Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuracjusz Polski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuracjusz Polski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 25 lipca 2015

(W)Kur(w)acjusz polski

Mój osobisty hit tego tygodnia.

Pacjentka, lat dużo (nie mogę napisać, że starsza, bo to nieładnie mówić o starszych ludziach, że są starsi, dziwne czasy), z cech charakterystycznych: postawa umieram na twoich oczach, chyba, że trzeba stoczyć bój o pierwszeństwo na zabiegu, wtedy popierdalam sprintem.

Poniedziałek.
Do gabinetu z drzwiami wpada Pacjentka, oznajmiając, że oto jest. Pewnie na wypadek, gdybym nie zauważyła jej obecności. Przywitałam, poinformowałam, że ma usiąść w poczekalni i poczekać (pani zawitała tylko 2h przed czasem, ale fallus z tym). 
- Ale ja muszę mieć zabieg teraz!
- Teraz wszystkie fasony są zajęte, proszę poczekać.
- Ja jestem lekarzem. W stanie spoczynku. Muszę jechać do Izby Lekarskiej!
- Rozumiem, jednak fasony wciąż są zajęte, proszę usiąść, szkoda nóg.
- Jaka pani jest okropna, może w moim wieku zrozumie pani, jak to ciężko jest. Nie może mi pani pójść na rękę, przecież jestem lekarzem!
- Przecież widzi pani, że fasony są zajęte, nie będę nikogo dla pani wyganiać z wanny, proszę usiąść, jak się coś zwolni, to panią poproszę.
- Z wszystkimi się tu dogadywałam, tylko pani taka zatwardziała!

Dobrze, że nie z zatwardzeniem ;p

Wtorek.
- N., jakaś baba wyrywa ci klamkę w gabinecie :D
- Luz, nie moje drzwi, kamery są.

Kilka minut później w miejsce mego spożycia kanapki (miałam przerwę) wpada Pacjentka i nadaje, że ona tam omdlewa, żebym się nie chowała (wat?) i zrobiła jej zabieg, bo ona ma fason. Przełknąwszy zawartość jamy ustnej przerwałam jej monolog:
- Proszę pani, mam przerwę, przyjmę panią po niej.
- Ja doskonale wiem, że pani przerwy nie ma, pani robi to specjalnie, a ja jestem lekarzem!
[Koleżanki w napadzie duszności śmiechowej umykają z pola walki]
Wstaję, proszę delikwentkę ze sobą, idziemy pod drzwi gabinetu (po drodze dalej jem, moja przerwa i tak trwa żenująco krótko, a nie będę zapierdalać 9h o kilku gryzach!) i przy wszystkich tam zgromadzonych pacjentach (a już trochę ich czekało) wypalam:
- Proszę pani, tutaj (celuję w godziny otwarcia gabinetu, dokładniej w informację o przerwie) jest dość wyraźnie napisane, iż od godziny 11:00 do 11:20 jest przerwa. Tutaj (wskazuje zegar na ścianie) może pani sprawdzić, która aktualnie jest godzina.
- Czemu mnie pani tak traktuje, ja tu nie wystoję!
- Proszę usiąść.
- Jestem lekarzem! Myślałam, że coś tym zdziałam, ale widzę, że u pani to brak szacunku!
- Zatem proszę dać mi przykład szacunku i na przykład uszanować to, że mam teraz przerwę.

Zgromadzeni pacjenci stanęli w mej obronie, więc musiała dać za wygraną.

Środa.
- Ja chcę dziś nogi.
- Ma pani ręce.
- Znowu są z panią problemy, koleżanki robiły tak, jak chciałam!
- Bo jest pani lekarzem?

Czwartek.
Pacjentka przyszła punktualnie, miała rozpisany zabieg na nogi, więc była ukontentowana. 
- Jednak potrafi być pani miła!
- Czasem mi się uda.

Piątek.
Sikam. Z najazdu małyszowego wyrywa mnie próba wyrwania drzwi z framugą. Ki czort? Pacjentka!
- Jestem. (kurwa, serio?)
- Ma pani zabieg za godzinę, teraz wszystko jest zajęte, proszę spróbować zrobić inne zabiegi i zaglądnąć później. 
- Niech pani nie kłamie, fasony na nogi są wolne.
- Za 3 minuty będą tam pacjenci. Na swoją godzinę.

Pacjentka rzuciła się do gabinetu, z zaskakującą, jak na jej ból brzucha i mdłości gracją wskoczyła do wanienki i po zawodach. Babka, którą podsiadła wpadła w panikę, zaczęły się kłócić, Pacjentka drzeć na mnie, wyzywać, tak się nakręciła, że bałam się, że jej żyłka puści ;p Musiałam poprosić kierownika rehabilitacji o interwencję. Efekt? Pacjentka obsłużona, kolejni pacjenci opóźnieni, ja pozbawiona przerwy, bo w jej trakcie te spóźnienia odrabiałam. Pacjentka jeszcze przez cały zabieg biadoliła, że jestem skunksem, ona lekarzem, ciekawe, czy tak traktuję swoich dziadków, ma nadzieje, że mi życie dokopie i będę cierpieć jak ona teraz itp. Niestety nie użyła ani jednego przekleństwa, nie mogę jej zgłosić do NFZtu do wykluczenia z zabiegów. Ale po wyjściu kierownika odrzekłam jej, iż ja z kolei mam nadzieje, że będąc kiedykolwiek w jej sytuacji, nie będę się zachowywać równie prostacko, co ona.

Koleżanka, która także miała przyjemność z panią Pacjentką aka Jestem Lekarzem W Stanie Spoczynku, pozamiatała: Z ciekawości zapytałam kiedyś jakiej to specjalności była lekarzem i okazało się, że właściwie to była stomatologiem. To co z niej za lekarz!? :D (to opinia koleżanki, nie moja)

Jak ja się cieszę, że sobotę mam wolną!

Przy okazji tego wpisu wspomnę o dwóch kwestiach: słynnej służbie zdrowia oraz (braku) szacunku. Ktoś, kto kiedykolwiek miał coś wspólnego ze służbą zdrowia (teraz mamy ochronę zdrowia), łazi po przychodniach, szpitalach, uzdrowiskach i pieje o tym na prawo i lewo. Nieważne, czy pracował jako lekarz, pielęgniarka, salowa, czy księgowa - jest placówka medyczna w CV? Jestem ze służby zdrowia!

Skoro jestem ze służby zdrowia, to należy mi się specjalne traktowanie. Przyjęcie bez kolejki, kosztem innych, wydłużanie czasu zabiegu, wynoszenie siarki/borowiny z uzdrowiska - bo tak. Bo są służbą zdrowia, to im się należy. Nawet sami smarują sobie kartę zabiegową z każdej strony czerwonym markerem, byle nikt nie przegapił ich statusu. I, oczywiście mają pretensję, gdy nie spełnia się ich zachcianek. To nie są osoby młode, raczej takie, które pracowały w czasach, gdy praca była zawsze i dla każdego. Nie znają lęku związanego ze zwolnieniem, nie rozumieją, że za opóźnianie innych pacjentów mogę wylecieć z dnia na dzień. Że to nie jest moja zła wola, tylko troska o to, bym miała za co żyć kolejnego miesiąca.

Druga postawa to oczekujący szacunku. Bo są starsi, tfu, posunięci wiekiem, tfu, mają dużo lat :D
Generalnie, są bardziej doświadczeni życiowo, niż ja. Jestem jeszcze tym pokoleniem, któremu wpajano szacunek do starszych, kazano ustępować miejsca w autobusie i puszczać trzęsące się osobniki w kolejce w kasie. Święta w tej kwestii nie jestem (mam tu na myśli głównie ustępowanie miejsc gdziekolwiek, zawsze przedkładam siebie nad innych, szczególnie, gdy sama nie jestem w stanie ustać, przeważnie jest wkoło cała garść innych ludzi, w lepszym ode mnie stanie), jednak gdzieś tam mam odruchy wypracowane przez rodziców i dziadków w dzieciństwie. I fallus mnie strzela, gdy przychodzi taki dziad lub baba, obraża mnie, wyzywa, popycha i śmie twierdzić, że to ja jestem niewychowana i nie mam szacunku do ludzi. To nie tylko w uzdrowisku, autobusy pełne są takich roszczeniowych i agresywnych typów, co im się szacunek należy, bo zegar tyka dłużej. Tylko jak szanować takie elementy?

Praca z ludźmi okrutnie rozczarowuje. Jesteś miły? Zaraz cię wydymają. Nie rzygasz tęczą na widok kuracjusza? Co pani taka dziś nie w sosie? Nie jesteś człowiekiem, jesteś ich sługą. Nie masz prawa do uczuć, nie masz prawa do sikania i jedzenia. I masz ich szanować, choć tak naprawdę po 9h tej orki psychicznej nienawidzisz ludzi. Wszystkich.

I to mnie martwi.

N.

czwartek, 16 lipca 2015

Kuracjusz polski

Dziś mała rozprawa o spóźnieniach. 

Dostąpiłam wczoraj zaszczytu 12-godzinnej zmiany na kąpielach siarkowych, która z racji swej hardcorowej formy pozwala dogłębnie poznać siebie. Oprócz zmęczenia fizycznego wynikającego z przemierzonych wtem i nazad kilometrów (zrobiłam w pracy 22 tyś. kroków..) oraz mycia wanien jedyne sto razy (za każdym razem gwałcąc ergonomię pracy kręgosłupa), coraz mocniej doskwiera temperatura i siarkowodór. Że śmierdzi, to jedno, powoduje jadłowstręt (a nie jeść nic przez 12h to głupi pomysł), problemy ze wzrokiem, przesusza wszelkie śluzówki, u mnie robi coś dziwnego ze strunami głosowymi i tracę głos. Ewentualnie pieję :D

Jednak wszystkie te niedogodności są NICZYM w porównaniu z zachowaniem pacjentów. Wczoraj mocno zaciskałam zęby, by komuś nie pocisnąć ile fabryka dała, na szczęście, wraz z narastającym zmęczeniem, narasta też tzw. wyjebanie. Ubliżają mi? Proszę bardzo, już nawet nie chce mi się reagować. Tylko niedługo słowo uzdrowisko trzeba będzie zmienić na buclandia, by choć odrobię oddawało to, co dzieje się za drzwiami budynku.

Głównym problemem pacjentów w ostatnich tygodniach jest punktualność. Są sytuacje, gdy o takową trudno, czasem spóźnienia wynikają z sytuacji losowych, czasem z roztrzepania delikwenta, ba, nawet głupoty, no, nie możemy wszyscy być doskonali. Natomiast wszyscy możemy nie być bucami, lub być w nieco mniejszym stopniu. Moi współpracownicy wiedzą, że mam (za) miękkie serce - można mnie tak zbajerować, że jeszcze pójdę za pacjentem i mu tyłek podetrę, gdy będzie trzeba. Wiedzą też, że jeśli mnie ktoś wyprowadzi z równowagi, to biada mu (i kolejnym). Dziwne, że sami pacjenci, często odwiedzający uzdrowisko rok w rok nie potrafią z tej mojej sinusoidy nastawienia odpowiednio korzystać. Przychodzi taki wyrostek, spóźniony od bidy jedynie 2h, rzuci we mnie kartą, bez dzień dobry, bez spierdalaj, bez magicznego przepraszam za spóźnienie. Dokładam kolejne kilkadziesiąt kroków do mojej dniówki, by poinformować wyrostka, że jego czas minął itd. W odpowiedzi dostaję w twarz awanturą typu: jestem, to mnie, kurwo, wykąp. I tonę tłumaczeń.

Bo ja się umawiałem z panem, że mnie weźmie, niezależnie o której przyjadę. To proszę iść poszukać kolegę, niech pana wykąpie.

Nic nie jechało z Borku! A sprawdził pan rozkład jazdy? Nie, myślałem, że coś będzie.

Pani, ale ja z Krakowa przyjeżdżam! Ja też. No, to chyba pani wie, jak działa komunikacja! Wiem, dlatego wychodzę wcześniej z domu.

No, ale ja dojeżdżam. I? Korki są, przez Kraków to się tak łatwo nie da przejechać. Sugeruję wyjeżdżać o tyle wcześniej, o ile się pan/i spóźnił/a, wtedy będzie idealnie. 

Byłem w pracy. O której pan skończył? O 15. To dlaczego zgodził się pan na zabieg o 13, skoro wiedział pan, że to godziny pana pracy, a nie da się być w dwóch miejscach na raz? Nie sprawdzałem godzin zabiegów, po prostu przyjechałem po pracy.

Te pokrętne tłumaczenia w sumie jeszcze mnie bawią, można łatwo uświadomić delikwentowi, że wyszedł na idiotę. Niestety większość nie widzi w spóźnieniu swojej winy. Zawsze zawalił ktoś inny: MPK, kierowca autobusu, szef, sąsiad, dziecko, pies, szczur w piwnicy i kasjerka w Biedronce. Przecież spóźnienie NIGDY nie wynika z ich zaniedbania, bezmyślności. Każdy wkoło jest winny, nigdy sam spóźnialski. Dla dodania smaczku przeważnie to JA jestem winna tego, że Kowalski spóźnił się 3h na zabiegi. Dlaczego? Bo odmawiam jego przyjęcia. 

Nie doszukujcie się w tym logiki. Niestety nasze światłe społeczeństwo funkcjonuje właśnie w ten sposób - nie potrafię wziąć odpowiedzialności za to co zrobiłem = zwalę na innych. Wydawałoby się, że to charakterystyczne dla niedojrzałych ludzi, z naciskiem na króliki doświadczalne bezstresowego wychowania, ale nie. Dominuje tu tendencja 40 r.ż. i więcej. Płeć męska. Paradoksalnie młokosy, jeśli już się spóźnią, zawsze przepraszają, a jeśli żywcem nie mam jak ich przyjąć na zabieg, bo mam full na listach, bez awantur idą przeplanować zabieg. I nikomu jeszcze korona z głowy przez to nie spadła.

I co dalej ze spóźnialskimi? Ja w tym tygodniu byłam (tradycyjnie) służbistką, upartą krową (a myślałam, że jestem koniem), siksą, głupią młódką, takie tam :) Kolega za to oberwał z grubej rury: pacjent wysyczał mu, jaki to z niego kutas. Mam nadzieję, że podobnie, jak ten, który nazwał mnie kurwą, szybko kolejnych świadczeń z NFZu nie dostąpi (tego typu zachowania placówka zgłasza do funduszu, dla pacjenta lepsze to, niż pozew cywilny z mojej strony. Swoją drogą, nie wiem ile takich pozwów musiałabym wystosować przez cały okres mej pracy!)

Przede mną jeszcze dwa dni kieratu. Już nie mogę się doczekać! A potem kolejne tygodnie i kolejne..

N.

piątek, 10 października 2014

Kuracjusz Polski

Jak mamusię kocham, ten tydzień był wybitny pod względem nieogaru. Wszystkim doskwierały zmiany ciśnienia, duża senność, niechęć oraz pacjenci :) Ci ostatni weszli w jakąś fazę totalnego wkurwiania personelu zabiegowego (choć przez pierwsze dwa dni myślałam, że to ja się czepiam - jednak nie tylko ja). Gdy wedle czwartku prawie zaryłam jednej babie w twarz, postanowiłam, że to tu napiszę. Dawno nie było nic o moich podopiecznych!

Poniedziałek.
Kuracjusze sanatoryjni rozpoczynają drugi tydzień walk o zdrowie. Jednocześnie też wykazują się słabym obeznaniem z zegarkiem i panującymi u nas zasadami: nie spóźniamy się, jeśli mieszkasz na miejscu, racz przyjść 10-15 min przed kąpielą, a wszyscy będą szczęśliwi. Efekt? Przychodzę ok.10 do pracy i zastaję panią B. w stanie wskazującym na chęć mordu. Już z rana ciśnienie podniósł jej pan pacjent, sanatoryjny, rzecz jasna, spóźniony ok. 20 min na zabieg, do tego wczorajszy. Został poproszony o udanie się do biura usług celem przełożenia kąpieli na inną godzinę/inny termin. Panu włączył się agresor, zaczęło straszenie pt. znam tego i tamtego oraz wyzwiska, jest pani uciążliwa, utrudnia mi życie. Nie wiem jak bardzo trzeba być naiwnym, by sądzić, że kogokolwiek takie wybuchy skłonią do ustąpienia - raczej wtedy nie ma mowy o pójściu na rękę. O kulturę nie pytam, ale dziwi mnie, ilekroć usłyszę, że jestem kurwą, że ktoś taki nie boi się, że go pozwę?

Przychodzi pacjent sanatoryjny, smród czuć nawet w kuchni borowinowej. Po zabiegu wycieram mu plecy, łzy płyną mi po policzkach (lumpy w autobusie jebią mniej..) i mówię mu, że ma odczekać 2h, a potem musi się umyć. Nie musicie scrollować w dół - zdradzę od razu, że się nie umył. Ale jeszcze tylko tydzień, może robaki się nie zalęgną ^^

Wtorek.
Jest taka pani I., ciekawy przypadek. Pani postanowiła mieć zawijania borowinowe, choć w planowaniu powiedzieli jej, że przez najbliższe dwa tygodnie nie ma szans, bo jest full chętnych. Więc pani przyszła bezpośrednio na borowinę. Ja też pracowałam w podobnym zawodzie i wiem, że oni tam kłamią i czas na moje zawijanie się znajdzie, trzeba tylko poszukać. Proszę mi powiedzieć kiedy jest jakaś luka, ja to pani wynagrodzę, wie pani (ten konspiracyjny szept). Odpowiadam, że mi przykro (eh, ja kłamliwa sucz..), ale naprawdę nie ma miejsca i tłumaczę dlaczego. Jest to związane z długim czasem podgrzewania się borowiny w młynku, więc między pacjentami musi być ok 3 h przerwy, toteż fizycznie nie da się upchnąć ich więcej. Pani to nie przekonało, przerwała mi w połowie. Ile pani chce, pani....Natalioooo, 20?30? :D Śmiechłam i zawyrokowałam, że 30, ale tysięcy, bo bez drugiego młynka się nie obejdzie :D

O godzinie 11.05 przyjmujemy ostatnich dwóch pacjentów na okład borowinowy. Potem jest przerwa do 11.50. Przerwa ta służyć ma jako czas na ogarnięcie syfu, jaki pacjenci zostawiają po sobie w kabinach, uzupełnieniu borowiny w młynkach, dogrzaniu się kompresów z parafiną. Absolutnie efektem ubocznym tego jest kilka minut, które zostają nam na jedzenie i sikanie, co i tak przeciętny pacjent uzna za wykorzystywanie każdej nadarzającej się okazji, by sobie poplotkować. Więc siedzimy tak te ostatnie wolne minuty, upycham po czeluściach jamy ustnej kanapkę (zjem ją obsługując delikwentów na migi ;p), wlewając wodę nosem, by kanapka gładko weszła, a dyskusję moich koleżanek ze zmiany przerywa nagłe wkroczenie jednej z pacjentek do kuchni borowinowej. 
- Słuchamy panią (lód ściął okoliczne pola i lasy ;p)
- Bo ja mam okład.
(w głowie mej: nosz ja pierdolę, naprawdę? nie spodziewałabym się..)
- To proszę położyć kartę na biurku i poczekać.
- Tylko, że ja mam ten okład teraz.
- To znaczy?
- No, 11.50.
(wszystkie głowy zwracają się w moją stronę, oto wyciągam wyrocznie z kieszeni - telefon)
- Jest 11.46.
- Właśnie, i ja mam teraz okład.
- A my właśnie mamy przerwę, do 11.50.
Dalszej dyskusji pt. którą kto ma godzinę na zegarku nie będę przytaczać, bo szkoda Waszego czasu. Efekt był taki, że gdy wybiła w końcu 11.50 (pani wciąż się wykłócała, a nic mnie tak nie wkurwia na resztę dnia, jak mi ktoś odbiera należące mi się 4 min na JEDZENIE i SIKANIE!), wstałam, wzięłam od niej kartę, zaniosłam na biurko i ją tam odłożyłam. Na godzinę 11.50 było zapisanych trzech pacjentów, zgadnijcie, kto wszedł ostatni :D


Środa.
Nad ranem, gdy pracę naszą zaczęłyśmy i między młynkami a wannami latałyśmy, zdarzyła się ciekawa rzecz. Otworzyłam drzwi na patio, coby nieco przewietrzyć po nocy, tym samym nieświadomie powodując zamknięcie się drzwi głównych na borowinę. Przeciąg tak właśnie działa, a że podpórka przy drzwiach już nieco niedomaga, to drzwi się zamykają, Nic niezwykłego. Ciekawa zaś była reakcja pacjentów, którzy zaczęli pojawiać się na zabiegi - stali pod tymi drzwiami (nie były domknięte, także wystarczyło je pchnąć, nawet nie trzeba umieć obsługiwać klamki!). Czarny tłum nieogarów. Żeby było zabawniej, ktoś nie wytrzymał napięcia i poszedł na nas naskarżyć w recepcji - zaspały i ich nie ma! Idzie więc babka z recepcji na borowinę i zdębiała pyta zgromadzonych, czemu nie wchodzą, przecież jest otwarte. I pchnęła te drzwi. Widzicie, jednego dnia wlezą wszędzie, nawet na kuchnie borowinową, w dupskach mając wszelkie zakazy i maniery, drugiego nie potrafią sobie otworzyć drzwi..

Przychodzi sanatoryjna na okład. Nie zdążyłam jeszcze odpowiedzieć na jej dzień dobry, gdy oświeciła mnie, że ma nieprzebrane buty, bo idzie prosto ze spaceru. Szczerze, to nawet nie zwróciłam na to uwagi, gdyby przemilczała sprawę, nie byłoby jazdy. A czemu była? Bo pani stwierdziła, że są czyste. Poprosiłam o potwierdzenie tego, co dotarło do mych uszu - Nie przebrała pani obuwia, bo przyszła pani prosto ze spaceru, ale twierdzi pani, że buty są czyste? Czy spacerowała pani na rękach? 


Czwartek.
Żeby dzień dobrze rozpocząć, wkurw przyszedł już z samego rana. Mimo zabezpieczenia drzwi papierem, powtórzyła się sytuacja z poprzedniego dnia. Krzątamy się po kuchni, patrzam na zegarek i wypalam: pani B., jest 7.18, a nikt jeszcze nie przyszedł, czyżby znowu stali jak debile pod otwartymi drzwiami? Pani B. poleciała. I oczywiście, że stali. Pada pytanie do sanatoryjnych, przecież wiecie, że te drzwi tak mają, słyszycie radio, to czemu chociaż nie próbujecie wejść? Jakiś pan się zapierał, że dwa razy szarpał klamkę i nie ustąpiły. To był dopiero początek kłamliwego dnia :)

Miszczem w tej dziedzinie okazała się inna pani, sanatorium, a jak! Miała mieć okład o 7:40. Godzina jej zabiegu minęła, ja już obsługuję chętnych z 8:30, a jej nie ma. No cóż, pewnie zaspała. Pracuję dalej, aż przyszła nas odwiedzić koleżanka z siarki i rzecze: masz tam panią z 7:40, stała pod fasonami i psioczyła, czemu zamknięte, jak ona ma tu zabieg o 8 (fasony są czynne od 9). Koleżanka wytłumaczyła jej, że ma okład borowinowy, nie fason i o 7:40, nie 8. Zawlokła ją pod odpowiedni gabinet, rzuciła kartę na stół i przyszła mi o tym powiedzieć. Nim panią poprosiłam, potrzebowałam przyjąć jeszcze dwie osoby, bo ich czas zabiegu się zbliżał, a nie mam zamiaru nikogo opóźniać przez spóźnialską. Gdy przyszła na nią pora, chwytam za kartę, przybijam soczyste B, a tu ktoś się na mnie rzuca z pyskówką. Właścicielka karty. Ona już godzinę czeka! Co my sobie myślimy! Zaraz ma śniadanie! Jest przecież godzina na karcie, czemu przyjmuję innych, a ją nie! Odpowiadam grzecznie, że się spóźniła, więc jej zabieg przepadł. Mogę ją przyjąć, tylko pierwszeństwo mają ci, którzy przyszli punktualnie. Nie spóźniłam się! Siedzę tu godzinę i czekam! Co to za traktowanie! Przepraszam panią bardzo, ale o 7:40 tu pani nie było, co więcej, stała pani pod fasonami, więc siłą rzeczy nie mogło pani tu być. Byłam! Siedzę od godziny! Brak szacunku dla starszego człowieka! Taka młoda gnida, a sobie pozwala! (tu przegięła) Proszę przestać krzyczeć. Spóźniła się pani, więc proszę nie kłamać. Albo pani wchodzi na ten okład, albo proszę sobie iść go przeplanować. To pani kłamie! Godzinę czekam i nic! (nastąpiła chwila przerwy, w czasie której pani B. chyba próbowała załagodzić konflikt, a ja w myślach rozjebałam łeb tej ciętej lipy o metalowe drzwi przeciwpożarowe, rzuciłam parę kurw i chyba za wysokim tonem, prawdopodobnie nawet krzykiem odrzekłam) Proszę przestać kłamać i się wydzierać, na korytarzach jest monitoring, mogę w 5 min sprawdzić, gdzie pani była o 7:40, bo na pewno nie tutaj. A teraz do kabiny 10! 
Reszta pacjentów, którzy byli tego świadkami, przynajmniej nie podskakiwała :)
Tym samym delikwentka załatwiła pozostałym sanatoryjnym, że będą mieli ze mną przesrane do końca turnusu. Minuta spóźnienia i niech spierdalają. 

W jednej z kabin po wyjściu pacjenta znajduję gumę do żucia przyklejoną od spodu do leżanki. Kurwa mać, to się dzieje naprawdę?

Na kąpiel borowinową przychodzi, zgadnijcie kto - pani od nieprzebranych butów - z tym samym tekstem, że są czyste. Tym razem musiała jednak przejść przez pokój i zgarnąć klapki kąpielowe.

Piątek. Piąteczek. Piątunio.
Latam między kabinkami, rozwijam, zawijam pacjentów, aż tu nagle wyrasta przede mną pani. Trzyma różową kartę w ręce (komercyjna) i rozchylając ją prezentuje mi utkniętą tam dwudziestkę. I stwierdza: przyszłam na borowinę, na całe ciało. Pytam, czy ma zlecenie od lekarza. Miała, ale na inne zabiegi i chciałaby ową borowinę bez zlecenia (tu podsuwa mi zawartość swojej karty). Nie ma zlecenia, nie ma borowinki, sorry. Pani przyjęła na klatę moją odmowę, podziękowała i sobie poszła. W sumie to byłam pod wrażeniem - żadnego namawiania, podchodów, szukania innych chętnych na banknocik - zwykle tracę z 10 min na takie próby ubicia interesu. Zwykle też rozbraja mnie śmiałość ludzi, którzy sądzą, że za 10-20 zł zrobię im zabieg po cichu, narażając się na zwolnienie z pracy, czy proces w przypadku, gdy taki delikwent okaże się nie tolerować mocy siarki/borowiny i weźmie zemrze dla przykładu :)

Pani od czystych butów po spacerze bez słowa je zdjęła i poszła boso do kabiny :D

Rozwijam pacjentkę po okładzie na kolana. Pani zagaduje: czy pani wyrzuca potem folię? Chodzi o folię, którą rozkładamy na leżankach, by nie urypały się od borowiny. Potwierdzam, na co pani cichutko pyta, czy mogłaby ją sobie zabrać, bo ma w domu osobę starszą, której by się taka forma izolacji łóżka od jej wydzielin bardzo przydała. Zamurowało mnie, ale nie oponowałam.


Z początkiem tygodnia naprawdę myślałam, że to ja mam jakiś kryzys, przesilenie jesienne, jestem nerwowa i wyżywam się na tych biednych pacjentach. Ale borowina jest centrum spotkań w naszym uzdrowisku. I jeśli każdy pracownik przekraczający jej progi zaczyna od: cześć, kurwa, co z tymi ludźmi jest nie tak, to znak, że mogę spać spokojnie. Jeszcze tydzień i pojadą, może następni zamiast kisielu pod czaszką przywiozą ze sobą odrobinę pomyślunku.

* jasne, że generalizuję. 
** tak, ambulatoryjni tym razem stoją w opozycji do poziomu sanatoryjnych - dziwne, ale cieszy :)

sobota, 21 czerwca 2014

Kuracjusz Polski

Przeprowadzona przed minutami rozmowa z Mężczyzną zaowocowała tym oto postem. Wzorem bloga Pacjent Polski (który właśnie czytam od deski do deski i umieram ze śmiechu) wrzucę Wam krótką historyjkę z dzisiejszego dnia.