Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Om nom nom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Om nom nom. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Smuty z miksera


Minione dwa tygodnie mogłabym podsumować dwoma słowami: praca i gospodarzenie. To pierwsze spędzało mi sen z powiek głównie przez upały i niemożliwą do wytrzymania temperaturę w miejscu pracy, drugie natomiast wiązało się z byciem sobie samemu na włościach i jedzeniu tego, na co aktualnie ma się ochotę. A raczej piciu, bo przez większość tych ciepłych dni jedynie napitki przechodziły mi przez gardło. Choć przez najbliższy tydzień nie zanosi się na falę upałów, może dzisiejszy post przypadnie Wam do gustu (i gardeł) :)

wtorek, 29 kwietnia 2014

Śniadaniowe ewolucje

Ogromnie zazdraszczam każdemu, kto może sobie rano pozwolić na pichcenie śniadania. Czasem siedzę w pracy i podczas przerwy przeglądam instagram, uwierzcie, żołądek mi się zwija na widok owsianek, placków, piętrowych kanapek i innych cudów, którymi ludzie celebrują początek dnia. U mnie wszystko odbywa się szybko, szybko, byle cokolwiek zjeść (nie potrafię wyjść z domu bez śniadania), poza tym o 5.00 kreatywność mnie nie nawiedza ;D

czwartek, 17 kwietnia 2014

O robieniu masy

Praca. Przyszłam w odwiedziny do koleżanki w innym gabinecie. Padłam na krzesło, schowałam twarz w dłoniach i niezbyt cicho westchnęłam. Koleżanka wyjęła z szafki takie mini wafelki ryżowe (paprykowe, mmm! ;p) i poczęstowała:

- Chcesz trochę niezdrowego jedzenia?

Sięgnęłam do torebki i wypaliłam:

- Właściwie to tak, dziękuję. Muszę robić masę na święta, bo jak mnie babcia zobaczy taką chudą, to znowu będzie załamywać ręce. 



Pozdrawiam, 
Robię masę Natik :D

niedziela, 15 grudnia 2013

Obiecany przepis na ciasteczka :)

We środę wrzuciłam na Instagram zdjęcie czekoladowych ciasteczek, które upiekłam na następny dzień do pracy. Choć niektóre egzemplarze wyglądają jak końcowy produkt przemiany materii drobniejszych od nas zwierząt, w smaku są znośne (skromnie mówiąc ;p). Mocno czekoladowe, z wierzchu chrupiące, w środku ciągnące (na drugi dzień mniej chrupiące, ale wciąż zajebiście dobre) - żałuję, że upiekłam wtedy tylko dwie blachy i musiałam je wynieść do ludzi, zjadłabym wszystko sama. Przepis pochodzi ze strony Moje Wypieki i z drobnymi modyfikacjami ląduje w moim kulinarnym zeszycie. Tymczasem, poniżej obiecany Małgorzacie przepis w nieco mniej standardowej formie :)



* przez szklanka rozumie się kawałek szkła o objętości 250ml i takim kształcie. Jeśli nie macie takiej w domu, zostaje odmierzanie na oko lub przeliczanie na gramy (przelicznik). Ciasto wykładamy na blaszkę łyżką (pół łyżki ciasta na jedno ciasteczko), jak macie cierpliwość, można formować kulopodobne obiekty - ja się poddałam po pierwszej próbie.

Uważajcie na mikser, ciasto jest tak gęste, że mój pod koniec dodawania mąki ledwo jęczał ;p Na szczęście dał radę, ale czekoladę wmieszałam już łyżką, bo zepsucie najważniejszego urządzenia kuchennego przed świętami zapewne przypłaciłabym życiem :D:D

Udanych wypieków i smacznego!

wtorek, 10 grudnia 2013

Sok z buraka

Tak, dziś na blogu o soku z buraka :D

Moje pierwsze skojarzenie z tym tworem, to oczywiście "lek na raka" - ucinając nadchodzącą dyskusję o tym, że tonący brzytwy się chwyta, o medycynie naturalnej i magicznej mocy ziół, nie mam nic przeciwko pojeniu nim pacjentów onkologicznych, o ile idzie ono w parze z tradycyjnym leczeniem, a nie jako cudowny zamiennik takiej chemio-, czy radioterapii.

Zatem sok z buraka, o mocach niezwykłych, sile cofania karcynogenezy (dobra, już się odczepiam ;p), wspomagacz naszej odporności, skusił mnie sobą właśnie z powodu flawonoidów, które pomóc mają w walce z infekcjami, a te w okresie jesienno-zimowym są u mnie na porządku dziennym. Burak ma jeszcze kwas foliowy, trochę witamin i błonnik. Oraz jeden poważny mankament - ten cholerny, barwiący wszystko wkoło sok ;p


Na niepełny dzbanek soku potrzebujemy (można zmieniać proporcje, te są dla mnie idealne):
- 3 buraki
- 5 marchewek
- 2 jabłka
- sok z 1 cytryny

Buraki, marchewki i jabłka maltretujemy w sokowirówce, następnie wyciskamy sok z cytryny i całość mieszamy. Sok smakuje ciekawie, nie czuć jakoś mocno tego buraka, raczej marchewkę, ale nie tak intensywnie, jak w przypadku soku jedynie z marchwi i jabłka, do tego co jakiś czas pojawia się kwaskowatość cytryny. Gdyby nie tona elementów sokowirówki i pół kuchni do umycia po takiej zabawie, piłabym ten sok codziennie!


niedziela, 17 listopada 2013

Lunch box #1

Jestem leniem, takim do kwadratu. Piszę tego posta od kilku dni i ciągle coś staje mi na przeszkodzie, a to katar, to znów wymyślam sobie zmiany na blogu i dłubię w kodzie zamiast skasować go i pisać od zera, ewentualnie nie chce mi się zgrać zdjęć z komórki na kompa.. zgubi mnie kiedyś ten stan! 

Zapełniania mojego smutnego lunch boxa nie zaprzestałam chyba tylko z jednego powodu - bardziej niż leniwa jestem wiecznie głodna ;p Choć jak przypuszczałam, zapału do przygotowywania dań na następny dzień starczyło mi tylko na tydzień. No, prawie.

Dnia pierwszego syciłam się ambitne - ma być mięcho, ma być warzywo, a wszystko dostojnie spocząć w placku tortilli.

- tortilla (Biedronka rlz)
- sos koperkowy - le dwie łyżki jogurtu naturalnego z ile-się-wyskrobie-ze-słoikczka mrożonego koperku oraz sól do smaku. Gdyby nie praca z ludźmi, walnęłabym czosnkowy.
- pokutujące w lodówce liście sałaty lodowej
- pół ogórka, po 1/4 papryki czerwonej i żółtej - kroimy w słupki, inaczej będą wypadać z zawijasa podczas konsumpcji ;]
- istota dania - kurczak - cyc marynowany nocą w oliwie ze szczyptą przyprawy hucznie zwanej kebab, następnie rankiem podsmażony i pokrojony w paski. Om nom. 

Czas przygotowania: nieco długi, na raty, najlepiej mieć kompana, bo zostaje dużo składników.
Czy sycące: a, owszem :D
Czy smaczne: jadłabym ponownie!

Następnego dnia postawiłam na sprzątanie lodówki. Nie lubię, gdy jedzenie się marnuje, a po cmentarnych gołąbkach pokutował jeszcze ryż z kaszą. No, i warzywa i reszta piersi :>

- ryż z kaszą (co im liścia kapusty brakło ;p)
- kurczak, tym razem marynowany w oliwie i curry, mmm ^^
- papryka i ogórek
- sos sojowy (fantazja mnie poniosła..)

Czas przygotowania: samo mieszanie trwa sekundy, ale trzeba wcześniej zamarynować mięso.
Czy sycące: ja się najadłam, ale obżarstwa nie było.
Czy smaczne: hmm, nie.

Na środę Mama kupiła mi mix sałat. Był to bardzo dobry pretekst do skombinowania jakieś zieleniny. By nadać jej nieco mocy sycących, w ruch poszedł tuńczyk, ugotowane na twardo jaja oraz pomidor.

Czas przygotowania: widać, że coraz bardziej mi się nie chce rano wstawać i kombinować ;p
Czy sycące: tuńczyk jest dla mnie zdradliwy - po zjedzeniu niby byłam pełna, ale godzinę później już podjadałam czekoladę, bo opadałam z sił. Także przy pracy fizycznej - to za mało.
Czy smaczne: oj, tak, same ulubione składniki, to musiało być dobre :)



Czwartego dnia nastąpił powrót do tortilli oraz resztek :) Mix sałat, tuńczyk, resztki sałatki z obiadu - wszystko, co wpadło w ręce me! Najlepsze, że ugotowałam też doń jajko na twardo i zapomniałam o nim..

Czas przygotowywania: kilka minut, tylko trzeba mieć resztki w lodówce ;p
Czy sycące: tak, tym razem się najadłam i nie byłam głodna 2h później.
Czy smaczne: odrobinę zbyt mdłe przydałby się jakiś mocno doprawiony sos, ale bałam się, że przemoknie mi placek (w końcu czeka kilka godzin na konsumpcje)
A tu widać już totalny brak weny! ;D Czwartkowy wieczór upłynął mi pod znakiem umierania na przeziębienie i panicznych prób postawienia się na nogi (jakoś trzeba przeżyć jeszcze piątek!), więc o wykwintnych zakąskach na lunch kolejnego dnia nie miałam już siły. W piątek więc zmontowałam kanapkę. Potwarz.

- 2 kromki chleba obecnego w domu
- sałata
- plaster jakieś szynki/kiełbasy (tak, zjadłam mięso w piątek, będę się smażyć w piekle)
- camembert z orzechami

Czas przygotowania: 2-3 min?
Czy sycące: nie wiem, byłam tak zasmarkana i nafaszerowana lekami przez cały dzień, że nawet nie czułam głodu. Ale zwykle kanapka na 7,5h pracy to mało :)
Czy smaczne: smaku też nie czułam, ale pewnie smaczne ;p

Tak wyglądał mój pierwszy tydzień pracy od strony kulinarnej. W tym tygodniu było jeszcze bardziej sztampowo - kanapka za kanapką, jogurty, tony czekolady i napoje energetyczne. Mam nadzieje, że proces adaptacji mojego organizmu do wysiłku fizycznego w pracy rychło się zakończy i odzyskam nieco energii. Już mnie irytuje wieczne zmęczenie, katar i bolący kręgosłup. Bo jak tu myśleć o dobrym jedzeniu, gdy głównie leży się na środku pokoju i smarka? :D

czwartek, 31 października 2013

Smutny lunch box

Heloł! Dziś mała zapowiedź tego, co wkrótce na blogu (jedzeeeenie!) oraz prośba do Was o małą pomoc :)