczyzną na zakupy. Chciał mi pomóc dźwigać siaty :) Jego obecność pozwoliła mi też uniknąć błąkania się po dawno nieodwiedzanym sklepie, realizowaliśmy tylko listę zakupów. I dział motoryzacyjny. I dział elektroniczny. I tak, wyszłam z nową kartą pamięci do aparatu, więc skończy się zmienianie tych 1gb-owych co 200 zdjęć ;p 

W sumie, jak teraz myślę, ile dziś wydałam pieniędzy (kupiłam bazę pod podkład, na promocji w Hebe i jeszcze fizjo-książki, bo do jutra mam ważny kod zniżkowy), to dochodzę do wniosku, że lepiej jest, jak pracuję po kilkanaście godzin dziennie - przynajmniej nie mam kiedy wydawać!

Zatęskniłam dziś za bieganiem, pewnie przez to obłędne słońce. Korci, nęci, ale muszę poczekać, jeszcze chwileczkę. Widziałam też pana biegacza, co tak brawurowo przekracza skrzyżowanie środkiem, znak, że jeszcze nic mu się nie stało :)

Resztę dnia spędziłam na sprzątaniu, teraz szykuję się na relaks z winem. Dziwnie tak mieć wolny wieczór, jeszcze odczuwam niepokój, iż nic nie robię, a może powinnam. Pewnie totalne rozleniwienie przyjdzie dopiero w poniedziałek, gdy potrzebna mi będzie maksymalna mobilizacja. Ale to dopiero w przyszłym roku, mam czas ;D

N.

czwartek, 29 grudnia 2016

Notatka grudniowa #29

Ho ho!
Takie czwartunie to ja mogę pykać do końca życia! Najlepiej codziennie <3
Leniwy poranek, leniwe śniadanie, leniwy make-up. Potem spacer leniwym krokiem do banku, równie leniwie do apteki, by leniwie zameldować się w domu i lenić się jeszcze 3h grając w Simsy ^^


Potem znudziło mi się to ślimacze tempo, więc ekspresowo ogarnęłam mieszkanie, omówiłam z M. kwestie jedzeniowe na Sylwestra i przekopałam przez stos książek kucharskich w poszukiwaniu tego jedynego, idealnego przepisu na murzynka wiśniowego. 

W tym przypływie energii wymyśliłam, że pojadę na zajęcia z jogi. Umordowałam się tam, chwiałam okrutnie, mięśnie smętnie popiskiwały, a ja pokornie przyznawałam sama przed sobą, iż tylko czuję się dobrze - bo ni ... nie jest dobrze. Już nie mogę doczekać się powrotu do biegania xD

Także dla własnego bezpieczeństwa dziś już zwalniam obroty, wracam czytać książkę i zbierać siły na jutrzejszy dzień. Dobranoc!

N.

środa, 28 grudnia 2016

Notatka grudniowa #28

Ho ho!
Po wczorajszym produktywno-relaksacyjnym dniu nadszedł dzień pracy. Choć praca to w tym przypadku za duże słowo. Po pracuni udałam się do Bonarki na ubraniowe łowy. Niestety jest teraz szał przecen (w większości udawanych przecen, uważajcie szczególnie w sklepie Martes Sport ;p), więc to, co znaleźć można w sklepach określę jednym słowem: burdel. Nie znalazłam nic z mojej listy, ale na pocieszenie wpadł balsam z Yves Rocher, który poleciła mi dziewczyna kumpla Mężczyzny, a który stosuję jako krem do rąk na noc, więc starcza mi na rok <3 Dobrze, że była promocja -50%, inaczej jego cena jest rozśmieszająco absurdalna :D


Zrobiłam jeszcze zakupy do domu i na tym moja werwa się skończyła. Nawet drzemka nie pomogła. Od popołudnia ból chce rozsadzić mi głowę, więc wyczekiwane spotkanie z Mężczyzną miało charakter, jak sam to określił, wysysania ze mnie energii. Chyba muszę po prostu zakończyć już ten dzień, jutro na pewno będzie lepiej.

Na pewno.

N.

wtorek, 27 grudnia 2016

Notatka grudniowa #24 + #25 + #26 + #27

Ho ho!
No, i wyszła kumulacja we wtorkowym wpisie. Najgorzej, iż nie notowałam na bieżąco, więc muszę się teraz wysilić i przypomnieć sobie, co też takiego robiłam przez ostatnie 4 dni :)


W nocy z piątku na sobotę nie spałam za wiele - leki niezbyt działają i topię się w tym, co leci mi z nosa i oczu. To znów temperatura rośnie i trzepie mną na wszystkie strony. Jeśli usnę i obracam się na bok, wybudza mnie ból stawów. Wykończona zwlekam się rano z łóżka (jak na złość, właśnie zapadałam w sen..), bo przed świętami zajęć nie brakuje. Z biegiem dnia nawet się rozkręcam i dopiero przy wigilijnym stole nadchodzi apogeum (tak wtedy myślałam).

Wigilię spędzaliśmy u wujostwa, z dziadkami. Wieczerza zaczęła się nieco wcześniej, ponieważ kuzynka musiała iść do pracy, a chcieliśmy się wszyscy przełamać opłatkiem. Aby nie była stratna, snapowałam jej wszystko, co się działo (ona odwdzięczała się snapami swego pustego miejsca pracy - tyle dobrze, że mogła spędzić nockę w spokoju), a działo się to, co zwykle: szaleństwa kotów, jedzenie, picie, jeszcze więcej jedzenia, prezenty, znów jedzenie i klasyka, gdy przy stole siedzi fizjoterapeuta, czyli Natala, a co mi jest!? 

Wcześniejsza biesiada niestety nie zaowocowała wcześniejszym powrotem do domu, choć po cichu liczyłam, że skoro rodzice zrezygnowali z Pasterki, by trawiące nas infekcje nie przerodziły się w hospitalizację, to wrócimy do domu przed północą. 

Nie.

Powrót do domu nie oznacza też położenia się spać, gdyż z rodzicami otwieramy nasze prezenty pod naszą choinką. Zwykle bardzo cieszę się na ten moment: ciszę, kieliszek orzechówki na trawienie lub porzeczkówki na rozgrzanie po kościele i rozmowy. Tym razem pragnęłam tylko, by ktoś już mnie zastrzelił. Kaszel chciał mnie zabić, słoń siadł na klacie, a z nosa puściła się krew. 


Noc z soboty na niedzielę była jeszcze fajniejsza - tym razem zasypiałam, a to, co mi się śniło, zapewne sam King by podchwycił.. Plan na niedzielę wyglądał następująco: obiad u nas. W praktyce od rana w kuchni, bo obiad zawsze musi być wypaśny, a przygotowania zajmują czas. Na 15 min przed przybyciem gości wciąż latałam w piżamie, a o biżuterii przypomniałam sobie już po wymianie gości.

Wymiana gości następuje, gdy dziadkowie postanawiają jechać do domu, a chwilę po nich przyjeżdżają znajomi i druga część rodziny - imprezka zaczyna się od nowa. U mnie akurat ta roszada pięknie pokryła się ze wzrostem temperatury, więc ewakuowałam się do pokoju i trzepałam pod pledem. Wspomniana wyżej kuzynka, która już w Wigilię czuła się podle, w niedzielę była chyba w najgorszym momencie swojej choroby. Niestety, u nas w rodzinie, jak widać, nie jest to powód, by odpuścić sobie zabawę - nie dość, że laska przelewała się przez ręce, kaszlała tak, że gruźlica przy tym, to pokasływanie, musiała czekać na rodzinę, by odwieźć ich do domu, to jeszcze miała w poniedziałek na rano do pracy. Leżałam tak pod tym pledem i myślałam sobie, że ten świat definitywnie zmierza ku zagładzie - skoro nawet nie potrafimy oszczędzać cierpień własnym dzieciom!?

Noc z niedzieli na poniedziałek przyniosła jeszcze jedną kiepską wieść - odchodzi George Michael. Ten rok zebrał srogie żniwo, ale ta śmierć trzepnęła mnie najmocniej. Posłuchajcie sobie piosenki, którą napisał po tym, jak przetrwał zapalenie płuc kilka lat temu - White Light - wsłuchajcie się szczególnie w słowa pierwszej zwrotki. 


Poniedziałek do południa spędzam w łóżku. Wyszłam tylko na śniadanie, ale ból stawów doprowadzał mnie do łez, więc wróciłam do leżenia i pozycji przeciwbólowych. Dramat. O 13 zebrałam zwłoki, pojechałam na cmentarz, potem do dziadków (tak, tych samych od trzech dni, całe towarzystwo to te same osoby przez trzy dni - ja po wigilii już nie mam o czym rozmawiać z kuzynkami..) na obiad, dla odmiany ;p Dragi trzymały mnie w pionie, ale z wizyty u drugiego wujostwa już zrezygnowałam i pojechałam do domu. O 19 byłam już w łóżku, zasnęłam od razu i spałam snem nieprzerwanym do 21! To chyba mój rekord w te święta.. 2h ciągłego snu!

Dzisiejsze wolne w pracy postanowiłam spożytkować na wyzdrowienie. Kiszę się cały dzień w domu, wychodząc z łóżka tylko po to, by nastawić pranie, powiesić pranie, włączyć zmywarkę, rozładować zmywarkę, wziąć coś do jedzenia/picia i zadbać o siebie (tak, w końcu znalazłam czas na pomalowanie paznokci na święta! :D:D). Moja lista to-do zajęła całą kolumnę na dzisiejszy dzień w kalendarzu, ale radość z odhaczenia prawie wszystkiego jest zajebista! Od razu mi lepiej!

N.

piątek, 23 grudnia 2016

Notatka grudniowa #23

Ho ho..
Dziś będzie krótko i zwięźle - nosz, motyla noga!


Tak, na pewno znacie to powiedzenie o rozśmieszaniu Boga! Najwyraźniej czasu na przygotowanie się do startu w lutym będę miała jeszcze mniej. Tata zaraził Mamę, któreś z nich mnie i oto szaleję w kuchni ze stanem podgorączkowym. I to niekoniecznie spowodowanym pośpiechem. 

A jeszcze rano było tak dobrze! Produktywny poranek, otwieranie sklepów, które muszę zaliczyć (bez kolejek, jupi!), ogarnięcie domu i już o 11 byłam w pracy. Co prawda z nosa nieco ciekło, ale niech podniesie rękę ten, komu wchodzenie z mrozu do ciepłego pomieszczenia nie rozczula śluzówki :> Ubrałam się w mycie młynka borowinowego, przypadkiem odkrywając lifehack skracający czas mycia młynka z dwóch godzin do jednej - da się wyjąć zeń pióra i nie trzeba lawirować między nimi. Niemniej palec sobie przecięłam - co tradycja, to tradycja - nikt nie wychodzi z całymi łapami po myciu młynka. Po pracy pacjent i już wracając od niego czułam, że nie jest dobrze. Piękne święta przede mną!

N.

czwartek, 22 grudnia 2016

Notatka grudniowa #22

Ho ho!
Pojutrze wigilia..
Wiecie, że jestem świętosceptykiem, więc odliczać powinnam raczej do wtorku ;p Zastanawiam się właśnie, jak rozwiązać kwestię wpisów w ten piękny, rodzinny czas, bo szans na powrót do domu przed północą i skrobnięcie czegokolwiek definitywnie nie będzie. Może kumulacja we wtorkowym wpisie?


Wtorek zapowiada się intensywnie - to ten dzień, na który spycham wszystko na po świętach, a jeszcze okoliczności nieco zmuszają mnie do powrotu do biegania. Nie to, żebym nie chciała, ale miałam nadzieję na dużo patatajania dla przyjemności, tymczasem szykuje mi się służbowy start w lutym i na gwałt muszę sobie przypomnieć, jak się szybko przebiera nogami o.O 

Jednak zanim bieganie, trzeba przeżyć święta. Dziś oprócz codziennej wizyty na placu targowym (dobrze, że mam jeden fajny pod nosem!), spędziłam popołudnie na wyczekiwaniu na kuriera, który ku mojemu szczeremu zdziwieniu nie odpierdolił żadnego cyrku, tylko umówił się, przyjechał, dostarczył paczkę i pojechał. Cud, tym bardziej, że w tak gorącym okresie.. Potem odpicowałam wieniec/stroik adwentowy (igły zaczęły opadać, trzeba było wymienić całą żywą jego część) i zostałam z ażurowymi łapkami. A jeszcze oparzenia od siarki się nie wygoiły. Smutek mocno.

Wracając w poniedziałek od cioci, zaczęłam czytać książkę pt. Klinika (nie pamiętam czyjego autorstwa, a nie chce mi się przełączać na czytniku ;p). Zaczęła się tak obrzydliwie, że właściwie nie wiem dlaczego czytałam ją dalej (dobra, wiem, miałam przed sobą 40 min w autobusie), a teraz tak mnie wciągnęła, że muszę się hamować, bo nie spałabym już wcale. Także spadam na moje przydziałowe 30 min z książką - dobranoc!

N.

środa, 21 grudnia 2016

Notatka grudniowa #19 + #20 + #21

Ho ho!
Piękne combo, prawda? W poniedziałek odpuściłam sobie pisanie z premedytacją - chciałam iść spać. Wtorek zadecydował za mnie i czasu nie znalazłam. Dlatego dziś piszę już teraz, nim znowu zdarzy się coś, co oderwie moją uwagę od notatki grudniowej.


Poniedziałek był mocnym akcentem. Jak wchodzić w nowy tydzień, to szturmem! Od świtu kąpałam w siarce, potem pojechałam do pacjenta, od niego do cioci, gdzie nie skończyło się na terapii manualnej, a na nagrywaniu płyt ze zdjęciami (nie pytajcie). Wpadłam do domu na całe pół godziny, podczas których mama podała mi talerz z odgrzanym obiadem, a ja jedząc go, pakowałam się na jogę. I przebierałam, także ciekawe kombinacje z zastawą ;p Zjogowałam się i zameldowałam w domu o 22:30 - mocny początek tygodnia!

Niewiele brakło, a dałabym sobie siana z jogą, ale to była prawdopodobnie ostatnia szansa, by pojawić się w tym tygodniu na zajęciach, więc szkoda odmawiać sobie przyjemności. Cieszę się, że poszłam, w końcu ruch to zdrowie, a tego mi teraz najbardziej potrzeba.

Wtorek stał pod znakiem załatwiania spraw nieco mniejszych - ostatnie prezenty, dekorowanie pierniczków (nie dokończyłam, brakło mi cierpliwości), ratowanie paznokci, poszukiwania białej bluzki (wymyśliłam sobie, nie? białą bluzkę znaleźć w sieciówkach..) i jeszcze całej listy innych spraw, których nawet nie zaczęłam, bo jak grzyby po deszczu wyrastały problemy i załatwienia na wczoraj. Znów położyłam się nieco za późno jak na wstawanie nad ranem (albo w nocy ;p).

A dziś jest jeszcze ciekawiej! Wczoraj jedna z pań, z którymi pracuję na mokrych zabiegach, dowiedziała się przez telefon, że jednak od nowego roku zatrudniona nie będzie (jest na śmieciówce, tak jak my). Rozumiem jej rozżalenie i ogrom emocji, który nią miotał, gdy usłyszała te cudowne wieści, choć zachowania już nieszczególnie pojmuję. Oświadczyła, że zatem od dziś nie przychodzi już do pracy - nie wiem, czy chciała zrobić na złość kierowniczkom (choć to nie była ich decyzja, tylko z wyższego szczebla), ale zrobiła głównie nam, swoim koleżankom. Na trzy dni przed świętami, oprócz swojej zmiany, swoich pacjentów i swoich rodzinnych obowiązków, muszę jeszcze obrabiać jej zmianę. Niestety, taka mentalność, może za długo na siarce przesiedziała (tak, naprawdę już czas się ewakuować ;p).

Jeśli już mowa o obowiązkach, to wracam dekorować pierniki, pakować prezenty i pić grzańca :) Odezwę się jutro, a Wam życzę mniejszego burdelu przedświątecznego!

N.

niedziela, 18 grudnia 2016

Notatka grudniowa #18

Ho ho!
Niedawno wróciłam do domu. Dzisiejszy dzień stał pod znakiem dorocznej mszy świętej w intencji Dziadka J., co oznacza nic innego, jak spęd rodzinny po drugiej (jak dla mnie) stronie miasta. Fajnie, ale chyba tylko uczucie zamarzania w kościelnej ławie uchroniło mnie przed zaśnięciem (nie było nudno, ale przydałby mi się jeszcze weekend na odpoczynek i odespanie minionego tygodnia). 


Ponieważ wczoraj poszłam rekordowo wcześnie spać, dziś wstałam wraz z kogutami. Dokończyłam książkę na kindlu, obejrzałam kilka vlogmasów i postanowiłam zabrać się za coś pożytecznego. Stanęło na wyczyszczeniu kolczyków (zapomniałam je zdjąć w poniedziałek przed siarkową zmianą, więc po sześciu dniach były całe czarne..). Pochwaliłam się pomysłem na głos i z trzech kolczyków zrobiło się godzinne czyszczenie sreber domowych :D Najpierw elektroliza, potem polerka na wysoki połysk. Dziś uszy świeciły mi się jak psu jajca.. no, wiadomo co ;p

Popołudniu wybraliśmy się z Mężczyzną na spacer. Akurat dopadł nas masywny opad śniegu, więc nie mogło być lepiej <3. Po drodze zaliczyliśmy Lidla - nerkowce uzupełnione, znalazłam też herbatę o smaku imbiru z rokitnikiem i po pierwszej degustacji gorąco polecam. Ostra, kwaśna i gorąca - jak znalazł po spacerze w śnieżnej zawierusze!

Przede mną kolejny zacny tydzień, tym razem zaczynam z grubej rury - siara, pacjent, ciocia i jak czas pozwoli, joga na deser (tak, wracam do aktywności!). Czy wspominałam już, że coś bym sobie odpoczęła? 

N.

sobota, 17 grudnia 2016

Notatka grudniowa #17

Ho ho!
Wstaję nad ranem. No, dobra, o piątej. Pełzając zaliczam kolejne pomieszczenia w domu, szykując się do pracy. Nieubłaganie wybija godzina, gdy trzeba iść odskrobać auto. To idę. Ledwie włączyłam silnik, pojawia się sąsiadka z pieskiem i przez bite piętnaście minut, gdy szukam szyb pod warstwą lodu, nawija. Biedny pies. 


W robocie przez pierwsze dwie i pół godziny odhaczam 3/4 pacjentów. Tempo zawrotne i zwiastujące tylko jedno - za dobrze mi idzie, bym wyrobiła się wcześniej do domu. Między dziesiątą a dwunastą pojedyncze duszyczki ładują się siarką, a potem siedzę dwie godziny (bez krzyżówek, bo zapomniałam..) i czekam na chłopaczka z czternastej. Gdybym wiedziała, pojechałabym do domu na obiad i wróciła wykąpać :) 

A tak, obiad czeka mnie później. Po nim odlatuję, jak zawsze po sobotniej zmianie. Nie lubię siarkowych zmian, a teraz mam dwa tygodnie pod rząd piekiełka. Paznokcie odłupane do połowy płytki, skóra prawej dłoni (mój wbudowany termometr i mieszadło) w zaniku i te włosy... tak ciągną zapałkami, że ilekroć ściągam czapkę i się elektryzują, obawiam się pożaru ;p

Po drzemce (czy sen przez półtorej godziny można jeszcze nazwać drzemką? ;p) lecę do paczkowozu, na szybkie zakupy i sprzątam pokój. Reszta wieczoru też zapowiada się spokojna - grzaniec, Taśmy Anatomiczne i kokoning. 

N.

piątek, 16 grudnia 2016

Notatka grudniowa #15 + #16

Ho ho!
Nie chciało mi się pisać wczorajszego posta - przyznaję bez bicia. Dzień trochę bez wrażeń (pozytywnych), wieczorne manewry samochodowe (i pan w radio, który nie wymawia "r"), no może pakowanie prezentu mikołajkowego do pracy - tak, to chwilowo pobudziło moją kreatywność.


Dzisiaj Mikołaj odwiedził nas po raz drugi, z prezentami, ale tylko dla tych grzecznych pracowników ;p Żegnaliśmy także koleżankę, która zmienia pracę - tak bardzo to do mnie nie dociera, że nie wyobrażam sobie nie widzieć jej w przyszłym tygodniu, czy w styczniu. No, i skończą się akcje pt. pacjenci, którzy nas mylą i składają skargę na mnie, choć za skórę zalazła koleżanka - teraz wszystko pójdzie na moje konto ;p Powoli osób, które były w zespole, gdy ja zaczynałam, ubywa. Jeszcze uściski i świąteczne życzenia z osobami, które idą na przymusowy urlop i zrobiło się dziś bardzo refleksyjnie. 

Od dziś czuć też przedświąteczną gorączkę. Wszyscy, ale to wszyscy - pacjenci, personel, rodzina - wzdychają, że są w lesie z robotą. Zakupy, mycie szaf, prezenty, uszka nie ulepione.. dramat za dramatem. O ile kwestię uszek jestem w stanie zrozumieć, bo też wolę na wigilijnym stole domowe wyroby, a nie gotowce, tak generalnych porządków na półtora tygodnia przed świętami nie kumam. Po co dokładać sobie więcej roboty? Czy zaproszeni goście będą nam grasować z białą rękawiczką po pawlaczach?

Po pracy miałam tour de Rossmann i poczta - bo płyn do demakijażu wziął i się skończył (tak nagle, wcale od tygodnia nie wyciskam go na siłę ;p), no i awizo zastukało do mych drzwi (to ta paczka opisywana w poniedziałek - trzeba było wysmarować maila do PP, by się odnalazła..). Teraz siedzę, popijam wino w szklance i śledzę co się w Sejmie dzieje. Chyba jestem zbyt zmęczona, by żywo reagować, czasem tylko korci mnie, by podejść do takiego wyborcy PIS i puknąć go w skroń. Kowadłem.

N.

środa, 14 grudnia 2016

Notatka grudniowa #14

Ho ho!
Śnieg powoli wraca do Krakowa, paraliż komunikacyjny też. Akcja z grafikiem nabiera rumieńców, bo jak się okazało, nie tylko ja mam życie poza Swoszowicami. Wczorajsze emocje już mi opadły, pozostał głównie niesmak i rozczarowanie, ale też poczucie, że nic na siłę, etap uszczęśliwiania wszystkich wkoło kosztem mnie samej mam już za sobą. 

Mikołaj od Nie-Teściowej <3

Poza tym dzień jak setki innych w ciągu roku: work, work, work, work. Powinnam jeszcze dziś spakować prezent na firmowe mikołajki i odhaczyć kilkanaście zaległych kwadracików to-do. Więc pewnie zaraz pójdę spać :D

Mam wrażenie, że dziś jest ten przełomowy dzień w chorobie mej - nagle wszystkie uciążliwości zelżały, mówię już prawie swoim głosem (przede wszystkim mówię, a to już postęp!), czasem coś zakaszlę i wysmarkuję mniej niż 100 chusteczek dziennie. Może przed świętami uda się wrócić na biegowe ścieżki?

N.

wtorek, 13 grudnia 2016

Notatka grudniowa #13

Ho ho!
Poczuj magię świąąąąt! zaśpiewała mi koleżanka z recepcji na odchodnym. Jedyne, co czuję po dzisiejszym dniu, to srogi wkurw. Jak rzadko, czuję, iż moje dni w siarczanym przybytku są policzone, ba, dziś je dokładnie policzyłam :) Jak zwykle problem z grafikiem - dostaliśmy przykaz, by wszelkie swoje nie mogę wtedy przyjechać do pracy, chcę mieć poranną zmianę, czy oesu, znowu sobota na siarce!? zgłaszać do piętnastego dnia miesiąca poprzedzającego ten, na który grafik się tworzy. Fair enough. 
A tu dziś spóźniony Mikołaj lub przedwczesna Gwiazdka - bam! - gotowy grafik na stół! Moja interwencja pt. ale wnioski przecież niezgłoszone! spotkała się z tradycyjnym nie da się, grafik już zrobiony. W zalewie adrenalinowej zdołałam wykrzesać z siebie tylko dwie daty, gdy noga ma w pracy nie postanie, wspaniałomyślnie zapominając o kursie pod koniec stycznia.. No, ale skoro odpowiedź już znam, to chyba nie ma co denerwować innych i czas dać sobie w końcu siana z tym cyrkiem. 

Nie lubię, no nie lubię takiego traktowania - ustalić zasady i samemu je łamać, miszczostwo.


Dla wyładowania emocji postanowiłam przypierniczyć. Tym razem nie kolanem w metalowy stołek, a pierniczkami :) Zdobienie zostawiłam sobie na inny dzień, oczy kleją mi się tak bardzo, że pewnie polukrowałabym wszystko, tylko nie pierniczki..

N.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Notatka grudniowa #12

Ho ho!
Gruźlik powoli zmniejsza obroty, za to smarkacz wraca do łask :/ Dokładając do tego piekło, w którym pracuję (gorąco, bo przecież nie można przewietrzyć, bo pacjenci poumierają od tlenu ;p, a i siarą wali po oczach!) i robi się nieco gorszy humor. Na szczęście popołudniowa zmiana wymusiła na mnie przerzucenie pacjentów na rano, więc cały wieczór mam wolny!

Zamówiłam sobie nowe gąbeczki na słuchawki (jeśli ma to jakąś profesjonalną nazwę, to oświećcie mnie!), gdyż obecne potargały się. Pierwszy raz coś takiego widzę :D Sprawdziłam też status pozamawianych ostatnio prezentów i już widzę, że jedna paczka nie może dotrzeć na pocztę od 6 dni.. Dam im czas do jutra i wkraczam do akcji. 


Aaaaa, dziś ubawiła mnie akcja z popołudnia. Jadę do pracy jednym autobusem z kuracjuszami, bywa ;p Pan z laseczką i żoną, najpierw brutalnie robi sobie miejsce na ławce jeszcze na przystanku (po powiedzieć przepraszam, mogę tu usiąść zużywa za dużo energii ;p), a potem równie brutalnie (wciąż z laseczką w ręce) ładuje się do autobusu nim ktokolwiek zdążył z niego wyjść. Klasyczny burak, tyle że z laską, więc należy mu wszystko wybaczać. Dotaczamy się na przystanek naszej wysiadki - kto kiedykolwiek jechał pyrtkiem 155 po Swoszowicach ten wie, że to mocne doświadczenie :D Tłok jak w puszce, bo pada deszcz, więc lud z siatami kończy krakowskie zakupy wcześniej niż zwykle i wraca do domu. W tłoku tym ja, walczę z grawitacją, siłą odśrodkową i brakiem czegokolwiek do przytrzymania się, bo dosłownie leżę na drzwiach. Wtem dostaję po nodze laską pana buraka, bo on wysiada, więc.. właściwie nie wiem co, mam otwierać mu awaryjnie drzwi w trakcie jazdy? Obejrzałam się i już otwieram usta, gdy żona dopytuje, czy wysiadam na tym przystanku... Nie wiedziałam, że mam takie możliwości wokalne (może to przez zapalenie krtani), ale to, co dobiegło z mych ust (w sensie dźwięku, powiedziałam tylko tak, wysiadam na tym przystanku, ani pół przekleństwa więcej! ;p), zmroziło nawet mnie.

Ale to nie koniec historyjki - godzinę później spotykamy się z panem burakiem na kąpielach :D Pan radośnie zagaduje, co tam u jego gwiazdeczki, jak humorek itp (ludzie naprawdę mają rozdwojenie jaźni..), ale moje oschłe tak średnio, siniak mi nabiera fioletu po tym jak uderzył mnie pan laską w autobusie, zmyło uśmieszek na zainteresowanym. Na jego szczęście, nie ja go dziś kąpałam :>

Zmiany na kąpielach siarkowych to źródło nieustającej radości!

N.

niedziela, 11 grudnia 2016

Notatka grudniowa #10 + #11

Ho ho!
W końcu musiał nadejść ten dzień, gdy notatka wjedzie z opóźnieniem - nie sądziłam tylko, że stanie się to w weekend, gdy z założenia mamy więcej czasu. Chociaż u mnie założenia i realia rzadko idą ze sobą w parze :)


Wolna sobota w mym zawodzie oznacza, iż albo jesteś tak chory, że pacjenci nie chcą cię widzieć, albo stał się cud ;p W sumie nie wiem, która opcja w tym momencie opisuje mnie, ale z wolnego dnia bardzo się cieszę. Wyspałam się, muffsy na wieczorną imprezę upiekłam, pokój wysprzątałam tak, że aż szkoda w nim żyć, bo znowu zrobi się bałagan!

Ledwie zeskoczyłam ze szmaty, a musiałam wskoczyć w ładne ciuszki i sruu do rodziny. Najpierw przystanek u wujostwa na zdjęcie rodzinne (robimy dla Dziadków kalendarz na nadchodzący rok z naszymi zdjęciami i potrzebowaliśmy jakieś wspólne, w miarę aktualne i nie z wycieczki górskiej ;p), potem wyścig z czasem, by nasze spóźnienie na imprezę nie sięgnęło rekordu wszech czasów. Niestety sięgnęło xD Impreza przeciągnęła się tak, że wróciłam do domu po północy, stąd wpisu już nie dodawałam (po prawdzie to w nagrodę za kierownictwo srebrnej strzały polano mi likieru kawowego, a ten w połączeniu z dragami na kaszel zrobił mi kołysankę).

Niedzielę w większości spędzam na leżąco. Czytam teraz książkę o jodze, trochę jest trudna i wymaga dużo skupienia. Przeczytam kilka stron, przysypiam, oglądam filmiki na necie, wracam do książki lub snu, a w chwilach przypływu sił robię coś w domu. Takie nadrabianie cztelniczo-filmowyh zaległości to chyba jedyny plus chorowania. Tak, jedyny. Bo wycieczka na Targi Bożonarodzeniowe znów przechodzi mi koło nosa :(

Ponieważ jednak mam najlepszego Mężczyznę na świecie, pojawia się on w drzwiach mych z czerwonym winem i przyprawą do grzańca, coby chociaż ta atrakcja mnie nie ominęła <3
Najlepiej!

Jak już wspominałam, przede mną lżejszy tydzień. Mam nadzieję, że wraz z nim nadejdzie fala zdrowia i skończę etap gruźlika na ten rok ;p
Miłego!

N.

piątek, 9 grudnia 2016

Notatka grudniowa #9

Ho ho!
Przeżyłam. Czuję jednak, że ten tydzień mocno mnie sponiewierał i cieszę się, iż kolejny zapowiada się nieco luźniej. Jakby jeszcze choroba odpuściła, to może wrócę do jakieś aktywności? Joga, bieganie, cokolwiek, bo samo dźwiganie jest już nudne ;p


Zawartość powyższej butelki uratowała mi dzisiejszy dzień. Z samego rana dostałam imieninowe ciacho od koleżanki, bardzo dobre, aż za dobre i niewiele myśląc zjadłam cały (potężny) kawałek. Ciasto miało mnóstwo cukru, kremu, ubitej śmietany i czekolady na wierzchu. Mój żołądek, który ostatnio gościł jedynie posiłki płynne, oszalał - takiej zamuły dawno nie doświadczyłam! Także cola produktem pierwszej potrzeby przy problemach z żołądkiem - oczywiście jeśli nie mam pod ręką orzechówki ;p

Próbowałam dziś nadrobić kilka vlogmasów, ale grawitacja łóżkowa nasila się, więc idę spać. Sen jest fajny, jeśli macie taki luksus, nie ograniczajcie go sobie (eh, być znów noworodkiem i spać pół dnia.. ;p). Do jutra!

N. 

czwartek, 8 grudnia 2016

Notatka grudniowa #8

Ho ho!
Ledwie weszłam na neta, a tam gównoburza o ogrodzenie Uzdrowiska :D Jest obawa wśród sąsiadów świątyni siarki, iż nie będą mogli spacerować i srać psami na terenie parku. Nie powiem, mnie też jeszcze razi czerń stalowych balustrad, ale to chyba kwestia oswojenia się. Miałam nadzieje, że teren będzie jednak zamknięty i oprócz ograniczenia libacji okolicznej młodzieży i starszyzny, ograniczony będzie też wjazd - chyba tylko o 6 rano jestem w stanie znaleźć miejsce parkingowe! Żeby ten tłok generowały auta kuracjuszy, to spoko, ale jak widzę osobniki parkujące na zakazie (!!), na podjeździe dla karetki, celem wyprowadzenia sobie pieska na wybieg, to mi się siara we krwi burzy :)


Ale, ale, to i tak nic, w porównaniu z korzystaniem z krakowskich ulic zza kierownicy srebrnego szerszenia! Korki, furiaci za kółkiem i snapujące laski :) Ale są dwa plusy: siedzę w cieple zamiast marznąć na przystanku, bo enty kurs wziął się i zgubił oraz siedzę za kierownicą, co od wielu lat dzieje się jedynie pod przymusem. Prawo jazdy mam od osiemnastki, ale kierowcą jestem jedynie sobotnio-niedzielnym (czyli tym imprezowym) i w sumie cieszę się, że życie trochę zmusza mnie do wyjścia ze strefy komfortu. Jeszcze jakby życie zesłało mi własną strzałę i poczucie, że jak przytrę to swoje blachy, a nie pożyczane - może nawet by mi się spodobało to całe kierowanie!

Przede mną ostatni dzień ultra! Może mała relacja na insta-story? Już zaplanowałam sobie, że jutro leki syntetyczne zamieniam na leki naturalne (tak, %!) i śpię w sobotę w opór. A potem będzie już tylko lżej.

N.

środa, 7 grudnia 2016

Notatka grudniowa #7

Ho ho!
Myślałam, że dziś będzie ten dzień, gdy nie napiszę nic, ale wracając do domu miałam delikatne przemyślenia o ludziach i kilka z nich pozwolę sobie przelać tutaj.


Pierwsze dotyczyło sytuacji z wczoraj, gdy pacjentka wyżyła się na mojej koleżance. Ot, codzienność, choć wzbudziła duże poruszenie wśród innych pracowników. Schemat typowy - brakuje mi argumentów, to próbuje podbić swoje akcje pokazaniem kim ja to jestem i gdzie w świecie bywam. Koleżanka też z tych młodszych, więc uważane jesteśmy za łatwe ofiary takiej manipulacji, bo niby się wystraszymy albo nabierzemy szacunku i ugniemy się pod krzykiem takiego człowieka. Myślę, że nietrudno zorientować się, że przyczyną takiego zachowania są gigantyczne kompleksy. 

Drugie przemyślenie po części wynika z powyższego - w końcu każdy z nas jakieś kompleksy ma, gorsze dni, weźmie się wyładuje na drugiej osobie, ale po czasie nachodzi go refleksja, iż zjebał. Na całej linii. Może z tym faktem zrobić dwie rzeczy: przyznać się do pomyłki i ewentualnie przeprosić niesłusznie opierdolonego lub doszukiwać się usprawiedliwień i dalej hodować w sobie przeświadczenie, że cały świat się na niego uwziął. Wymyśliłam to stojąc na przystanku, jak zwykle czekając na autobus, który nie przyjedzie, bo po co? że niby ma obsłużyć ten przystanek? phi! ;p Przypomniały mi się te wszystkie akcje, gdy zgłaszałam odpały kurierów, wydzwaniałam na infolinię MPK z uprzejmym gdzie jest ten cholerny autobus!? i za każdym razem dowiadywałam się, że sytuacja nie miała miejsca, kierowca/kurier kategorycznie zaprzecza jakoby skrócił sobie trasę by szybciej zawinąć na pętlę/zostawił moją paczkę ch*j wie gdzie i sfałszował mój podpis - to ja zawsze konfabulowałam. To jest przykre - jesteśmy narodem cholernych ekspertów od wszystkiego i cholernie małych ludzi, którzy nie potrafią przyznać się do błędu. To jest jeszcze bardziej przykre, gdy widzi się takie osobniki codziennie. 

A jak tam licznik ultra? Ano 12h wpadło, potem gorąca czekolada z chilii u Mężczyczny, domowy serwis komputerowy, owa notatka i tak jakoś zrobiło się późno :) Jeszcze dwa dni - już powoli mam dość ciemności z rana i po robocie, ponoć słońce czasem świeci!

N.

wtorek, 6 grudnia 2016

Notatka grudniowa #6

Ho ho!
Odzywam się dziś wcześniej, bo i w domu jestem wcześniej! Tak wyszło, iż zakończyłam dzień pracy już po 10h i mogę oddać się teraz błogiemu lenistwu ^^ 


Od rana latałam w biało-czerwonej czapce, by nie dostać od naszego zakładowego Mikołaja kopa w tyłek, a ponieważ coraz więcej osób czuje przed nim respekt, było dziś doprawdy wesoło! Mikołaje, Śnieżynki, Gwiazdki, Renifer i cieszący się jak dzieci kuracjusze ;p Jeszcze zaczął padać śnieg i do pełni atmosfery brakło tylko Last Christmas w radiu.

Myślałam, że gorączka przedświątecznych zakupów ominie mnie delikatnym łukiem, przynajmniej przez najbliższe dwa tygodnie, tymczasem rozszalałam się w internetach. Większość prezentów gwiazdowych już mam, oczywiście te dla najbliższych stanowią największy problem :D Nigdy nie byłam miszczem wymyślania co komu podarować, a nawet jak wymyśliłam, to zaraz wkręcałam sobie, że to zły pomysł i myślałam dalej - do momentu, gdy robiło się bardzo mało czasu. Także w tym roku wyznaczyłam mniej czasu i stresuję się teraz, a przed samymi świętami będę mieć o jeden problem mniej.

Miałam leniuchować, to idę, udanego wieczoru i do jutra!
N.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Notatka grudniowa #5

Ho ho!
Pierwszy dzień ultra za mną! :D Nie dość, że przeżyłam, to jeszcze czuję się dużo lepiej (prawie odzyskałam głos!). Miałam okrutnie złe nastawienie do dzisiejszego dnia, tymczasem okazał się być dość spokojnym i przyjemnym.


Wracając z od pacjenta rzutem na taśmę dorwałam pana w paczkowozie (samochód z przesyłkami stojący pod paczkomatem, gdy ten jest przepełniony) i odebrałam zamówione na black friday książki. Wydawnictwo tak długo zwlekało z wysyłką, że zdążyłam o nich zapomnieć i od soboty zastanawiałam się, co to za paczkę mam do odebrania :)

Joga i ajurweda chodziła za mną od pewnego czasu (masowych poleceń), ale dopiero zniżka 50% zmobilizowała mnie do zakupu. Mam kilka nietkniętych jogowych książek i mocne postanowienie odgruzowywania się w porządku chronologicznym, ale ten kredowy papier tak ładnie pachnie... Punkty spustowe i łańcuchy mięśniowo-powięziowe to znowu fachowa pozycja. A tych nigdy dość ;p Mam wystarczająco dużo książek w swojej biblioteczce i nie potrzebuję nowych - powiedział żaden fizjoterapeuta nigdy!

Już wiem czyim Mikołajem będę w pracy i nawet się cieszę - bo wiem kto to (;p) i jakiś pomysł już mam. Dwie minuty później stwierdzam, że to zły pomysł i tak od popołudnia rozkminiam. Przynajmniej mam jakieś zajęcie, gdy czekam dwie godziny na jednego pacjenta <3

Dobra, kończę, czas spać, jutro kolejny dzień, który pewnie przywitam z większym entuzjazmem i mam nadzieje, że nic mi tej pozytywnej energii nie wyssie.

N.

niedziela, 4 grudnia 2016

Notatka grudniowa #4

Ho ho!
Zastanawiałam się, czy będę miała dziś w ogóle o czym pisać, moja aktywność ogranicza się do leżenia, spania, ewentualnie czytania. Pojawiła się jednak potrzeba użycia mózgu (;p) i dokończenia listy prezentów dla bliskich oraz omówienia świątecznego menu. Ogarnęłam się też nieco, żeby jutro ludzi nie straszyć. 


Od jutra zaczynam ultra, czyli 5 dni pod rząd pracy po 10-12h (kill me plz), a potem imprezka rodzinna, na której jak usłyszę coś taka cichutka? zmęczona?, to nie wiem, czy się w tym roku powstrzymam :) Ale to prawdopodobnie ostatni tak hardkorowy (nie licząc samych świąt) dla mnie czas w tym roku, więc jest szansa, że zrobię cokolwiek na święta przed świętami, a nie w nocy z 23go na 24go. Wiecie, pierniki, ciasta, mycie okna dla Jezusa itd. To dobry moment na dzisiejszy song - ♪ Doris Day - I'll Be Home For Christmas - bardzo spokojna, kojąca mnie aranżacja.

I tak, zapowiadał się na zmarnowany, a wyszedł całkiem spoko dzień - prezenty dopięte, jedzenie po części też, paznokcie sobie odpicowałam (zawsze lepiej choruje się bez resztek lakieru na pazurach!) i odhaczyłam kilka zaległych spraw. Teraz z kubkiem ognistej herbaty w dłoni zasiadam do vlogmasów, a Wam życzę udanego tygodnia!

N.

sobota, 3 grudnia 2016

Notatka grudniowa #3

Ho ho!
Celebrowanie snu do woli idzie mi wspaniale! :) Mam wrażenie, że po każdym przyśnięciu budzę się bardziej chora, ale po dojściu żółtka okazuje się, że temperatura w normie, a i siły witalne na posterunku. Skwapliwie korzystam z tych przypływów i odhaczam kolejne kwadraciki na liście to-do. 


Powyżej świecznik adwentowy, który dziś wjechał na wyższy poziom ;p W zeszłą niedzielę chyba zaskoczyłam Mamę informacją, że to już adwent i gdzie są świece, gdzie moja drewniana tacka!? Oczywiście zieleniny nie miałam, więc powstał wtedy jakiś twór na szybko, byle było. W tygodniu próbowałam dokupić na placu targowym dodatki, jednak tam jeszcze świąt nie ma i z akcentów jedynie sztuczne gwiazdy betlejemskie, a taką mam na stanie. Ale dziś już wszystko, co potrzebne miałam, czas i siłę też, to zasiadłam z gąbką florystyczną i poszalałam. Tzn, wydaje mi się, że wyszedł bardzo stonowany i schludny - taki, jak lubię!

Kolejnym punktem było sprzątanie, w trakcie którego opadłam z sił i usiadłam z zawartością woskowej szuflady. Pomyślałam, że wyciągnę świąteczne woski i zrobię o nich wpis, po czym przypomniałam sobie, że już taki zrobiłam, dwa lata temu :D Zapachy spod choinki - jedyne czego nie ma w tamtym zestawieniu to miodowa świeczka w kształcie misia, tealighty kupione kilka dni temu w Rossmannie oraz sampler YC All is bright. Niestety jeszcze ich nie odpalałam, więc wstrzymam się z opisywaniem. Dziś spędzam wieczór z Pumpkin Latte, oglądam vlogmasy i tak mnie wzięło na słodkie, że muszę zrobić kisiel ;p

Też tak macie, że gdy stan zdrowia zamyka Was w czterech ścianach, poza nimi dzieje się wszystko? Fizjowigilia i otwarcie gabinetu kumpla, spotkanie znajomych, targi w Rynku Podgórskim, kiermasz w Forum - aż mi się przykro robi :(

Do napisania jutro!
N.

piątek, 2 grudnia 2016

Notatka grudniowa #2

Ho ho!
Niestety maratonu nie ukończyłam, musiałam dać sobie spokój po 10h pracy i odwołać późniejszą wizytę u pacjenta. Mam wrażenie, że już odbierając telefon ode mnie wiedzieli, że dzisiaj nie poszalejemy. Głos mam niezwykle seksowny, w ogóle cała jestem pociągająca ;p I do tego kaszel do utraty tchu <3


W pracy robimy sobie mikołajki, takie jak za czasów szkolnych, z losami i prezentami za kilkanaście złotych :) Co prawda do nas Mikołaj przychodzi później, ale to chyba tylko zachęca, bo lista uczestników rośnie. W przyszłym tygodniu dowiem się komu szykuję upominek i patrząc dziś na listę zaczęłam się trochę martwić - nie ze wszystkimi jestem w tak bliskich stosunkach (bliższych niż dzień dobry, jak minęła nocka?), by od kopa wiedzieć, co takiej osobie sprawi przyjemność. Ale ekscytacja i tak jest!

Wchłaniając kisiel (tak się teraz odżywiam - tym co samo przechodzi przez gardło, bo przełykanie za bardzo boli) pomyślałam, że będę co jakiś czas podrzucać w tych notatkach piosenki. Dziś taki mój instant sposób na wkręcenie się w świąteczny klimat - ♫ Frank Sinatra - White Christmas - mnie nawet nieświąteczne standardy potrafią uświątecznić, a przynajmniej wprowadzić w dobry nastrój.

Na dziś kończę paplanie, potrzebuję odpocząć i jak najszybciej wyzdrowieć, więc praktykuję coś, co zwykle jest dla mnie nieosiągalne - sen do woli. A właśnie kokon wzywa, zatem opuszczam internet :)

N.

czwartek, 1 grudnia 2016

Notatka grudniowa #1

Kolejny miesiąc ciszy - w sumie patrząc na tematykę bloga z ostatnich kilkunastu tygodni, to piszę tylko, gdy coś pobiegnę, a skoro tegoroczne starty zakończyłam, to niby o czym miałam pisać?

No, właśnie.

Nie wiem czemu tylko na pisanie o bieganiu miałam chęć. Nie wiem dlaczego ten blog nagle zrobił się biegowy :) Nie pochłania mnie ono (bieganie) tak, jak kiedyś, często nie mam na nie czasu i siły, a moje dni wypełniają inne sprawy. Pomyślałam sobie, że grudzień przeznaczę na częstsze odzywanie się w eterze. Na pisanie o wszystkim, tylko nie bieganiu (;p), na pisanie chociaż kilku zdań każdego dnia. Nous y voilà!


Pierwszy dzień grudnia to taka ostatnia tama świątecznego porzygu. Jeszcze do wczoraj można było hejtować wrzucane przez innych do internetów wieńce adwentowe, bo to za wcześnie (naprawdę?) i szkoda przedawkować magię świąt, ale dziś pierwsze okienko kalendarza Milka z Biedry ukazało swe wnętrze, czekolada przestawiła trybik w głowie i oto można zmienić pościel na pluszową w renifery! :>

Dla mnie to też taki magiczny dzień i gdyby nie okoliczności zdrowotne, w jakich właśnie się kiszę, pewnie świętowałabym swe święto. Ba! Prezenty już sypały się dziś drzwiami i oknami! Czyli po prostu łupy z dnia darmowej dostawy. Miałam dziś taki swój dzień kuriera. Dostałam lawinę smsów o moich paczkach oczekujących w paczkowozie, więc wyskoczyłam z kokona i pojechałam na miejsce odbioru. Wieczorem zawitał kurier z jadem na ustach, bo nie odbieram telefonów od niego. Po krótkiej analizie okazało się, że numer na paczce (tym razem) jest poprawny, tylko pan nie płacą mi za myślenie, tylko dowóz wklepał sobie źle, dzwonił ciul wi gdzie i drze twarz na mnie. Brawo on..

Jak już jesteśmy przy prezentach, to dziś swą trzytygodniową kurację uzdrowiskową zakończył przedostatni turnus w tym roku. Uściskom na korytarzu nie było końca, sypały się życzenia i obietnice powrotu za rok. Gdy ostatnie kółka walizek zastukotały na krzywej płytce pod drzwiami mymi, przez drzwi owe wparowała koleżanka i rzecze: Te, dostałaś coś? Coś, czyli najczęściej gorzką czekoladę :) Kiedyś wszystkie gorzkie szły do mnie i robiłam murzynka, a teraz ciast nie piekę i dopiero niedawno w świadomości współpracowników mych zrodziła się obserwacja - nie dostajemy już czekolady na osłodę! xD Sam fakt tak średnio mnie chłodzi, fałdek mam aż za dużo, natomiast bulwers jaki ta sytuacja zrodziła - no poezja! Nieśmiało dolewam oliwy sugerując, że za dużo jadu im do wanien dolewamy i to dlatego :D

Może na dziś już skończę. Wracam do ciepłego kokona zbierać siły na jutro. Czeka mnie niemały maraton i rozruch przed przyszłotygodniowym ironem ;p Ale nie, bieganie wcale mnie nie kręci, skąd ;p

N.

niedziela, 30 października 2016

3. Cracovia Półmaraton Królewski

Kopce wyznacznikiem tego, jak będzie na półmaratonie.
Tymi słowami kończyłam ostatnią notkę. Nie mogę powiedzieć, by zawsze to się sprawdzało, bo ileż ja tych kopców i półmaratonów przebiegłam!? Ale sprawdziło się - 3 min gorszy czas na obu imprezach :D


W tym roku nie celebrowałam całej półmaratonowej otoczki - w sobotę popołudniu wróciłam do kraju, odwiozłam walizkę do domu, zjadłam obiad, pojechałam po pakiet startowy i jedyne, co wyniosłam z expo to zapas dekstryny, tej, której tak bałam się na Kopcach. Sprawdziwszy wieczorem, iż mój układ pokarmowy nie widzi problemów w jej spożywaniu, oddałam się w objęcia Morfeusza.

Niedzielny poranek upłynął mi na niespiesznych przygotowaniach - ciuszki, ciuszki na przebranie, upinanie numeru startowego, upychanie miodu po kieszeniach bluzy, oklejanie kolana - takie tam. Deszcz się rozkręcał, rodzice gonili, bo korki na drogach, a ja ponownie odnosiłam wrażenie, jakbym oglądała cały ten dzień z boku - pewnie dlatego, że ilekroć chciałam przywołać się do porządku, wymusić większe skupienie, ogarniało mnie przerażenie, że nie dobiegnę. I znów odcinałam emocje. 

Na starcie dłuuuugo walczyłam o zdjęcie kurtki. Było mi tak zimno i tak bardzo nie mogłam się rozgrzać, że rozważałam dołożenie kolejnej warstwy w postaci pakietowej koszulki. Jednak myśl o zdjęciu bluzy, by pomysł ten urzeczywistnić, obudził rozsądek. Żadnej zmiany, ubrana jestem dobrze, amen. 

A na półmaraton idę tak!

W końcu ustawiłam się w przedostatniej strefie startowej, tam grzali mnie inni :) Odczekałam swoje, doszłam do linii startu i sruu, lecim! Dość szybko złapałam rytm, pewnie dzięki stosunkowym luzom na końcu stawki (widziałam fotki, wcześniejsze strefy miały straszny ścisk!) i zrównałam się z grupą biegaczy w biało-pomarańczowych koszulkach, gdzie prym i wodzirejkę objął pan w czerwonej (?) czapce/chustce - no mistrz! Jego opowieści i narracja biegu zajęły mi czas do ok. 12-go kilometra i gdyby nie to, że za bardzo zwolnili, biegłabym z nimi do końca. Pozdrawiam, jeśli jakimś cudem tu trafiliście - szczególnie panią Majewską, bardzo dobra robota! :) Tak więc moje głębokie przemyślenia z półmaratonu zaczynają się dopiero na wodopoju na Błoniach - fajnie się leci, ale trochę nuda, trochę już bym sobie usiadła, trochę skoczyła na cizika do Maka :D

Udawanie szybowca przed obiektywem powinno być karalne ;p

Na Rynku jak zawsze odzyskuję siły i przez kolejne 3 kilometry jest git, lecę na życiówkę! Na 16-tym km marznie mi ojciec z colą do popicia. Przechodzę do marszu, popijam, oddaję butelkę i sunę dalej. Sunę, sunę, kurde, co jest!?

Prawy staw skokowy zgłosił obecność. Przeważnie robi to przy nierównej nawierzchni, ma prawo, wszak wiele z biernej stabilizacji już tam nie zostało. No, ale bulwary to płaski asfalt, więc szanowna kostko, czego wyjesz? Biegnę dalej, mimowolnie przenosząc ciężar na lewą stronę, co już po kilku minutach czuję w stopie. I potem zaczął się show. Przeszywający ból w prawym ścięgnie Achillesa, aż mnie zatkało i zatrzymało w miejscu. Ruszyłam powoli, wróciłam do biegu, ból wrócił, tym razem po obydwu stronach. Wspaniale! Muszę skrócić krok, inaczej prawa noga eksploduje bólem. I tak sobie drepczę wolniej niż marszem, nogi mi zamarzają, beton dosłownie, tętno leci. Na szybko organizuje dwie teorie - te kilkanaście sekund, gdy zatrzymałam się koło ojca spowodowały, iż mięśnie mi się schłodziły, co na logikę jest dość mocno naciąganą teorią, ale jest. I druga - zaraz jebnie mi Achilles. Akurat to prawe ścięgno kiedyś uszkodziłam w górach, to były niewielkie naderwania włókien, ale mam świadomość, że ono szybciej puści w mechanizmie mikrourazów, niż jak to zazwyczaj bywa - raz, a dobrze. I gdy pomyślałam o operacji, o rehabilitacji, to tylko Dąbie wie, co z mych ust poleciało :) Ostatnie 5 kilometrów pokonałam więc czymś, co przypomina skakanie na jednej nodze i salsę <3


Na ostatniej prostej dopadł mnie pacemaker na 2:10 (który już odprowadził podopiecznych ma metę i poganiał resztę), krzyczy do mnie, krzyczy na mnie, mam ochotę kazać mu się odpierdolić, ale z bólu zaciskam tylko zęby, twarz mam mokrą od deszczu, więc nie widać, że ryczę z bezsilności. Ale to i tak nic, za zakrętem pod Arenę stoi moja mama z aparatem, macha i nawołuje - podniosłam rękę, jęknęłam nieee i na zdjęciu wyszłam jakbym właśnie zaczynała bieg, a nie kończyła torturę - radośnie. Kosmos. Wpadam na metę i padam pod barierkę - szybka palpacja i już wiem - nie skręcona, brak pęknięć, Achilles cały. Brawo ja.


Potem dzieje się dużo rzeczy, brakuje medali wolontariuszom, więc dają nam pudła, byśmy się poczęstowali. dopadam makaron, popijam herbatą, zostaję odnaleziona przez rodziców, idziemy do samochodu, jadę do domu, a w głowie mam tylko jedno uczucie - nic mnie nie boli.

Możecie sobie wyobrazić jak bardzo wkurzałam się na siebie przez resztę dnia. Gdybym zacisnęła zęby i nie zwolniła, dobiegłabym wg planu, a jak widać, nic złego się nie działo i bez sensu się nakręcałam.

Cała ta złość przeszła mi już w poniedziałek, gdy wstając z łóżka przewróciłam się na ścianę. Potem na podłogę. Znów przeszywający ból ścięgna. Brawo ja, po raz drugi. Rozchodziłam, poszłam do pracy, od razu na fizykoterapię ;p Wpakowałam w siebie chyba wszystko prócz fali uderzeniowej, bo nie mamy jej na stanie, z resztą, w stanie ostrym to chyba słaby pomysł. Gdy ból zelżał udało nam się dojść przyczyny - rozcięgno podeszwowe, tadam! We środę już było po sprawie, gojenie w toku, przy opracowywaniu strzelają grudki, uznaję więc, że wolne od biegania do końca tygodnia, a potem zobaczymy (potem zobaczyłam infekcję wirusową daną w prezencie od kuracjuszy, ale rozcięgno działa!).

Tak wyglądał mój trzeci półmaraton. Rodzice opowiadają każdemu, że wyglądałam jakby ten dystans nie zrobił na mnie wrażenia - a na pewno dużo lepiej, niż za pierwszym razem. Nie narzekałam też potem na zakwasy, jedynie następnego dnia miałam trochę zmęczone mięśnie. Na pewno przez ostatnie 5 km odpoczęłam sobie krążeniowo i oddechowo, z całą pewnością nie dałam z siebie 100%. Może i wyglądałam nieźle, ale czułam się zdezelowana psychicznie. Znam tylko takie kryzysy, gdy ciało pewnie pociągnęłoby dalej, ale głowa się poddała - odwrotna sytuacja jest dla mnie nowością, frustrującą nowością. Trawienie w toku.

N.

wtorek, 18 października 2016

10. Bieg Trzech Kopców

Świerzbią mnie palce, by napisać coś o półmaratonie.
Ale nie. Jeszcze kilka oddechów, jeszcze kilka dni na sprecyzowanie mojego stanu.
Zatem chronologia zostanie zachowana i na pierwszy ogień lecą kopce!


Tydzień przed startem odbywam swój przełomowy trening. Czyli niedzielne wybieganie - mam z tym duży motywacyjny problem, po całym tygodniu zapierdolu ostatnie o czym śnię, to masakrować się na treningu. Moje znajomki z endomondo mogą potwierdzić, że od wielu tygodni nie biegałam w niedzielę, czasem przesuwałam taki dłuższy trening na poniedziałek, ale odkąd wpakowałam się w kolejną pracę, doba za krótką mi jest.

Przełomowy nie tylko dlatego, że odbył się w niedzielę :) Miałam obawy, ogromne, że nie podołam. Często wracałam skonana z ledwie godzinnego truchtania po okolicy, a gdzie tu znaleźć siły na górki? Bosz, a zaraz półmaraton..

Wiecie, że jestem mistrzem nakręcania się :D

Jednak wracając do samego biegu - zapisałam się, to pobiegnę, nie czas na miękką bułkę. W sobotę ogarnialiśmy z ojcem opcje dojazdu pod Kopiec Kraka (budowa łącznicy kolejowej trochę mąci życie), a na koniec wstąpiliśmy po pakiet startowy. W niedzielę walczymy z korkami i docieram na start pół godziny przed wystrzałem. Kręcę się jak smród po gaciach, uświadamiając sobie, że właściwie to muszę się wysikać. NATYCHMIAST, nie za 1,5h ;p A toiki na dole.. Biegnę więc w dół, przebijając się przez morze biegaczy napierających w przeciwnym kierunku i melduję się w półkilometrowej kolejce <3 Odsikana, jakieś 3 min przed startem wbiegam pod kopiec, a tam okazuje się, że rodzice, zaniepokojeni moją długą nieobecnością, wysłali Mężczyznę na obczajkę, także zbiegłam znów kawałek w dół, nim nasze telefony nawiązały połączenie :D To ja już kopiec trzy razy zaliczyłam, mogę iść do domu? xD


Nie mogę - jeszcze medal trzeba odebrać, a ten kołysze się na wieszaku 13 km dalej. Na starcie jakieś zawirowania, ktoś nie dostał na coś pozwolenia, niestety nie wiem ocb, bo tkwiłam pod toi-toi'em. Ruszamy w końcu, nim doszłam do bramy, nad nami zawiśli spadochroniarze - to miała być atrakcja i przynajmniej dla mnie była (startowałam na końcu), gdy jeden z uskrzydlonych lądował nam nad głowami (docelowo oberwał jakiś gość z aparatem..). Po chwili skupiam się na przebieraniu nogami - analizując swój bieg sprzed dwóch lat znalazłam kilka fragmentów, które nawet przy gorszej formie byłam w stanie pobiec lepiej - jedną z nich był pierwszy kilometr. W tym roku nie cackałam się z innymi biegaczami, leciałam swoje i uleciałam w minutę krócej. Odhaczone! Kolejne to podbiegi - Aleją Waszyngtona oraz ten w Lasku Wolskim - mniej łażenia, więcej biegu, nawet jeśli to trucht. Też siadło. Ostatni element - od Zoo nie ma, że boli, biegnę do końca. Także zrobione! 

Jakie więc było moje zdziwienie na mecie, gdy okazało się, że pobiegłam o 3 minuty gorzej!?

Od Kładki strasznie się męczę. I psychicznie i fizycznie. Jestem zmęczona i to wychodzi właśnie wtedy - męczę Bulwary, męczę Salwator, ul. Bronisławy w większości maszeruję, mając jeszcze w pamięci swój upór sprzed dwóch lat i cennik potencjalnych implantów zębów ;p Od asfaltu biegnę, sapię, stękam, przeklinam, dogaduję kwiaciarkom przy cmentarzu i męczę się dalej. Dopadam w końcu wodopój i szlag jasny trafia mię. Nie ma jedzenia (przypominam, biegam, by móc jeść - w domu, na mecie, na trasie), jest dekstryna. Nie podejmuję ryzyka spożywania nieznanych mym jelitom substancji chemicznych. Biegnę o pustym baku, z niebezpiecznie bulgoczącą w brzuchu wodą, a ostania nadzieja wbiega w las, niestety w przeciwnym, niż ja, kierunku.

Zaliczam kolkę na zbiegu, na szczęście to tylko kolka, przepona spokojnie pracuje, więc z miną srającgo kota frunę dalej. Potem idę, potem truchtam, znów idę, coś ten podbieg długi, chyba dwa lata temu był krótszy (tja ;p), wychodzę na prostą, spinam poślad i zatrzymuję się dopiero na mecie. Tam spoglądam na zegarek i zrozumieć nie mogę, dlaczego tak wolno?

Czas na analizy znalazł się dopiero wieczorem - po drodze musiałam jeszcze zaliczyć imprezę u Babci (te miny, gdy wpierdzielałam enty kawałek śmietanowca z zerowymi wyrzutami sumienia!). Prócz wymienionych wyżej zrealizowanych założeń, trzeba było resztę pobiec co najmniej tak szybko, jak dwa lata temu. A pobiegłam wolniej - tyle analiz :)


Zerknęłam jeszcze do starego kopcowego wpisu, miałam tam pewne wnioski na kolejny start: Tydzień wolnego przed biegiem (;p), trzeba poćwiczyć trochę bieganie po Tatrach, oprócz kolana otejpować sobie także plecy. Tydzień wolnego.. co ja sobie myślałam! Chociaż dzień wolnego! Na bieganie po Tatrach czasu nie znalazłam - z przykrością stwierdzam, iż w ogóle nie byłam w tym sezonie turystycznym w górach. Oprócz kolana nie musiałam tejpować nic więcej - ten efekt autoterapii napawa mnie mikro-dumą! A jakie wnioski po tegorocznych zmaganiach? Kopce moim wyznacznikiem tego, jak będzie na półmaratonie. Niestety, sprawdziło się, ale o tym w kolejnym poście.

N.

piątek, 16 września 2016

V Bieg Charytatywny Fundacji Tesco Dzieciom

Wpadam na metę z soczystym Czyj to był, kur*a, pomysł!? i momentalnie odpowiadam sobie sama - twój, głupia ;p


Piękne mamy lato tej jesieni! A w sobotę 10-go września, to już w ogóle - słoneczko, upał i chętniej rozwaliłabym się nad Bagrami, niż leciała w trupa 10 km. No, ale skoro już wszystko dograne i umówione..

Umawiamy się z kolegą chwilę po 9-tej, jedziemy w okolice Błoń i tam zostawiamy samochód. Ostatnie sprawdzanie, czy wszystko mamy, czy chipy dobrze zawiązane i ruszamy w okolice mety w poszukiwaniu toi toia. Potem podróż za jeden uśmiech i na śledzia w okolice startu i można zacząć się rozgrzewać.

Kolega biega od niedawna, a ten start ma być jego debiutem (niestety nie mam muffsów na metę..), więc między kręceniem biodrami a wymachami ramion opowiadam mu co i jak, że lewa wolna itp ;p Tętno 100 na pokładzie, można biec! :D

Kilka chwil po starcie okazuje się, że kolega nie żartował z tym, że pyka dyszkę w 50 min (mieszka na tym samym osiedlu co ja, a to nie jest płaski teren..), postanawiamy więc się rozdzielić (nie będzie popychu na mecie). Sunę Bulwarami, trochę mi się dłuży, nogi mnie bolą, a zabrana butelka z wodą przeszkadza. Przed mostem Dębnickim postanawiam zrobić z niej użytek i oblewam sobie wodą plecy. Nie mija 100 metrów i muszę przejść do marszu, bo zaczyna mi się kręcić w głowie (yyy?) - myślałam, że to może wina tego oblania się wodą, ale z premedytacją ominęłam głowę i szyję, więc czemu? Do tego mrowią i drętwieją mi ręce <3 Stan ten utrzymuje się kilkanaście sekund i jak ręką odjął, mija. Biegnę dalej. Tzn, przeplatam bieg marszem :) Jest ch*jowo, ale stabilnie, jak mawia klasyk. Przy wodopoju załapuję się na prysznic (brawa i ogromne dzięki dla tego pana, który oblewał!), popijam wodę, resztę wylewam na siebie. Ruszam jakby na pełnym baku, przebiegam przez most i.. ups, podbieg.


Ten podbieg. Kolega mówi, że też wymiękł, chociaż sadzimy podobne przy każdym treningu na osiedlu, to jednak wtedy combo temperatury i zniechęcenia powaliło nawet jego. Wyszłam na górę i puściłam się biegiem. W przeciwieństwie do większości mijanych biegaczy, nie mam zahamowań przy takich zbiegach - modliłam się tylko w duchu, by nie trafić na piasek, bo przyczepność moich butów nań określa tylko jeden parametr: zero, brak, ni mo przyczepności. Na szczęście piasku nie uświadczyłam, zawrotne 3:30/km rozwinęłam, a przede mną ostatni (mój najukochańszy!), stały element krakowskich biegów - kółeczko! Tak bardzo już mi się nie chciało przebierać nogami :(

Po kilkunastu minutach widzę metę. Trochę przyspieszam, cała się trzęsę, choć nie wiem, czy z zimna (oblałam się cała wodą, a co!), czy znów mnie coś zaczyna brać, ostatnie metry na oparach, ale oto jest! Rząd wolontariuszy z medalami, jeden dla mnie, woda w garść i sru do barierki. Wiszę na niej tak długo, aż znajduje mnie kolega (zameldowany na mecie od 10 min..). Próbuję się przywitać z jego strefą kibica, ale pod kopułą znów helikopter, więc dalej wiszę na barierce :D Już widzę oczami wyobraźni siebie tak odwodnioną i zniszczoną, że rzygam całą resztę dnia.. I spoko, tylko za trzy godziny mam być w pracy! o.O

I wtedy nadchodzi feta Tesco. Trochę się z kolegą dziwimy, że tego jedzenia nie widać (biegamy dla żarcia, żeby było jasne ;p), ale po odkryciu strefy gastro na stadionie już nie ma dla nas ratunku. Jem chyba wszystko prócz jajecznicy, w tak dzikich konfiguracjach, że do dziś nie wiem dlaczego ostatecznie nie rzygałam do końca dnia ;D Spróbowałam też nowego wedlowskiego karmelowego kremu i przepadłam <3 Gdy koledze w końcu ustaje gastrofaza, ładujemy się do samochodu i odjeżdżamy (nażarci i machając medalami do innych kierowców) w stronę zachodzącego słońca.

Dwa pobiegowe wnioski:

  1. Laska, ogarnij się, za miesiąc półmaraton, a ciebie niszczy dyszka w upale?
  2. Nigdy nie biegaj, gdy potem musisz iść do pracy - dramat murowany.
SMSa z wynikiem dostałam dopiero parę dni temu, dlatego czuję więcej, niż dumę, że z tym wpisem wyrobiłam się podobnie, jak organizatorzy z oficjalnymi czasami :) A teraz dopijam wino ze szklanki i nastrajam na ostatni wolny, acz imprezowy weekend tego miesiąca i życzę Wam luzu w nogach na niedzielnych wybieganiach!

N.

środa, 7 września 2016

VIII Bieg w pogoni za żubrem

Dziś ostatni z zaległych biegowych wpisów! Wyszłam na prostą, a już w sobotę kolejny start, kolejny kontent będzie :) 


Ten bieg to znów inicjatywa Oli! O ile wspomnienie Biegiem na Bagry 2 jakoś nie grzeje mego serca, tak niedzielne południe 26 czerwca wciąż wywołuje uśmiech na mej twarzy - z dwóch powodów.
Pierwszy to otoczenie - z dala od Krakowa i trasa po Puszczy - tam jest naprawdę pięknie i tylko bułkowe lenistwo powoduje, że nie biegam tam co weekend.
Drugi to pogoda, ale o tym poniżej :)

Moje przygotowanie do startu ograniczyło się do styrania się w pracy, potem zniszczenia na imieninach rodziców i regeneracji podczas 3 h snu <3 Dobra baza pod 8 km! Do tego żar z nieba i tętno w kosmosie jeszcze przed startem #teamhr100 - stojąc w tłumie biegaczy rzucam jeszcze Oli, że teraz stoimy i się odwadniamy każdym cm ciała, potem pobiegniemy miastem, gdzie asfalt wytopi z nas ostatni tłuszcz, a pewnie puszcza zamiast chłodem, powita nas deszczem, bo przecież zapowiadali ulewę.

O, jak bardzo, kutwa, byłam blisko w swych żarcikach..

O 12:00 ruszamy, jest spoko, opowiadam Oli heheszki z pracy i tak leci nam czas do pierwszej kurtyny wodnej na granicy Puszczy. Mniej więcej tam wyprzedza nas pani na wózku elektrycznym, takim bardziej 'Murica Style, niż Hawking's Style, chociaż żadna z tych karoc prędkości świetlnych nie rozwija :D Troszku przypał. Na niebie już same chmury, w oddali pomruki burzy - powinnam zatrudnić się w tivi i przepowiadać przyszłość ;p

Dalej trasa prowadzi wśród drzew. Gdyby mnie ktoś spytał jak biegliśmy, no to takie jakby kółko, jajko, tu jakiś ostry zakręt - tyle. Zrzut z endo niżej :D


Można mnie wysadzić w lesie i jest więcej niż pewne, że z niego nie wyjdę bez pomocy ludzi lub elektroniki <3

Nadchodząca nawałnica jakby pozbawiła las tlenu, biegło mi się tragicznie, nie mogłam normalnie oddychać. Chociaż patrzyłam na Olę i to chyba nie była wina powietrza, tylko wyczerpanie. Gdy dopadłam wodę, jednocześnie piłam z jednego kubka, a drugi już wylewałam na głowę. Chwilę później pojawiły się pierwsze krople z nieba, Oli kazałam biec szybciej, niebo się otworzyło i zaczęła się impreza.

Właściwie to nie mam jakiegoś problemu z burzami, nie boję się ich, o ile nie jestem właśnie w górach - spieprzam wtedy w takim tempie, że pewnie niejedna życiówka mi pęka. Natomiast tamtego dnia łamane wiatrem i spadające nam pod nogi gałęzie zrobiły mi taki skok adrenaliny, że momentalnie ruszyłam w pogoń za Olą. Ona pewnie miała swój skok, bo znikała mi na horyzoncie szybciej, niż ja przebierałam nogami :D

Na 6,5 km, przy krańcu lasu miał być drugi wodopój, Ale nie był potrzebny, więc wszyscy wolontariusze siedzieli w karetce (?), a ja łącząc w zwojach mózgowych zastane fakty: asfaltowa droga, którą płynie rzeka po kostki + skraj lasu + walące wkoło pioruny, już widziałam siebie usmażoną. Z tym pozytywnym nastawieniem wykręciłam ostatni, najszybszy kilometr. Gdy dobiegałam do mety z nieba posypały się ostatnie krople, a 10 min później wyszło słońce.
Cudownie.

Choć biegłyśmy za żubrem, na mecie czekał na nas ciepły lech free (bo wywaliło prąd w Niepołomicach i lodówki nie chłodziły). Po raz pierwszy, korzystając z faktu, że jestem na biegu samochodem (Oli), zabrałam sobie rzeczy na przebranie, ręczniki itp., nie chciałam jej przepocić tapicerki - możecie sobie tylko wyobrazić ja bardzo cieszyłam się po, że w miarę suchych ciuszkach wracamy do Krk.

Po tym biegu nastąpiła przerwa w startach - trochę mi się nie chciało biegać na siłę, trochę miałam inne rzeczy do zrobienia, bardzo biegi kolidowały mi z weselami. Ale tak, jak pisałam na początku posta, już za kilka dni czeka mnie dyszka i choć z czasem na treningi u mnie słabo, to jakoś tak już nie mogę się doczekać! :)

N.

czwartek, 25 sierpnia 2016

3. Bieg Nocny

Helloł!
Sierpień prawie minął, to można w końcu wrzucić wpis :) I to nie byle jaki - wspominki z trzeciego biegu mokrego! nocnego! 


Szalenie mi się nie chciało. Bo piątek trzynastego, który dla potwierdzenia porzekadła był dla mnie jakąś masakrą w pracy. Deszcz, który mało nie zawrócił mnie na starcie. Wizja zrywania się o 5 następnego dnia, bo przecież praca nie poczeka aż się wyśpię. No, i definitywny brak przygotowania.
I tak stałam na minuty przed rozpoczęciem biegu pod parasolem Mężczyzny, po raz kolejny zastanawiając się po co mi to? oraz cholerne krakoskie centusie, nawet koszulka bawełniana, bo tańsza, jak nasiąknie, będzie ważyć drugie tyle co ja! :) W końcu wychodzę na ten deszcz, odliczamy do startu i w drogę!

Trasa była taka sama, jak w zeszłym roku. Tylko trochę bardziej mokra, a deszcz ograniczał widoczność. Piesi włazili na trasę, prosto pod rozpędzonych biegaczy, na moich oczach jeden gościu trącony przez biegnącego, niekoniecznie szybko, innego gościa, przeleciał przez jezdnię i wyrył w barierki o.O A nie dobiegliśmy nawet na Planty..

Tam jak zawsze szarpanie tempem i wyprzedzanie ziomków biegnących ławą obok siebie, omijanie zbłąkanych przechodniów i wysłuchiwanie przekleństw tych, którzy utknęli za barierkami - czyli klasyka biegów ulicznych. Deszcz cały czas przybierał na intensywności, ciuchy chlupotały, ale było mi przyjemnie chłodno.

Z pisaniem postów po tak długim czasie jest jeden problem - szczegóły umykają, zostaje tylko ogólne wrażenie. Sprowadza się ono do senności, zmęczenia i wody, która zbierała mi się w rękawach koszulki i musiałam ją wylewać średnio co kilometr :D Reszta to po prostu bieg, całkiem przyjemny, ale nie tak ekscytujący, co dwa lata temu. A, i jeszcze rozwiązane sznurówki na Bulwarach, tuż przed wodopojem, na którym wychyliłam duszkiem dwa kubki, taka byłam spragniona, choć jak wyżej wspominałam, cały bieg czułam się miło schładzania.

Z Bulwarów za Mostem Dębnickim pamiętam jeszcze to niesamowite skupienie (twarz mnie bolała od mrużenia oczu!) - ulewa pokryła asfalt warstewką wody, która mieniła się dokładnie tak samo, jak Wisła.. non-stop miałam w sobie lęk, że wbiegnę do rzeki :D

Potem już tylko etap dobiec i obiec Błonia. Niejednokrotnie pisałam, jak bardzo męczy mnie psychicznie błoniowe krążenie i mam wrażenie, że mój mózg w końcu postanowił wymazywać wspomnienia mojej obecności tam - gdy próbuję sięgnąć pamięcią do tej majowej nocy, pojawiają się obrazy, owszem, ale z pierwszego lub drugiego biegu nocnego - z tegorocznego - nic. Tylko meta, kolejka po medal i ulga, że Polar zaśpiewał czas poniżej godziny.


U progu mieszkania czekała na mnie Matka z miednicą. Rozebrałam się jeszcze na wycieraczce, dostałam wódkę z herbatą w dłoń i wlazłam do wanny pełnej gorącej wody. Jak można się domyślić, ledwo wyszłam z tej wyskokowej kąpieli (;p), ale cud się stał - nie byłam chora! Ledwo też wstałam następnego dnia do pracy, ale kto powiedział, że biegactwo czyni życie prostszym/lepszym?

Na pewno czyni życie bardziej kolorowym.
N.

piątek, 5 sierpnia 2016

Kilka słów o: AVON NAILWEAR PRO+ Sheer Peach

Puk, puk! Kto tam?
SIERPIEŃ! :)

Wraz z nowym miesiącem na bloga wjeżdża pierwszy post z serii Kilka słów o - z założenia krótka forma pisana na temat kosmetyków, które przewijają się przez moje życie, a które mogę polecić lub.. wolę trzymać się od nich z daleka. Szybko się tworzy, szybko się czyta, no miód w dzisiejszych zabieganych czasach :p

Dziś w świetle jupiterów lakier do paznokci, który zamówiłam razem z toną zapachów z AVONu. Wielką fanką emalii tej firmy nie jestem, to chyba pierwsza buteleczka zawierająca coś, co lakierem można nazwać, ba, nawet polecić (dlatego też o nim piszę, bo moje doświadczenia sprzed kilku lat nauczyły mnie, by lakierów w AVONie nie kupować i gdyby nie namowa koleżanki z pracy, nie byłoby dziś o czym pisać). Formuła przeszła widoczne zmiany na lepsze! Ale do sedna, kilka słów!


KOLOR - definitywnie bliżej mu do nazwy (brzoskwiniowy), niż do zdjęcia w katalogu (rozbielony brzoskwiniowy), ale to chyba nic, czego nie można się spodziewać :)

KRYCIE - największy minus, trzy warstwy i na upartego wciąż można znaleźć prześwity! Inna sprawa, że warstwy cieniutkie, schną w mgnieniu oka, więc malowanie tych trzech warstw zajmuje mi mniej, niż jednej/dwóch innym lakierem. Fuck logic.

KONSYSTENCJA - na szczęście nie kremowa, znawcą nie jestem, więc może podpowiecie - żelowa? W każdym razie - nakłada się cudownie.

TRWAŁOŚĆ - wraz z bazą i warstwą topu trzyma się ok. 3 dni. Mało? Trzy dni wielogodzinnego maczania dłoni w wodzie i wodzie siarczkowej (nie zmienia koloru!) oraz pracy z ludzkim ciałem (dezynfekcja średnio milion razy dziennie) - dla mnie bomba!

CENA - kupiłam na promocji za 10 zł, normalnie pewnie ze dwie dyszki.

Czy kupiłabym ponownie? Dla trwałości i wygody malowania - może, choć kolor pewnie mi się znudzi :) Zastanowię się, gdy znów będę na kupnie lakierów do paznokci, na razie mam ich (znów) za dużo ;p

N.