Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niekonkretnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niekonkretnie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 kwietnia 2017

Nie dogodzisz


Im dłuższa przerwa w pisaniu, tym trudniej skleić pierwsze zdanie.

Ciężko mi uwierzyć, że za kilka dni maj. Tym razem czas mi nie przyspieszył, dni nie mijają jak sekundy. Wszystko się niemiłosiernie wlecze, mam dość, na horyzoncie nic ciekawego. Być może ten maj, właśnie on coś zmieni, niech chociaż czas przyspieszy, będę mieć usprawiedliwienie dla tego prześlizgiwania się przez kolejne dni.

W marcu cieszyłam się jak dziecko na popołudniowe zmiany w pracy. Miałam dość codziennego wstawania o 5-tej, zasypiania na siedząco przez pierwszą godzinę pracy (nie ustając przy tym w wykonywaniu zabiegu krioterapii :p) i konieczności popołudniowego drzemania. Wieczorami nie miałam siły się uczyć i skrupulatnie odliczałam w kalendarzu dni do sennej wolności. 

Przyszedł upragniony czas, mogłam spać do 7 (szau!), celebrować poranne treningi i śniadania, których nie trzeba połykać w biegu. Czułam jak z dnia na dzień odzyskuję energię, motywację, Jezus nigdy nie widział tak dokładnie umytych na Jego zmartwychwstanie szaf! Wraz z kwietniem mój początkowo luźny grafik ewoluował, pacjentów przybyło i gdzieś w okolicach świąt okazało się, że w domu bywam tylko by spać i robić poranne pranie. Zaczęłam odliczać do połowy miesiąca i porannych zmian :) Bo przecież szybko skończę w uzdro, oblecę pacjentów i jak człowiek jestem o 15 w domu. I mam 5h wolnego do wieczornej rundki! 

Nie dogodzisz ;p

Popołudniowe zmiany oznaczają indywidualną pracę z pacjentami. Nie ukrywam, że tęskniłam nie tylko na porannym wstawaniem, ale też możliwością odpoczęcia od takiej formy (teoretycznie najfajniejszej) pracy. W końcu rano robię krio! Do pacjentów idę później i tylko na chwilkę. Siedząc cały czas na indywidualnej, mając pod rząd 4-5 pacjentów rozpisanych na metody specjalne (trwają 30 min, pacjenci są co 30 min, czas przerwy: 0 min), byłam uwięziona (dosłownie, mam kraty w oknach ;p) na sali, bez możliwości jedzenia, czy korzystania z toalety. Początki są drastyczne, ale potem przyzwyczajasz się do uwierającego pęcherza i zawrotów głowy z głodu. Także wizja porannego mrożenia (pacjent co 10 min, czas zabiegu: 3 min, przerwa: wystarczające na wysikanie się - 7 min!!!!) czyniła drugą połowę kwietnia całkiem piękną! Jaka szkoda, że zapomniałam, że pacjenci mogą mieć inną wizję od mojej i dla podniesienia mi z rana adrenaliny zrobić awanturę o zawartość butli z ciekłym azotem, który azotem nie jest, bo pani pacjentka nie widzi, aby para, która leci z dyszy była biała - sprawdzała w internecie i było napisane, że azot jest biały, więc czy to na pewno azot, czy jej robię dwutlenkiem węgla, bo ona ma mieć azotem! <3 Nawet opisy na butli nie pomogły, bo są po angielsku.. To kiedy mogę wrócić na salę i tylko na salę terapii indywidualnej? Że dopiero za 3 tygodnie!? :(((

Nie dogodzisz!

Od poniedziałku będę człowiekiem-samochodem. Od pewnego czasu dojrzewała we mnie myśl, by nabyć cztery kółka i ograniczyć tym samym czas związany z przemieszczaniem się po obrzeżach miasta, stres związany z czekaniem na autobusy, które nie przyjeżdżają i problemy z płucami w sezonie smogowym (po kij zatem kupiłam maskę?). Trochę przypadkiem weszłam w użytkowanie srebrnej strzały, tudzież szerszenia i od kilku tygodni wożę się w bardziej problematycznych sytuacjach. Niestety ważność mojej karty miejskiej dobiegła końca, a debilizmem byłoby utrzymywać samochód i kkm, więc muszę się przemóc i zacząć wozić dosłownie wszędzie. Niestety wydaje się, że dosłownie nigdzie, gdzie potrzebuję, nie ma miejsc parkingowych! I druga sprawa - ludzie, kurde, przez lata byłam tylko nocnym kierowcą, ale wydaje się, że moja wiedza i umiejętności wyniesione z kursu nie wyparowały, a użytkowników dróg, z którymi mam wątpliwą przyjemność...chyba tak. Rozdawali prawka w kinder-niespodziance, czy jak!?

Tyłek rozleniwisz, a wciąż nie dogodzisz.

Naprawdę liczę na ten maj. Zapowiada się dobrze - bieganie, dużo biegania, tajne fizjo-manewry i luz w pracy. A jak maj nie dogodzi, to rzucam to wszystko i ruszam w Bieszczady ;p

Zaniedbasz, to stracisz 
- Konfucjusz 

Miłej resztki weekendu!
Wybredna N.

środa, 22 lutego 2017

Ugniatanie kamieni


Czasem nie chce mi się pisać konkretów.
Z początkiem lutego planowałam wrzucić kilka słów o życiu (bo nie tylko bieganiu) w masce antysmogowej (nawet zdjęcia zrobiłam!), jednak życie mnie pochłonęło, okręciło wokół palca, a następnie skutecznie spacyfikowało. Posłusznie stosując się do zaleceń lekarza: chory ma leżeć, niby miałam duuużo czasu do zagospodarowania, ale instynkt samozachowawczy był silniejszy i nie zmuszałam się do gapienia w monitor komputera.

Potem miała być notka o biegu, na starcie którego nie stanęłam. Nawet myślałam skrobnąć kilka słów o imprezie z perspektywy koleżanki, z którą miałam biec, ale ta do dnia dzisiejszego na wspomnienie tamtego dnia jeży się i bluzga xD Mam wrażenie, że wszystkie niedociągnięcia, których doświadczyła podczas odbierania pakietu i samego startu, nieco ją przerosły - niech się uczy, w maju powtórka z rozrywki!

Potem skończyło mi się zwolnienie i z opcji chory ma leżeć w przeciągu kilku godzin wskoczyłam na lvl zapierdol jak zawsze. Po pierwszej godzinie pracy chciałam umrzeć. Tydzień laby pozwolił mi jako tako ogarnąć infekcję (pociągająca jestem do dziś, ale temperatury ni mom), jednak serce potrzebuje znacznie więcej do powrotu do normy. I zatoki! Tak, na jodze okazało się, że zatoki dopiero zaczynają swoje show :)

Czas niebezpiecznie przyspieszył, a na weekend dałam się porwać w (pa)góry. Objedzona, opita i uchodzona, kilka przemyśleń spłodziłam, jednak po wstępnej autoryzacji post oddalił się w ciemny kąt internetów. Muszę nauczyć się odpuszczać - całe to przejmowanie się innymi odbija się tylko na moim zdrowiu, a mówienie innym, żeby ogarnęli swój ogródek i tak sytuacji nie zmienia.

Zmęczona psychicznie (na szczęście wypoczęta fizycznie!) z przytupem wjechałam w nowy tydzień i nowy turnus w robocie. Choć trafniej byłoby napisać, że to nowy turnus wjechał we mnie. Walcem. To jest w sumie komiczne, że co trzy tygodnie KAŻDY pracownik ma na ustach dwa zdania: ja pierdl oraz ten turnus jest najgorszy. Potem okazuje się, że w porównaniu z kolejnymi wcale taki zły nie był, chociaż obecny będzie dość wysoko w rocznym rankingu - ktoś tak zdenerwował szefową, iż odwołała nasze niepisane prawo do wybaczenia pacjentowi niewielkiego spóźnienia (wielokrotnie pisałam o tym, że 5-cio minutowy poślizg może zdarzyć się każdemu i nawet tego nie odnotowujemy - przeważnie takie spóźnienie nie zaburza pracy, nie powoduje opóźnienia w przyjęciu następnej, najczęściej punktualnej już, osoby). Od poniedziałku zniknęły wszystkie kartki z informacją, iż spóźnienie powyżej 5 min powoduje utratę zabiegu danego dnia. Teraz przyjście na styk opatrzone jest komentarzem, a chociaż minuta spóźnienia - odmową wykonania zabiegu. Więc wyobraźcie sobie co się dzieje!

Do tego ta pogoda! Osobiście wolę śnieg i mróz, niż to, co teraz odbywa się za oknem, hucznie zwane przedwiośniem, a przede wszystkim wolę stabilną sytuację ciśnienia atmosferycznego! Poniedziałek był dramatyczny, bałam się wracać samochodem do domu, bo tak mnie pokładało. Wczoraj już trochę lepiej, choć niewiele udało mi się zrobić po pracy. Dziś powtórka z poniedziałku i przespane kilka godzin po powrocie do domu.. Serio, wolę mróz.

To jak już sobie niekonkretnie pomarudziłam, wspomnę jeszcze o jednym z pacjentów, który trafił do mnie na indywidualną w zeszłym tygodniu - ręka jak balon, gorąca, świecąca, w rozpoznaniu stan po złamaniu. W życiu nie widziałam czegoś takiego! Pierwotnie szyna gipsowa, po kontroli w naszym światłym Grodzie Kraka zamieniona na prawilny gips, oczywiście założony za ciasno, pacjent średnio panikarski typ - bolało, puchło, piekło i drętwiało, ale wytrzymywał, więc nie zgłosił się wcześniej. Sumarycznie ręka unieruchomiona przez 8 tygodni!!! Pytam, czy były zaburzenia zrostu - nie. Zatem po co? I jeszcze skóra uszkodzona w dwóch miejscach przy próbie ściągania gipsu. Chyba nie muszę Wam pisać o (braku) ruchomości?
Płakałam ja (ugniataliście kiedyś kamień?), wył pacjent (wolałabym nie być nigdy w jego skórze!), rozstaliśmy się w dużym lęku - z mojej strony głównie o sens dalszych tortur. A następnego dnia przyszedł wesół i oznajmił, że ubrał się dziś sam. Pół ręki mniej, kciuk odzyskał swoją funkcję, a ja dostałam taki zastrzyk powera, że nawet ugniatanie kamieni boli mniej :)

Tym pozytywnym akcentem kończę i idę poćwiczyć - jutro ładowanie tłustego węgla, więc trzeba spalić na zaś!

N.

piątek, 29 kwietnia 2016

Kolejna majówka z Natikiem

Pamiętacie zeszłoroczny post majówkowy? W tym roku zapowiada się jeszcze grubszy melanż, więc jak mogłabym o nim nie napisać!? ;D Post będzie aktualizowany, także można odwiedzać co jakiś czas lub przeczytać całość we środę.


Piątek, piąteczek, piątunio!


O 17:00 opuszczam mury pracy mej, żegnana życzeniami wypoczynku na majówce. Tja, nawzajem! Idę łąką, polem, lasem, ukwieconym, prawie umajonym, ptaki ćwierkają, zielsko kwitnie. Odrzucam ten wzniosły klimat, wręcz wyczuwalne w powietrzu (i unaocznione w zakorkowanym mieście) zadowolenie narodu z nadchodzących wolnych dni!

Wieczór mija mi na ogarnianiu domu, jedzeniu serów, piciu wina i czekaniu na ojca, by złożyć życzenia naszej dzisiejszej jubilatce :) Już nie mogę doczekać się reakcji na prezent! 


Oczekiwania i zabawy zegarkiem odwlekają moje udanie się na spoczynek na grubo po północy. Niedobrze.

Sobota


Nieprzytomna po 4h snu lecę do roboty. Tam rzucają się na mnie kuracjusze (ten turnus to wyzwanie...), bo jak to, teraz sobie przychodzę (15 min przed objęciem zmiany), oni już od 6 czekają! Tak miło rozpoczęty dzień musiał być udany :) Po powrocie do domu leżę kilka godzin, bo jestem tak podtruta siarkowodorem, że przestaję ogarniać rzeczywistość.


Wieczorem wraz z Mężczyzną udajemy się na australijskie slajdowisko u znajomej, podziwiać kangury i wombaty oraz inne podróżnicze atrakcje. Do tego wino, vegemite i wegańskie burgery - całkiem udany wieczór. Mógłby być bardziej udany, gdyby nie skosiło nas zmęczenie, ale to już nie te lata, by nie spać w ogóle.

Niedziela

W końcu zasiadłam przed kompem, by spisać wczorajsze wspomnienia. Miałam iść pobiegać, ale obowiązki wzywają, trzeba przygotować się na jutrzejszy dzień. Po poranku w książkach i na macie zbieram się na mecz żużlowy.


Tym razem frekwencja nas zaskoczyła i przybyliśmy na stadion nieco za późno. Siedzieliśmy w chyba najbardziej zasypywanym żużlem miejscu, więc z boku nasze kibicowanie mogło wyglądać bardziej na walkę o przetrwanie :D Po zwycięskim dla Wandy meczu pojechałam do wujostwa na grilla. Oczywiście byłam kierowcą, więc trzeźwa i pierońsko zmęczona wróciłam do domu i padłam.

Poniedziałek


Cały poranek spędziłam na przygotowaniach do wieczornych zajęć - prowadziłam zastępstwo za znajomego i chciałam być przygotowana na każdą okoliczność. Popołudnie spędziłam w robocie, na szczęście bez wąchania siarkowego odoru. Potem wspomniane zajęcia i w końcu upragnione wolne! Zaszyłam się z butelką wina, snapem i Wspaniałym Stuleciem w pokoju.

Niedzielny wtorek


W końcu się wyspałam! Te 8 godzin snu tak mnie rozleniwiło, że z moich ambitnych planów wyszło tylko kucharzenie i rolki. Reszta dnia to seriale, książki, gazety i błogie lenistwo. Jak to zwykle bywa w długie weekendy, już nie mogę się doczekać jutra, by trochę odpocząć. 

N.


niedziela, 10 kwietnia 2016

Habit tracker - moje zabawy z bullet journal


Podczas styczniowej choroby, błądząc w otchłani youtuba, znalazłam kanał Boho Berry. Zaciekawiona korzeniami całego tego bullet journal dotarłam do strony pomysłodawcy. Sam system i jego interpretacja przez osoby ceniące sobie dobrze wyglądające notatniki bardzo mi się podoba, jednak nijak sprawdzałby się w moim przypadku - i tak musiałabym przerysować kalendarz z podziałką godzinową, a po co kopiować coś, co już mam?

Inaczej sprawy się miały u Mężczyzny - papierowe kalendarze zwykle zbierały kurz, a ich cyfrowe odpowiedniki sprawdzały się tylko częściowo. Potrzebował on jakiegoś narzędzia do ogarniania projektów w pracy, więc podsunęłam mu stronę Rydera. Kilka dni później przyszło zamówienie z dwoma notatnikami Leuchtturm1917, czarnym dla niego, malinowym dla mnie :)

Po co mi on, skoro nie zamierzam porzucać klasycznego kalendarza? Ano, na te wszystkie pierdolety, które głównie powodowały mój zachwyt - kolekcje. Powyżej jedna z nich, tzw. habit tracker. Rozpisujemy dni miesiąca, aktywności, które chcemy śledzić i co wieczór odhaczamy to, co udało nam się zrobić. W moim przypadku ta tabelka spełnia dwie role:
  1. Pozwala mi zorientować się, czy coś, co wydaje mi się nawykiem, rzeczywiście nim jest, ewentualnie zobaczyć, jak często wykonuję daną czynność.
  2. Mobilizuje do zrobienia czegoś jeszcze przed położeniem się spać, by nie było dziur w kolorowym szlaczku kwadracików :)
Naprawdę wydawało mi się, że pijam czystek codziennie - jeden rzut oka i wiem, że tylko mi się wydawało. Ba, pijam czystek tylko wtedy, gdy jestem wieczorem w domu (jestem codziennie, ale przeważnie po to, by iść pod prysznic i położyć się spać, nie mam zbyt wielu wolnych wieczorów). W tym miesiącu, z okazji wirusowego przykucia do łóżka, moje statystyki będą znacznie lepsze, ale muszę popracować nad jakimś rozwiązaniem czystkowych wieczorów.

Jeśli chodzi o ruch, to marzec był trudny, o czym już wspominałam przy okazji wpisu o 2. Krakowskim Biegu z Dystansem. Cztery razy wyszłam pobiegać, trzy razy poćwiczyłam w domu, a jogę praktykowałam tylko na zajęciach grupowych - porażka :D Natomiast mnogość zajęć i zobowiązań oraz konieczność przemieszczania się po mieście mocno rozwinęły moje czytelnictwo, choć niestety nie to branżowe. 

Kwietniowy tracker wydłużył się o kilka nowych pozycji do sprawdzenia w regularności, a sam notatnik o kilka nowych kolekcji. To wciąga mocniej, niż kolorowanki dla dorosłych, beware! 

N.

sobota, 2 kwietnia 2016

Sobotnie rozkminy


Od dwóch dni leżę. Tym razem poskładało mnie na tyle skutecznie, że lekarz nogą tupnął i L4 nie przepuścił. O ile wizja sprzedania tej wirusowej gadziny niefajnym pacjentom mocno kusi, tak zdrowy rozsądek wziął górę - pewnie wszelkie atrakcje złapałby ktoś z personelu, a ja, sądząc po zadyszce dopadającej mnie w drodze do kibla (10 m), zaliczyłabym odjazd. 

I tak leżę od dwóch dni, pilnie wypełniając zalecenia - tabletki, syropy, płyny i kokoning. Nieprzyzwyczajona do takiej dawki wolnego czasu zaczynam świrować. Nie potrafię skupić się na czytaniu, od monitora łzawią mi oczy i wraca ból głowy. Dupsko boli, mięśnie zanikają, sąsiad pierdzi wiertarką. Próbuję znaleźć jasne strony mej sytuacji, ale nijak mi nie wychodzi.

Podły humor pogłębiają dwie sytuacje, o których chciałabym dziś napisać, a na zgłębienie których mam trochę czasu - fizjoterapeutyczna zagłada, do której już tylko krok oraz episkopat forsujący moją (i innych kobiet) szyjkę macicy. 

Zacznę od bliższej mi kwestii, czyli Ustawie o zawodzie fizjoterapeuty. Z góry przepraszam czytających to kolegów po fachu za uproszczenia, jednak świadomość większości społeczeństwa odnośnie naszej pracy zamyka się na ten pan od masażu, tudzież operator lasera i TENSa. Zatem dla zarysowania sytuacji - mój zawód jest trochę jakby poza prawem - jest, ale formalnie go nie ma :) Studiuje się go od lat, również od lat placówki rehabilitacyjne zalane są fizjoterapeutami, o prywatnym sektorze nie wspominając. Taka sytuacja doprowadziła w ostatnich latach do skandalicznych sytuacji. Wyobraź sobie, że potrzebujesz pomocy fizjo, znajdujesz jakiś gabinet, kładziesz na leżance i w wyniku czarów terapeuty, już z niej nie wstajesz. Co poszło źle? W postępowaniu sądowym, na które zapewne się zdecydujesz, okazuje się, że gabinet prowadzi osoba, która uzyskała prawo do nazywania siebie fizjoterapeutą po 4- godzinnym kursie. I nie wiedziała, że nie zawsze strzelanie z kręgosłupa jest dobrym pomysłem. Nie powinno tak być? Jestem dokładnie tego samego zdania - stąd od kilku lat toczy się batalia o stworzenie i wprowadzenie w życie Ustawy o zawodzie fizjoterapeuty (analogicznej do ustaw lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych i innych medycznych zawodów). Ustawa ta ma określić kto może nazywać się fizjoterapeutą, jakie taka osoba ma kompetencje, co może, czego nie itd. Najpierw żarły się między sobą główne stowarzyszenia fizjo w Polsce - jedne chciały spisać ustawę tak, by dać dużo wolności fizjoterapeutom (mniej więcej tak, jak jest to w całej Europie), drugie tak, by uzależnić pracę magistrów i licencjatów od specjalistów (specjalizacja w tym zawodzie nie polega na doskonaleniu się jakieś węższej dziedzinie, to powtórka ze studiów, poszerzona o kursy, które musisz zrobić, nawet jeśli Cię nie interesują i oczywiście za wszystko płacisz sam), na czym zyskałyby głównie owe stowarzyszenia, bo wiele osób zostałoby zmuszone do zrobienia specjalizacji. Jakimś cudem w końcu udało się dojść do porozumienia, wszak zalew rynku pseudo-fachowcami przynosił coraz więcej ofiar w osobach pacjentów i pośrednio powodował, że ludzie boją się iść do fizjoterapeuty, ćpanie ibuprofenu wydaje się być bezpieczniejszą formą terapii. Projekt Ustawy zatwierdził prezydent Duda, trafiła pod głosowanie i się zaczęło..
Jest jeszcze jedno silne lobby - lekarze rehabilitacji medycznej - to taki twór, który miał stać na drodze między lekarzami specjalistami a rehabilitacją - ortopeda, reumatolog może być świetny w swojej dziedzinie, ale średnio orientować się w tych wszystkich ćwiczeniach, metodach i bioprądach. Osoby wykonujące zabiegi nie zawsze posiadają pełne wykształcenie wyższe, toteż nie chciano powierzać im decyzji o leczeniu pacjenta. Stąd lekarz rehabilitacji medycznej. Niestety, w przeciągu 5 lat studiów i 2,5 roku pracy spotkałam jednego (!), tak, jednego lekarza tej specjalizacji, którego śmiało mogę nazwać kompetentnym. Trochę słabo, c'nie? I absolutnie nie mam tu na myśli braków w wiedzy stricte medycznej, tej wyniesionej z Collegium Medicum, mam raczej wrażenie, że większość zatrzymała się te 15 lat temu i tej wiedzy się trzyma. Nie znają metod specjalnych, nie czytają najnowszych publikacji, nie chcą słuchać, gdy mówi się im, że można coś zrobić lepiej, szybciej. Potem mam takie kwiatki, jak zlecenie zabiegów laserem na szyję u kobiety z guzami na tarczycy (raczej mocne p/wskazanie do tego zabiegu), czy ultradźwięków na górne kręgi szyjne (anatomia i fizyka się kłania, w pas!!!!) lub leczenie rwy kulszowej machaniem nogą w UGULu (w odciążeniu), nosz kurka! Większość tych zaleceń po prostu nic pacjentowi nie da, niektóre zaś mogą być groźne dla jego zdrowia lub życia. Stąd moje, jak i większości fizjo, bardzo ostrożne podejście do lekarzy i ich zaleceń. Stąd też konflikty, bo jak mają ręce nie opadać w takich chwilach?
I właśnie ci lekarze postanowili zabrać głos - po wspomnianych wcześniej kłótniach wewnętrznych, ustalono, że jeszcze nie czas na taką samodzielność magistrów fizjoterapii, by na podstawie lekarskiego rozpoznania mogli sami zaplanować terapie pacjenta (dobrać zabiegi, dawki) - w praktyce oznaczało to, że nic się nie zmieni - na NFZ dalej będę zbierać zleceniowe kwiatki od lekarzy, a prywatnie każdy jest panem swego losu. Fair enough. Tymczasem po cichutku, po kryjomu wprowadza się zapis, który uzależnia zarówno fizjoterapeutów, jak i pacjentów od zlecenia lekarskiego i to nie tylko na fundusz, ale i za fundusz. W praktyce oznacza to, że nie mogę w swoim prywatnym gabinecie przyjąć nikogo, kto nie ma świstka od lekarza. Wiecie ile dziś, gdy Ustawa wciąż jest w zawieszeniu, czeka się na rehabilitację? Ze 3-4 miesiące (na fundusz, w Krakowie). Zatem ile będzie się czekało, gdy Ustawa w takim brzmieniu wejdzie w życie? Rok?
Stąd masowe przekwalifikowania fizjo w osteopatów - ten zawód w Polsce jest głęboko w powijakach, na całe szczęście..

I gdy już powoli szukam destynacji emigracyjnej (za coś trzeba żyć albo zmienić zawód), do mej macicy wmaszerowują panowie w sukienkach. Ten temat jest pewnie szerzej znany, więc przejdę od razu swoich odczuć. Ciężko mi wyobrazić sobie kobietę, która prawnie zobligowana jest do urodzenia dziecka, gdy tego nie chce. W medialnej dyskusji pada wiele argumentów, powoływanie się na sumienie, religijność, to znowu na prawo kobiety o decydowaniu o swoim ciele itd, itp. Każda strona ma swoje argumenty. Każdy z nich ma jakieś uzasadnienie, choć jednego zrozumieć nie potrafię - co w obecnym prawie jest złego? Nie jesteśmy (jeszcze) państwem klerykalnym (formalnie), zatem prawo kościelne nas nie obowiązuje. Jest jasno określone: można usunąć ciążę, gdy jest wynikiem gwałtu, gdy zagraża życiu matki, gdy płód jest uszkodzony. Słowo klucz - można. Nikt nikogo nie zmusza do przerwania takiej ciąży, zabijania dziecka, czy kiedy tam definiujecie, że zlepek komórek staje się człowiekiem. Jednak wydaje mi się skrajnie niehumanitarnym zmuszanie kogokolwiek do donoszenia ciąży, gdy jej powstanie lub kontynuacja przyniesie tylko ból i cierpienie. Ale to moje zdanie, wynika z moich przekonań i moich rozmyślań natury etycznej. I znalazłoby zastosowanie w moich, tylko moich czynach. Nie miałabym czelności wymuszać na kimkolwiek takiego postępowania, stąd moje wzburzenie, iż ktokolwiek pozwala sobie narzucać mi prawnie jeden słuszny wzór postępowania. Czy polski kościół jest aż tak słaby, iż musi siłą domagać się posłuszeństwa?
Zastanawia mnie jeszcze kwestia kobiet, które poroniły. Nie chciały tego, po prostu tak czasem jest. Pójdą do więzienia za coś, co się w naturze zdarza i to nie rzadko? Co z tymi kobietami, które nawet nie wiedziały, że w ciąży były, a ją straciły? Też za kraty? Jeśli za moment powstania człowieka uznamy zapłodnienie, to co z kobietami, u których zarodek ten nie zagnieździł się w macicy? Idąc dalej tą chorą filozofią, co z kobietami, które były w ciąży mnogiej i jeden z zarodków obumarł (został wessany przez braci/siostry)? Można uznać, że przesadzam, ale w jaki sposób wytłumaczyć te, jakby nie było, procesy selekcji naturalnej przed sądem, gdy usilnie wmawiają nam, że do tego właśnie dążyliśmy swoim postępowaniem, stylem życia?
Czy jestem zatem po drugiej stronie i chciałabym liberalizacji prawa, bo uważam, że ludzie mają prawo decydować o sobie i samodzielnie rozstrzygać dylematy moralne? Aż tak ludziom nie ufam, a historia już pokazała, że Polak potrafi. Uważam, że aktualny zapis powinien zostać w niezmienionej formie - jak ktoś będzie chciał go obejść, to obejdzie, wszak Czechy leżą całkiem niedaleko :) Nikt natomiast nie zadba o ofiary gwałtu, porzucone po urodzeniu niepełnosprawne dzieci i rodziców, którzy w duchu modlić się będą, by ich potomek z ancranią cierpiał jak najkrócej (zapalenie mózgu to ponoć dość uciążliwe doświadczenie) - o ludzi, którzy nie podzielają kościelnych ustaleń, iż płód jest człowiekiem i jest nietykalny, a zostali zmuszeni do ich przestrzegania,

Przeraża mnie to, co się dzieje w tym kraju. 
N.

sobota, 16 stycznia 2016

Jak wybrać matę do jogi?



1. Poszperaj w necie i przeczytaj tuzin poradników.

2. Odwiedź pobliski sklep sportowy i uznaj, że nic w asortymencie nie spełnia twoich oczekiwań.

3. Poszukaj w sklepach internetowych - zawsze przecież można zwrócić. Po godzinie przed kompem zastanów się, czy na pewno chcesz wydać tyle kasy. Uznaj, że nie chcesz.

4. Podpytaj znajomych joginów i dowiedz się, że nie są zadowoleni ze swoich mat ;p

5. Ponownie zweryfikuj finanse i wmów sobie, że za jakość trzeba zapłacić.

6. Z nowym nastawieniem zrób kolejną rundę po sklepach internetowych. Nie zamów nic.

7. Po kilku kolejnych tygodniach praktyk na karimacie zażycz sobie matę jako prezent urodzinowy.

8. Ciesz się wyręczeniem cię w tym trudnym wyborze oraz nową, idealną matą do jogi!


Wybaczcie mi ten niezbyt pomocny wpis, ale jestem pod ogromnym wrażeniem tego, że w tak pogmatwany sposób weszłam w posiadanie dokładnie takiej maty, jakiej potrzebowałam oraz tego, że Mężczyzna ogarnął, choć z jogą ma tyle wspólnego, co ja ze stolarką. Jestem też pod ogromnym wpływem leków, więc pióro mam dziś zadziwiająco lekkie! :)

Wesolutka N.

niedziela, 3 stycznia 2016

Najlepsze w 2015


Witajcie w nowym roku!
Nie porwałam się na biegowe podsumowanie minionych dwunastu miesięcy, by przypadkiem się nie zdołować. Rozliczeń z postanowień noworocznych też nie będzie - pamiętacie akcję Rok dobrych nawyków? - no właśnie, ja też o niej zapomniałam w trakcie :) To był średni rok, pochłaniający mnie w czynnościach i sytuacjach, na które niekoniecznie miałam ochotę. Stawiający na mej drodze trudnych ludzi. Pozostawiający po sobie takie sobie wrażenie. Dlatego wypiszę dziś siedem rzeczy/sytuacji/wydarzeń, które pozytywnie wyryły mi się w pamięci i którymi chciałabym wspominać 2015 rok.

1. Zorganizowane zajęcia z jogi

Z początkiem roku wkręciłam się mocniej w praktykę. Z braku know-how chwytałam się różnych gotowców - a to Nike Training Club, to Yoga with Adriene, ewentualnie Yoga with Celest. Tak szukałam swojej drogi w internecie, aż w marcu wpadłam na genialny w swej prostocie pomysł - praktykować pod okiem kogoś, kto się zna. Zaczęłam uczęszczać na zajęcia grupowe dwa razy w tygodniu i to była najlepsza rzecz jaką mogłam uczynić dla swej praktyki. Okazało się, że wszystko robię źle :) Dosłownie każdą asanę trzeba było poprawić. Joga to szczegóły, dużo szczegółów i dziś wiem, że potrzeba drugiej osoby do wyłapania błędów. Dopiero teraz, po prawie roku (!) grupowych praktyk, mam odwagę rozłożyć (kari)matę w domu i próbować asan na własną rękę - choć tylko tych, które wiem, jak mam czuć. 

2. Dwa fajne kursy

Zawodowo ten rok także był rokiem stagnacji. Udało mi się wybrać na dwa ciekawe kursy kliniczne, dotyczące barku i kolana. Ich największym plusem było podsumowanie technik z kilku(nastu?) metod, dające bardzo praktyczne narzędzie do gabinetowych zmagań. Jeśli chodzi o kolana, to sezon na pacjentów dopiero się zacznie (wraz z sezonem zimowym), natomiast barki w modzie cały rok i z niemałym zdumieniem obserwowałam jak szybko poprawiają się osoby prowadzone stricte wg zasad poznanych na kursie. 

3. Żużel

W minionym roku doszło do reaktywacji krakowskiego zespołu żużlowego. Gdy tylko mogłam, śledziłam na żywo zmagania Speedway Wanda Kraków, inhalując się oparami metanolu :) Był nawet pomysł, bym została podprowadzającą, ale wciąż nie mam pomponów.

4. Zakup zegarka biegowego

Od 2014 roku pragnęłam Garmina. Najpierw FR 10, potem FR 210, przez chwilę skłaniałam się nawet do FR 15. O swoich rozterkach niejednokrotnie pisałam, tego typu inwestycje zawsze spotykają się z dużym oporem rozsądku. Wspomniane modele wyszły z produkcji, używane często były już po gwarancji, a bieganie z coraz większymi smart-cegłami doprowadzało do szału. Nie pamiętam jakim nurtem popłynęły moje rozkminy, ale swoje pragnienia przelałam na produkt marki Polar. Chyba chodziło o pulsometr. Czaiłam się długo, aż znalazłam ofertę marzeń. Mężczyzna zapolował na allegro (ja jestem słaba w licytacjach, on jest wyjadaczem) i weszłam w posiadanie Polara M400. To były najlepiej wydane pieniądze w minionym roku!

5. Przeczytana trylogia Murakami'ego

Mowa o 1Q84. Tomy leżały u mnie grubo ponad rok, czekając na swoją kolej. Chciałam zasiąść do nich w takim momencie, gdy będę mogła poświęcić na czytanie dużo czasu, móc odpłynąć, nie przerywać sobie co kilka kartek. Jednak taki czas nie nadchodził, więc któregoś październikowego dnia po prostu zaczęłam czytać. Uwielbiam ten stan przeorania umysłu, w którym pozostawia mnie każda kolejna książka tego autora.

6. Sezon ślubny

Któregoś dnia nieopatrznie podliczyłam ile wydałam w minionym roku na śluby i wesela znajomych. To był błąd, nie róbcie tego! Lepiej skupić się na zabawie, a tej nie brakowało. Część z imprez wiązała się z weekendowymi wyjazdami, co pozwalało mi na spędzenie ze swoim Mężczyzną wieeelu godzin. Na co dzień mi tego brakuje, ba, zawsze mam obawy, że jeśli zamieszkamy razem, zanudzimy się ze sobą lub, co w sumie bardziej prawdopodobne, będziemy o wszystko walczyć. Choć kilkudniowe wyjazdy to nie to samo, dają nadzieję, że potrafimy się dogadać i o siebie troszczyć (a przynajmniej ja czuję się otoczona troską). Grafik ślubny na 2016 już mnie rozwala, tym bardziej kieruję swoje myśli na ten wspólnie spędzony czas :)

7. Wypad do opery

Mama wyciągnęła mnie na Carmen. Opera Krakowska stoi już od kilku ładnych lat, jednak dostać się tam to większe przedsięwzięcie logistyczne, niż upolować torebkę Wittchen w Lidlu! Bilety schodzą w przeciągu kilkunastu minut od otwarcia rezerwacji internetowej, często też okazuje się, że połowa miejsc jest niedostępna, bo wiadomix, ktoś już pulę biletów rozprowadził po znajomkach. Jednak Matka nie spała, bo odświeżała stronę opery i udało się. Dużym zaskoczeniem dla mnie było udogodnienie w postaci napisów (sic!). Teraz idąc do opery nie trzeba znać libretta, nie trzeba martwić się nieznajomością języków obcych (było po francusku) - na pewno w jakimś stopniu zachęca to osoby dotychczas trzymające się od tego typu instytucji z daleka, by przyjść, poznać inny odłam kultury. O ile wcześniej upoluje sobie bilet.

W 2016 rok wchodzę dość spacerowym krokiem. Dużo śpię, leżę, czytam, oglądam filmiki na YT. Nie chcę na razie nic planować, postanawiać, zarzekać się, bo minione dwanaście miesięcy przekonało mnie, że mogę sobie chcieć i robić, a życie ma na mnie inny plan. Teraz odetchnę, potem się rozkręcę :)

N.

niedziela, 22 listopada 2015

Leniwie

Balon już pofrunął :(

To był dziwny tydzień :) Zostałam skazana w pracy na wygnanie - tak nazywamy te dziwne popołudniowe zmiany po 3 h. Każdy czasem musi je odbębnić, niektórzy pracują tak cały rok.. Nie muszę chyba wspominać, że zarobione w tym czasie pieniądze nie pokrywają nawet kosztów dojazdu do pracy? ;D

Kręcąc trochę nosem na taki stratny tydzień postanowiłam zrobić w końcu coś dla siebie, a dokładniej - odpocząć.  Plan był prosty - wysypiać się, jeść regularnie i przemyślanie, odkopać się z zaległości i trochę rozerwać. Żadnej pracy poza tymi trzema godzinami, żadnych pacjentów, klientów, null.

Pierwsze dwa dni czułam się bardzo nieswojo. Przyzwyczajona do szybkiego załatwiania swoich spraw i utykania zadań w każdą lukę w planie dnia, już przed pracą byłam ze wszystkim odrobiona. Wracałam i... co teraz? Jakiekolwiek próby zrelaksowania się prowadziły do dziwnego uczucia, że o czymś zapomniałam, czegoś nie zrobiłam, siedzę sobie tu i czytam książkę, a mogłabym się uczyć lub pracować. Na szczęście kolejne dni skutecznie wdrożyły mnie w nieróbstwo. Pobudka, godzinka z książką w ciepłym łóżku, leniwe śniadania, leniwe ogarnianie domu, leniwe gotowanie obiadu. Wszystko leniwe i dużo wolniej, niż na co dzień. 

Dziś patrzę w kalendarz i słabo mi się robi na myśl o przyszłym tygodniu. Znów trzeba przyspieszyć, znów gonić się z czasem. Wykonywać te same czynności, tylko szybciej. Wolałabym się dalej byczyć :)

Czy odpoczęłam? Tak sobie. Psychicznie już nawet, nawet, do dnia, gdy dowiedziałam się, że mój pacjent zmarł. Fizycznie chyba nie - dalej boli mnie dosłownie wszystko. Zaczęłam mieć problemy z zasypianiem (to w ogóle możliwe do nabycia w 5 dni!?), normalnie jestem tak wykończona, że po prostu tracę świadomość, w minionym tygodniu paradoksalnie spałam mniej, bo więcej czasu traciłam na turlanie się po łóżku i czekanie na sen. To pewnie też jest do wypracowania, jak i nauka odpoczywania i gdy tylko sytuacja finansowa mi na to pozwoli, będę sobie praktykować ten relaks ile wlezie!

Tymczasem zawijam się w mój czerwony kokon i życzę Wam leniwej niedzieli oraz spokojnego tygodnia!

N.

czwartek, 3 września 2015

Skromny update


Wiecie, że lubię sobie tak zamilknąć na tydzień, dwa? Ewentualnie miesiąc?

Pewnie siedziałabym cicho kolejne dni, ale zostałam nieoczekiwanie uziemiona przez dermatologa. Nie pobiegam, nie pochodzę, o jodze i innych wygibasach też nie ma mowy. Poruszam się tak zabawnie, że nawet pacjenci robią sobie ze mnie podśmiechujki. Przymusowe ograniczenie aktywności fizycznej zaowocowało niewiarygodną ilością wolnego czasu. Nawet w pokoju posprzątałam! :)

Sytuacja ta jest przykra dla mnie potrójnie. Raz, gdy nie mam jak wyładować agresji po pracy (czyt. na treningu), staję się nieco uciążliwa dla otoczenia. Dwa, półmaraton coraz bliżej, treningów coraz mniej. Trzy, weszłam w posiadanie Polara M400 i niesamowicie irytuje mnie fakt, że leży właśnie nieużywany na biurku, dziecię moje najukochańsze (zaraz po Mężczyźnie). Czasem mam ochotę otworzyć okno i krzyknąć: życie wspaniałe, tyraj mnie bardziej, czekam!, powstrzymuje mnie tylko myśl, że sąsiadująca gimbaza załatwiłaby mi przegląd psychiki w Kobierzynie. 

Dla dobicia poruszę jeszcze dwie kwestie - bieganie i jogę. To pierwsze, dzięki interwencji kolegi z pracy, przestało dostarczać mi atrakcji w postaci skurczu przepony. Był taki moment, gdy na głowie siedziała mi dwójka fizjoterapeutów - nie wszystko jestem w stanie zrobić sama (nie wszędzie sięgnę rękami ;p), nie znam wszystkich metod, ale bardzo chętnie je poznam, najlepiej na sobie. Magiczne sztuczki kolegów wpłynęły też zaskakująco na asany. Praktykuję (mniej lub bardziej regularnie) już z pół roku, ale od jakiś 4 miesięcy tkwiłam w tym samym punkcie. Odblokowana przepona i opracowane pasmo biodrowo-piszelowe oraz przywodziciele i bum, nagle mogę zrotować ramiona w psie z głową w dół :D Magic.

Nadchodzący weekend, kolejny z mocno aktywnych weekendów, stoi pod znakiem kursu i imprezy w Warszawie. Gdy skończy się ten chaos (czyli kiedy?), koniecznie potrzebuję wygospodarować sobie godzinkę dziennie na samokształcenie. Wiedzy wpadło dużo, trzeba ją usystematyzować. Swoją drogą, ostatnimi czasy w pracy miała miejsce śmieszna sytuacja. Przeważnie naklejaniem tejpów zajmują się u nas dwie osoby, kolega, który był na urlopie i koleżanka, która poszła na L4 (i przez wiele miesięcy z niego nie wróci). Ilekroć wybieramy się na jakiś kurs i potrzebujemy w związku z tym wolnej soboty lub, co gorsza, piątku, a już totalnie skandalicznie - całego tygodnia, słyszymy: i na co Ci to? Prawda, nabyta wiedza i umiejętności nie znajdą zastosowania w tym skamieniałym systemie, ale skoro nie mam zamiaru kisić się tam całe życie, to może warto podnosić swoje kwalifikacje? Kabaret zaczyna się wtedy, gdy właśnie nie ma kto tejpa przykleić i zaczyna się szukanie kogoś innego, kto taki kurs ma (a ma prawie każdy, choć każdy z nas wysłuchał litanii narzekań, gdy prosił o wolną sobotę). Jak trwoga, to nagle kursy takie ważne!

Lecz nie samą pracą człowiek żyje, choć większość doby właśnie na nią schodzi. Sezon ślubno-weselny przede mną, nawet chwaliłam się na insta swoimi nadmiarowymi boczkami (okazało się, że zaprzestanie żarcia słodkiego w pracy wystarczyło do ich zniwelowania). Jeszcze tylko ogarnę stopę i będę mogła śmigać w obcasach. Niestety, jedna z imprez koliduje mi z Biegiem Trzech Kopców. Ponieważ to ślub bliskiej mi osoby, start w tej imprezie muszę odłożyć na przyszły rok. Smuteczek bardzo.

Tym optymistycznym podsumowaniem ostatnich tygodni przerywam milczenie i mam nadzieję odezwać się ponownie rychlej, niż za pół roku :)

N.

piątek, 1 maja 2015

Majówka z Natikiem

Tak mnie naszło na pętli w Borku Fałęckim, coby eksperyment mały popełnić i dzień swój na zdjęciach ukazać. Aby nudno nie było, to nawet kilka dni. I tak wyszła Majówka z Natikiem.
Dla zachowania porządku na blogu, będę po prostu aktualizować ten wpis - można odwiedzać mnie codziennie lub przeczytać całość w poniedziałek. No, i dołączyć się do zabawy :)


Czwartek niczym piątunio.

Stoję więc w tym Borku, czekam na łaskę wszechświata i zesłanie jakiegokolwiek autobusu. Czasem jak słyszę, gdy ktoś chwali jak dobrze skomunikowany jest Kraków, mam ochotę zabrać go ze sobą w podróż praca-dom-praca. Stoję dalej, korzenie me wdzierają się między krzywe płyty chodnikowe, a w głowie powoli kiełkuje przerażenie, że w tym tempie, to nawet na jogę nie zdążę..


Na szczęście wyrabiam się, po 1,5 h walki z niesfornym dziś ciałem mam jedynie ochotę iść spać. Jednak zanim, znów zapuszczam korzenie na przystanku, bo po co puszczać autobusy wg rozkładu? To takie mainstreamowe!


W domu ciąg dalszy świętowania urodzin Mamy. Jestem słaba w te klocki, wybija 23, a ja nie wiem nawet jak się nazywam ;p Muszę odczekać swoje w kolejce do łazienki i mogę w końcu wpaść w objęcia Morfeusza. Długi weekend czas zacząć! Z hukiem :)


Piątunio właściwy.


Nawet, gdy mam okazję (i niemałą ochotę) sobie pospać, organizm przestawiony na tryb wczesnego wstawania budzi mnie o 7. Rzucam się chwilę w pościeli z nadzieją na ponowny sen, ale nie nadchodzi. Zjadam więc śniadanie anemika i przeglądam insta.


Debiut prasowy ;p W końcu mam chwilę na przeczytanie artykułu o swoim pacjencie. Swoją drogą, prosiłam fotografa, by mnie na tych zdjęciach nie było, a przynajmniej mojej twarzy. Chyba nie udało nam się dogadać.


Reszta domowników wciąż śpi, zbieram się więc na jogging. Nie zamierzałam, no ale trochę mi się nudzi. Poleciałam na pobliskie hałdy, spotkałam bażanta (nie chciał sobie zrobić ze mną selfie, uciekł), zdeptałam dwa ślimaki (i ominęłam jakąś setkę innych) i wróciłam do domu.


Prysznic, mycie głowy, pierwsze zabawy Tangle Teezerem. Jak już zaczęła mi popuszczać gruba chętka na ową szczotkę, znalazłam promocję w mojej drogerii :) Kobieca logika.


Po obiedzie wywalam nogi do góry i zasiadam do lektury (i nie czuję, że rymuję ;p). Opadły ze mnie wszystkie siły, a gdzie tam jeszcze do końca dnia..


Zmieniam tylko miejsca leżakowania. Zasiadam też to setnej próby obejrzenia Zaginionej dziewczyny - wiecznie ktoś lub coś mi przeszkadza, tego dnia także, ale w końcu, jakimś fartem, skończyłam :) I gorąco polecam - i książkę, i film!


Wieczorem na mały planszówkowy wpierdol wpada Mężczyzna. To był mój ostatni wysiłek intelektualny tego dnia, ledwie drzwi zamykają się za mym lubym, tracę przytomność i odzyskuję ją dopiero sobotnim rankiem.

Do pracy, rodacy!


Wstaję przed kogutami i zasuwam do roboty. Pocieszam się tym, że i tak cały dzień będzie prało żabami ;p Wtedy mam jeszcze nadzieję, że uwinę się z pracą raz, dwa i będę miała choć namiastkę majówki. Buhaha, nie.


Pacjenci nie dają mi zapomnieć, że praca z ludźmi mocno nie jest dla mnie ;p Cały tydzień latałam za kuracjuszami z prośbą, by nie czekali na zabieg do 13:00, 14:00, można napierać już od 7! Efekt? Siedziałam do końca, bo "a, tak jakoś się nie zebrałam wcześniej.., ale miłej majówki!" Za entym razem miałam ochotę zabić, naprawdę..


Wpadłam do domu, straciłam przytomność na godzinę i na gwizdkach zbierałam się na grilla do wujostwa. Na zdjęciu kot kuzynki, Bonsai, między fazami oszalałego latania za zakrętkami od butelek, ma fazy snu, jedyny moment, gdy można go bezkarnie pogłaskać. Oczywiście, w moim przypadku nie ma czegoś takiego jak bezkarne obcowanie z kotem, ale skończyło się tylko na nadużywaniu loratadyny i dzikim katarze.


Był nawet krótki moment, gdy słońce zaszczyciło nas swoją obecnością! Niestety, i tak jest jeszcze stanowczo za zimno na nocne przesiadywanie na tarasie. Wróciłam do domu w pół do trzeciej (kierowcą być..), jeszcze chwilka miałabym za sobą 24h na nogach <3

Słoneczna niedziela.


Nie do końca bezkarne zabawy z kitałkę zaowocowały dziś bólem głowy, spuchniętymi błonami śluzowymi i bólem gardła. Na lekach w miarę funkcjonuję, choć zarwana noc tego funkcjonowania nie ułatwia. Jak dotąd popełniłam jedynie sok warzywno-owocowy i pomysł na obiad na mieście. Żeberka z Wieliczki niestety nie wypaliły, bo wszyscy komuniści okupują knajpę, ale przypomniała mi się miejscówka polecana przez Olę, więc o ile tam nikt nie świętuje swojego nowego sakramentu kościelnego, wbijamy!


Nie mogło być zbyt pięknie. W restauracji było dość tłoczno, co akurat jest dobrym objawem, ale też mało kto jadł, czego początkowo nie zauważyliśmy, a co powinno nas stamtąd przegonić owego dnia. Panie z obsługi stanowczo nie wyrabiały, nie wiem, czy jeszcze nie wprawione do pracy na najwyższych obrotach, czy zmęczone, nieistotne. Obsługa leżała. Nasz stolik dostał napoje w dwóch ratach, a właściwie trzech, bo okazało się, że zamówione przez Mężczyznę piwo jest..ciepłe :D Ciepła natomiast nie była pizza. Była dobra, naprawdę przyzwoita, ale zimna, co i tak było najmniejszym problemem tego dnia. Panowie czekali na swój obiad tylko godzinę (my z matką już swoje zjadłyśmy..). Bałam się zamówić deser (zdążyłam już zgłodnieć, nim reszta stolika dostała jedzenie ;p), bo pewnie mleko na mascarpone jeszcze nie wydojone ;p Gdybym miała jakoś ocenić to doświadczenie kulinarne... to trochę jak sama nazwa restauracji wskazuje - Pół na pół.


Zrezygnowaliśmy z kawy w lokalu, więc całą czwórką wylądowaliśmy u nas. Mocno wydłużony czas posiłku pokrzyżował mi nieco rolkowe plany - było już za późno na wyprawę na Błonia. Poszliśmy więc z Mężczyzną na spacer. Załapałam się na kolejny deser, a po powrocie nadrobiłam zaległości w Grey's Anatomy.

I tak upłynęła mi majówka. Właściwie jak każdy zwykły weekend - jedzenie, spanie, odrabianie zaległości w czymś-tam. Jedyna różnica jest taka, że w tym miesiącu to nie ja kibluje w pracy na gimnastyce indywidualnej, więc dałam sobie ten luz psychiczny i nie otworzyłam nawet książek branżowych przez te trzy dni ;p
Mam nadzieję, że Wasze majówki przyniosły Wam to, czego od nich oczekiwaliście - spokoju, przygody, dobrej zabawy, nawet jeśli pogoda średnio sprzyjała :)

N.

piątek, 5 grudnia 2014

Tak niewiele trzeba!



Każdy, kto pracuje z ludźmi (w sensie świadczy im swoje usługi/towar), wcześniej czy później dochodzi do wniosku, że niektórzy z nich są pojebani zdrowo rąbnięci. Początkowo człowiek daje się zaskoczyć tym agresorom, przerośniętym dzieciom, ofiarom szczepionek na grypę, generalnie każdemu, kogo zachowanie odbiega od ogólnie przyjętych norm. I, co najważniejsze, naszych oczekiwań. 

Rok temu, gdy pacjentka wyzwała mnie od kurwy tylko dlatego, że trzymałam się zaleceń lekarza świadcząc jej usługę, mocno się tym przejęłam, wielokrotnie o tym opowiadałam, w sumie po to, by trochę wyładować złe emocje, które takie oskarżenie niesie ze sobą. Nie potrafiłam zrozumieć motywów tej pani, powodu dla którego tak się zachowała, zmiażdżyło mi to nieco ogląd na relacje międzyludzkie. Dziś, dwanaście miesięcy później, kilkanaście turnusów później, kilka kurw później, wiem już, że zasady, które wyniosłam z domu mają zastosowanie głównie tam oraz w gronie najbliższych mi osób. Jeśli idę do pracy, mogę spodziewać się wszystkiego, ale na pewno nie kultury i ogłady moich podopiecznych. 

Pisałam też kiedyś, że po dłuższym czasie spędzonym wśród ludzi takiego pokroju człowiek zaczyna się zmieniać. Dostosowywać do środowiska, w którym się znalazł. Pojawiają się stanowczość i niechęć wobec chronicznych kombinatorów, śmierdzieli, kłamców i alfonsów (czyli tych, który o Twojej profesji wiedzą więcej, niż Ty sam..). Pojawia się też odwzajemnianie agresji i epitetów (choć tu pragnę podkreślić, że nikomu nie powiedziałam, że jest kurwą), czyli zachowania, z którym wolałabym się nie identyfikować. Nie chcę być postrzegana jako ta pani, co warczy na każdego. Obserwuję siebie i swoje zachowanie, by móc chociaż sama przed sobą usprawiedliwiać się z jakiś wybuchów w stronę pacjenta, bo przecież sprowokował mnie, a ja taka zła zwykle nie jestem. 

Z obserwacji tych wynikła dzisiejsza refleksja (choć de facto skrystalizowała się ona w kolejce do kasy w Pepco) - tak niewiele trzeba, by zrobić na drugim człowieku lepsze wrażenie. Nie będę tu zachęcać do uśmiechu, miłych gestów, jak minął dzień i podobnych zwrotów, nie będę pisać o sobie. Skupię się, jak zawsze, na moich pacjentach. To oni są źródłem mego wkurwu, lecz także oni powodują, że chce się pracować w tym porypanym zawodzie.

Przychodzi pacjentka, wiek w okolicach nadętej matrony, komercyjna, więc stopy całować, bo płacę, to wymagam. Klasyka gatunku. Przychodzi spóźniona na zabieg 1 godz. i 10 min. Przychodzi i rzuca kartę, kwitując swą obecność słowami: Spóźniłam się.

Tyle. Spóźniłam się. Żadnego przepraszam albo spierdalaj. Nic. I stoi. Delikatnie próbujemy nakłonić panią do jakichkolwiek wyjaśnień, ale to jak grzebać kijem w gównie - bez sensu. Musiałam babona przyjąć, bo była z mojej zmiany, gdybym odesłała ją do planowania, trafiłaby już na zmianę koleżanki, która nie zasłużyła na obcowanie z podmiotem i ma co robić, więc pracy dokładać jej nie będę. Dzięki temu odjechał mi autobus (następny za 40 min), nie zdążyłam na przesiadkę i wróciłam do domu gruuubo po czasie. 

Życzenia masywnej sraki zaliczyła też dziś pani w Pepco. Kolejka do kasy dłuższa niż w osiedlowym mięsnym piątkowym popołudniem. Nagle zza stojaka z papierami ozdobnymi wyłania się kobiecina z torebką na prezent w garści i obwieszcza, że ona ma tylko to i chce bez kolejki. Poszczególne ogniwa podniosły głos, iż każdy tu ma tylko coś. Tylko tasiemkę. Tylko skarpetki dla wnuka. Tylko świeczkę. Itd. Baba przede mną pozwoliła jej wejść, a spytana, czy ja i inni z tylko jedną rzeczą też możemy przed nią skasować towar, oburzyła się. No i jestem bezczelna! 
Zrozumiałabym, gdyby wpychająca się pani była starsza, schorowana, niepełnosprawna, w ciąży, z wrzeszczącym bachorem, no cokolwiek. A tak, to tylko wkurw. 

Tymczasem tak niewiele potrzeba, by uchronić się przed natikową biegunką. Zupełnie inaczej traktuje się osoby, które nie dają się na dzień dobry poznać jako gbury i furiaci. Potrafią się przywitać po wejściu do pomieszczenia, przeprosić za spóźnienie, przełknąć ego i przyjąć na klatę, jeśli nic nie da się poradzić na konsekwencje ich czynów. Potrafią podziękować. Z grubsza wystarcza nawet, jeśli po prostu nie wyżywają się na nas, bo są nieudacznikami. Jeśli pamiętam, że dana jednostka przy każdym spotkaniu drze na mnie mordę, bo to jest jej sposób bycia, to chyba jasne, że odczuwam do niej głównie niechęć i odrazę, a co za tym idzie, nie będę chciała jej iść na rękę. Natomiast, jeśli spóźniona osoba dotychczas raczej ujmowała mnie swoim charakterem, czy kulturą, to choćbym miała rozmnożyć wanny przez pączkowanie, coś wymyślę. Z czystej sympatii.

Tak niewiele trzeba, bym uznawana była za miłą i uczynną osobę - i równie niewiele, by wyszedł ze mnie diabeł. Tylko odrobina kultury wystarcza, by nie wyjść na buraka i zostać pozytywnie zapamiętanym. Oraz jedna kurwa, bym maksymalnie uprzykrzyła delikwentowi pobyt na turnusie.

Tak niewiele.

N.

środa, 1 października 2014

Lubię siebie. Od czasu do czasu :)

Dzisiejszy post jest odpowiedzią na zaproszenie Eweliny do zabawy Polub siebie/Lubię siebie, polegającą na wypisaniu kilku swoich cech fizycznych, które najbardziej lubimy. Fizycznych, eh.

fot. Paulina Golec

To nie jest tak, że nie lubię swojego ciała. Po prostu nie umiem wskazać takich jego części, które powodują u mnie wow. Zawsze znajdzie się jakieś małe ale, które wynika po części z mojej czepialskiej osobowości, a po części ze świadomości, że jeszcze trochę pracy przede mną, nim stwierdzę, że jestem w 100% zadowolona, np. z mojego brzucha. 

Dużo czasu zajęło mi zaakceptowanie, że niektórych mankamentów mojej fizyczności nie przeskoczę. Jeśli wszyscy w rodzinie matki mają duży nos, a w rodzinie ojca garbaty, to jedynym ratunkiem dla mojego egzemplarza jest młotek chirurga plastycznego - na szczęście tylko raz w życiu ktoś zaskoczył mnie (negatywnie) swoim docinkiem, więc nigdy ten drobny defekt nie urósł do rangi problemu rujnującego moje życie. 

Podobnie rzecz się ma z biustem, czy nogami. Ten pierwszy mógłby być większy, wiadomo, fajnie móc nosić sukienki o kroju innym, niż worek po kartoflach, czy czuć się pewniej w sytuacjach iście sypialnianych. Jednak wygoda jaką zapewnia mi moja kompaktowa parka podczas biegania, ćwiczeń, kiedyś baletu, a w przyszłości, gdy większość moich rówieśniczek będzie miała już tzw. biodrówki - bezcenna. No i mogę kupować staniki sportowe w H&M za 40zł nie martwiąc się tym, że nie będą pasować :)

Z nogami zadziała się ciekawa sprawa. Uwarunkowania genetyczne potrafią przyprawiać o nienawiść względem swojego ciała. Mam po ojcu (pytam się, czemu?) krzywe nogi. Przez krzywe mam na myśli szpotawe, thanks god, w niewielkim stopniu, więc jeszcze nie da mi się wsadzić beczki między kolana :) Natomiast zaburzona oś nóg już daje się we znaki - problemy ze stawami, o których rozpiszę się więcej po półmaratonie. Jest to też problem wizualny, szczególnie dla kobiety. Ubierasz szorty, patrzysz w lustro i ubierasz jednak luźne gacie do ziemi. 

Czemu tyle piszę o swoich niedoskonałościach, skoro miał to być tag o moich ulubionych częściach ciała? Krzywe nogi były przyczynkiem pewnych głupich eksperymentów, których podjęłam się w latach późnego cielęctwa. Wymyśliłam sobie, że jeśli odpowiednio rozbuduję muskulaturę nóg, to nie będzie tak bardzo widać, że są krzywe. Rozumiecie to? Robiłam masę i rzeźbę łydki. Tylko łydki. Tylko mocno porąbana nastolatka mogła coś tak głupiego wymyślić ;) Oczywiście niewiele z tego wynikło (wizualnie), ale dostrzegłam pewną zależność - jeśli ćwiczę, mam mocniejsze mięśnie, czuję się silniejsza, a to cieszy mnie bardziej, niż sześciopak na brzuchu, który wciąż jeszcze nie ujrzał światła jupiterów. Tak też zrodziła się moja miłość do ud i to od nich zacznę wychwalanie swego ciała.

UDA

Pierwsza część mego ciała, o której zaczęłam ciepło myśleć. I to nie w związku z ich prezencją, a siłą właśnie. Zawsze, gdy ktoś mi wytykał, że mam duże (grube - to jednak częściej padało) uda i patyki zamiast łydek, odpalałam, że może i są duże, ale silne. Cieszyło mnie, gdy mogłam szybciej biec, dłużej zjeżdżać na nartach, nim uda paliły żywym ogniem. Dziś, po wielu latach, w końcu widać poszczególne mięśnie, na razie tylko, gdy je napnę (na anatomii palpacyjnej każdy chciał uczyć się na moich przywodzicielach ^^), jednak jest to dla mnie na tyle budujący widok, że gdy opadam z sił na fitnessach, czy podczas biegu, to gapię się na swoje pracujące udka i zacieszam. 

SZYJA

Ten podpunkt będzie chyba mocniej porąbany, niż podnieta własnymi udami :) Kto mnie widział w realu, ten wie, że się garbię. Mimo zamkniętej i skulonej postawy nie można powiedzieć, bym miała przyklejone barki do uszu. Bo mam długą szyję - efekt baletów i ciągłego ściągania obręczy barkowej w dół (nie ściągania łopatek w tył, tylko całej obręczy w dół). Pewnie kiedyś beknie za to kręgosłup, ale na razie się nie martwię, tylko cieszę smukłą szyjką (gąski).

WŁOSY

Chociaż ciągle na nie narzekam. Bo porowate, ciągną wilgoć i robi mi się pudel przy twarzy ilekroć spadnie 1 mm deszczu :) To minusy. A plusy? Długie, mocne, gęste, w zimie grzeją razem z szalikiem (;p), latem jaśnieją i mam piękne pasemka. Nieposłuszne i jednocześnie proste w obsłudze. Jak nie chcą się ułożyć, to spinam w koka i luz.

NA-TALIA

Już wiemy, że mam skromny cyc, genu murzyńskiego tyłka też nie posiadam (za co akurat mocno w duchu dziękuję!), więc moje kobiece kształty w dużej mierze robi..miednica. Szerokie biodra, oprócz spokoju ducha podczas porodu naturalnego, dają także złudzenie wąskiej talii. Nie wiem po kim mam ten atrybut, ale lepiej trafić nie mogłam. 

W sumie to chyba się rozkręcam w wyszukiwaniu pozytywów! 

Myślałam, że na udach poprzestanę. To jednak chyba jedyna moja jako tako ulubiona część ciała. Reszta przyszła po namyśle i kilku minutach przed lustrem. Pewnie po godzinie ten post byłby jednym wielkim samozachwytem. Pewnie taki był zamysł autora tagu - zmusić nas w końcu do dostrzeżenia swoich atutów. Kogo nominuję do zwierzeń? Olę i Małgorzatę, bo się opierniczają w blogowaniu (rzekłam ja, jeden post/tyg ;p), Sylwię, bo jest najświeższym obserwatorem :) oraz właściwie każdego, kto ma ochotę.

N.

wtorek, 15 lipca 2014

Gdy nie ma prądu..


Sobotnim wieczorem skończył się prąd :) Gniazdka w domostwie uschły, pozbawiając nas życiodajnego 230V. Początkowe jęki na brak internetu i nadzieja, że zaraz wszystko wróci do normy, po ok. 20 min zamieniły się w martwą ciszę (i jęki i nadzieja ;p). By nie zwariować, konieczne było wymyślenie sobie jakiegoś zajęcia na te długie godziny ciemności. Poniżej kilka pomysłów - do realizacji w towarzystwie i w samotności :)

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Pogotowie rolkowe




Sprzęt powyżej to moje rolki. Proszę się z nich nie śmiać, gdyż mają już swoje lata - zostały kupione daaaawno temu i pewnie daaawno temu powinny wylądować w rękach (i na nogach) innego dziecka. Ponieważ jednak moja stopa zatrzymała się na rozmiarze 36, więc spokojnie mogłam dalej w nich jeździć. 

sobota, 31 maja 2014

Bez telefonu


Wybrałam się wczoraj do stomatologa.
Nie, nie podjęłam tej męskiej decyzji sama - zmobilizowała mnie plomba, która czwartkowym wieczorem opuściła przytulne i ciepłe wnętrze mej jamy ustnej, zostawiając czarną dziurę wiodącą wprost między zwoje mózgowe. Brr. Żeby było mi prościej, mój dotychczasowy stomatolog odmówił mi pomocy przez najbliższy...tydzień, więc zmuszona byłam poszukać nowego.

I tak, ogólny strach przed panami z wiertłami w okolicach moich ust, strach przed infekcją czarnej dziury, strach przed kolejnym partaczem, którym może się okazać nowy stomatolog oraz strach przed rachunkiem za te przyjemnostki, spowodowały, że opuściłam dom w stanie tak dużego napięcia, iż zapomniałam wziąć ze sobą telefon.

Zafundowałam sobie tym samym dodatkowy kocioł myślowy. Z jednej strony chwilowe zerwanie się ze smyczy dało mi możliwość zauważenia świata wkoło mnie - jak posunęły się prace drogowe w okolicy, jakim tramwajem w ogóle jadę, że muszę wyczyścić baleriny, bo mam swoszowickie błoto na podeszwie itd. I takie uczucie lekkości - zero telefonów, zero maili, zero fejsa i wiadomości. 

Jednak co chwila macałam się po kieszeni i zastygałam w przerażeniu, że zgubiłam telefon. Potem naszła mnie myśl, że może akurat matka/ojciec/mężczyzna postanowią do mnie zadzwonić, ja nie będę odbierać przez jakiś czas (kij wie jak długo będę u dentysty) i nim wrócę do domu pół miasta będzie mnie szukało :D Żałowałam też, że nie mogę posłuchać muzyki, ani włączyć endomondo (skoro już idę z buta, to czemu by tego nie zapisać). Jednak najbardziej irytowało mnie, że nie wiem która godzina..

Nasze elektroniczne smycze są niezwykle wielofunkcyjne, dają tyle możliwości, które traktujemy już jak normę, że nie wyobrażam sobie spędzać dnia bez telefonu na własne życzenie. I jednocześnie podziwiam i zazdroszczę osobom, które o tym, że zapomniały komórki orientują się dopiero wieczorem po powrocie do domu :)

A jednocześnie mam świadomość, że przecież jeszcze nie tak dawno nie było smartfonów, komórka służyła tylko do dzwonienia, a ludzkość jakoś istniała. I jakoś dziwnie się czuję z tym swoim uzależnieniem od telefonu. Też tak macie? Jak to było, gdy ostatnim razem wyrwaliście się w świat bez smyczy?

N.

piątek, 4 kwietnia 2014

Pomysły na weekend dla wytyranych


Wiosna nadeszła. Słońce, ciepełko (choć mnie w pakiecie chłosta zimny wiatr, ale roznegliżowane dziewoje i panowie w krótkich gatkach podróżujący ze mną MPK zdają się go nie odczuwać), ptaszki ćwierkają, a cholerne badyle kwitną.

poniedziałek, 17 marca 2014

...

Nieco mi się zamilkło, nieprawdaż?

Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że brakowało mi tego miejsca i ubolewałam nad niemożnością skrobnięcia tu kilku swoich przemyśleń - prawda jest niestety brutalna.. nawet o blogu nie myślałam. Dopiero znajomi z reala pytający mnie czemu taka cisza w eterze, uświadamiali mnie, że oto kolejny dzień/tydzień bez nowej notki. Obiecywałam, że oto wkrótce, już na dniach coś tam skrobnę, jednak kolejne dni wyglądały dokładnie tak samo: praca - dom - zgon.

Od dwóch tygodni zaniechałam też biegania i fitnessów. Szczęśliwie, koleżanka w pracy wpadła na genialny pomysł wynajmu sali gimnastycznej, więc 2x w tygodniu naparzamy po pracy w siatkę. Inaczej już bym zardzewiała.

Totalnie nie rozumiem tego, co dzieje się (działo?) z moim ciałem przez ten czas. Nie urodziłam się wczoraj, co więcej, studiowałam 5 lat na CMUJ (a to zobowiązuje ;p), więc chroniczne zmęczenie i wyczerpanie organizmu nie są dla mnie jakimiś obcymi stanami. Tymczasem osiągnęłam taki poziom zmiażdżenia, gdy zaczęło mi brakować pomysłów jak dobudzić się rano na nocną zmianę w pracy, jak nie zasnąć idąc od przystanku [sic!] oraz jak nie zamordować nikogo, kto pomyślunkiem się nie popisuje (wystarczał jeden pacjent dziennie). Ból kręgosłupa, drętwienie kończyn (powrót z pracy do domu to był jakiś koszmar), ciągła senność i powoli przeobrażałam się w zombie. Doprawdy nie wiem co się stało, że dziś po powrocie z pracy i dwóch godzinach umierania na kręgosłup, nagle zachciało mi się funkcjonować - zrobiłam kilka centymetrów bransoletki z koralików, ogarnęłam pokój, w ogóle wstałam z łóżka ;p i nawet teraz (a jest 23, gdy to piszę) utrzymuję ciało w pozycji pionowej!

Niech mi to ktoś, kutwa, wytłumaczy..

Obiecany FAPik będzie, to jedno systematycznie spisywałam w evernote na telefonie, więc gdy w końcu zsynchronizuję go z kompem, to będzie post jak znalazł :) Na zaostrzenie apetytu powiem, że będzie małe kibel-gate, dziwnych pytań ciąg dalszy oraz gry słowne, które, sądząc po braku reakcji ze strony pacjentów, bawią tylko mnie :D

wtorek, 25 lutego 2014

Szpachla w dłoń!

Jest taka zabawa blogowa - Ile warta jest moja twarz? Nazwa dość przewrotna, wszak nasze oblicza są raczej bezcenne, ale podliczenie hajsu wywalonego na mazidła niejedną osobę zmusiło do refleksji.


Pod lupę idzie makijaż dzienny, który ostatnio morduję, jakby moja kreatywność i chęć eksperymentowania stopniały razem ze śniegiem. Ma być szybko, delikatnie i ma po mnie nie być widać chronicznego już zmęczenia i stanu nie-chce-mi-się. Tym samym wykorzystuję tylko nikły procent tego, co mam. Jeśli zaś chodzi o wyliczenia, to przytaczam ceny znalezione w katalogach/sklepach - w końcu mam wykazać ile warta jest moja twarz, a nie ile na nią wydałam. Bo jeszcze mogłoby się okazać, że na niej zarobiłam ;p;p


Używam podkładu Rimmel Match Perfection (101) dla zatuszowania pijackiej czerwieni na policzkach oraz korektora Maybelline Affinitone (02) niwelującego cienie po oczami. Korektor to nowość w mojej kosmetyczce - doprawdy nie wiem dlaczego kupiłam go dopiero teraz..


Sprezentowana przez Mężczyznę paletka Sleeka kryje w sobie cień (Nougat), który nakładam na większą część powieki, od wewnętrznego kącika, aż po łuk brwiowy. Na zewnętrzny kącik wrzucam matowy jasny brąz z paletki Avon (mocha latte) et voilà!




Na koniec podkreślam górną powiekę kredką Miss Sporty (mini-me eye liner 015 granite) i tuszuję rzęsy. Makijaż zajmuje mi ok. 5 min, więc nie dziwota, że to jedyne, co chce mi się zrobić przed wyjściem do pracy ;p

Dobra, to ile złociszów?
- Rimmel Match Perfection (101) - 38zł
- Maybelline Affinitone (02) - 20zł
- Sleek Au Naturel (601) - 39zł
- Avon poczwórne cienie do powiek Mocha Latte (zmieniła się forma paletki!) - 36zł
- Miss Spoty Mini-Me Eye Liner (015 granite) - 8zł
- Mary Kay Lash Love Lengthening Mascara (I <3 Black) - 69zł

RAZEM: 210zł


.. o motyla noga!

niedziela, 16 lutego 2014

7 powodów, by nie chorować

Pierwotnie chciałam napisać dziś kilka słów o naszym z Mężczyzną Walentynek świętowaniu, ale po drodze zaliczyłam przeziębienie i umieram właśnie na katar. Dotarło do mnie, że wygląda to trochę na męską grypę w klasycznym wykonaniu (czyli nic się właściwie nie dzieje, ale dary z jędrnego cyca i rosołku u łoża konającego faceta wielce wskazane i niezbędne do ewentualnego przeżycia ;p) i zaraz skończę na terapii gender (niby jajniki na miejscu, a choruje jak samiec!). Ale kto nie widział mnie nigdy w tym stanie, niech pierwszy rzuci termometrem! ;p

Wzruszona do granic widoczności na lewe oko, wymyśliłam, że podzielę się z Wami najbardziej wkurzającymi sytuacjami, gdy jestem chora - bo leżeć plackiem to ja nie mogę (zaraz dowiecie się czemu), więc próbuję jakoś zabić ten czas niezbędny do wysmarkania swojego i powrotu do zdrowia.

1. Boli mnie głowa i nie mogę spać..
Paradoksalnie znalezienie odpowiedniej pozycji do drzemki, czy po prostu - istnienia, porównywalne jest do rozbrajania bomby. Na wznak nie, bo nie mogę oddychać. Na boku nie, bo łzawią oczy i przelewają się smarki i po 5 min także nie mogę oddychać. Na brzuchu też nie, bo wtedy łzy (co akurat nie jest problemem) i smarki (które są problemem) spływają prosto pode mnie.. Na siedząco cierpnie mi tyłek i bolą łydki. Więc po kwadransie kotłowania się na łóżku muszę wstać i się czymś zająć, bo w mej głowie już kiełkują myśli samobójcze.

2. Wzruszyła mnie twoja historia
Ania ze Złotego Brzegu, nowy numer Runner's World, Podstawy terapii manualnej, cały, kuźwa, internet! Lektury mi nie brakuje, a jednak po ok. 10 sekundach czytania artykułu o korzyściach włączenia crossfitu do treningu biegowego jestem już cała we łzach i czule tulę pudełko chusteczek.

3. Może pomogę przy obiedzie
..wyrwało mi się w stronę wychodzącej na siłkę matki. Dostałam za zadanie m.in. pokrojenie cebuli. Jeśli, podobnie jak ja do dziś, sądziliście, że skoro już łzawią Wam oczy od kataru, to dodatkowe wzruszające właściwości cebuli nie zrobią na Was wrażenia, to pragnę donieść, że kroiłam jedną cebulę ok. 40 min. Po pierwszej połówce rozważałam nawet zatkanie nosa tamponami, ale musiałabym użyć jakiś hiper chłonnych, a to doprowadziłoby pewnie mój nos do rozmiarów tyłka Nicki Minaj. 

4. Muzyka łagodzi obyczaje
Skoro czytanie i monitory niet, to może czegoś posłucham? Niestety - zaczął mnie wkurzać sam Dave Gahan. Czyli rzuciło mi się na mózg.

5. Ostrość widzenia
Niby oczy łzawią tak, że opuchlizna nie pozwala na ich pełne otwarcie, a jednak z podwójną dokładnością dostrzega się wszystko, co zgrabnie omijało się wzrokiem przez miniony tydzień. Paznokcie, które wymagają skrócenia, kurz na meblach, który zaczyna być widoczny spod burdelu panującego wkoło, porozcinane tubki po (!!) kremach do rąk, w których już nic nie ma albo to, co było już zaschło, zawartość szafy ułożona w piramidę na piłce szwedzkiej (nie pytajcie..) - jak ja tu normalnie funkcjonuję!?

6. Chodź, zbawię twój świat!
Na pewno znacie to uczcie, gdy zawaleni robotą, z tysiącem spraw do załatwienia i płynącym za szybko czasem, musicie jeszcze pochylać się nad drugim człowiekiem - let me google that for you i tym podobne. Podobnie mam, gdy spuchnięta od łez i kataru, zachrypnięta i wkurwiona swoim stanem na maksa (cholerne babony uzdrowiskowe, na ploty i narzekania sił pod dostatkiem, ale by zasłonić swe usta podczas kichania to już zbyt schorowane są!) staję się nagle obiektem zwierzeń. Monosylabiczne yhy, nom, tak?, ojej! z reguły odbierane są jako zlewanie tej osoby - ale, że nie mam siły powiedzieć nic więcej lub sprawia mi to ból, to już mało kogo interesuje :)

7. Okoliczności przyrody
Ładna dziś pogoda za oknem, ciepło, w sam raz na miły spacer z ukochanym po śmierdzącym osiedlu (śnieg stopniał, ale psie gówna już nie) - także posiedzę sobie w domu, pochoruję i poczekam, aż przyjdzie pora deszczowa, wtedy z pewnością wrócę do zdrowia! :)

Powiedzcie mi, proszę, co się robi podczas choroby? Do jutra muszę jakoś stanąć na nogi, ale do tego czasu mam jeszcze parę godzin i nie chciałabym oszaleć :D