Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yankee Candle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Yankee Candle. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 stycznia 2017

Yankee Candle - All Is Bright

Świeczki i woski o tym zapachu opanowały świat przed Świętami, wzbudzając zachwyt i zbierając same pozytywne opinie. Chociaż jestem na woskowej redukcji* uległam magii darmowej dostawy i zamówiłam sampler All Is Bright. 


Jak widzicie na zdjęciu, sampler wcisnęłam do słoiczka po biedronkowym jogurcie i przekleiłam etykietę. Tak powstała świeczka cieszy mój nos od grudnia, a jej spalanie idzie dość..opornie. Wiele razy wspominałam, że mam mały pokój i mocne zapachy się w nim nie mieszczą. All Is Bright jest mocnym zapachem, nie powalającym, ale mocnym i stanowczo muszę go sobie dawkować.

Jeden z opisów tego zapachu, jak znalazłam w internecie - taki szampański! - myślę, że to bardzo trafne porównanie, chociaż szampany kojarzą mi się z dużo wytrawniejszym aromatem, ten to raczej wino musujące ;p Słodki, ciężkawy ulep, który próbuje równoważyć cytrusowy aromat. Myślę, że w ten sposób opisałabym go ja po pierwszym wąchaniu i tak jest, gdy próbujemy rozebrać ten zapach na czynniki pierwsze. Jednak All Is Bright nie zasługuje na taką sekcję - ulep z cytryną tworzą spójną, ciekawą całość i mogę im nawet wybaczyć to pierdyknięcie, którym wypełniają mój mikrometraż :p

N.


* Pod koniec grudnia uległam znowu, tym razem niskiej cenie świec i zamówiłam 4 maluszki z Home Aroma. Mężczyzna widząc nowość na mej komodzie, nie omieszkał mi przypomnieć, iż miałam pozbywać się wosków, nie kupować nowe. Dumnie odpaliłam, że to są świeczki, nie woski, to się nie liczy (;p). A on na to: a, w świecy to niby co jest?
No tak, wosk.
Ta bum tss.

środa, 17 grudnia 2014

Zapachy spod choinki

Przeglądnęłam statystyki bloga. Od kilku tygodni wśród wyszukiwanych haseł królują te dotyczące wosków i świec. O ile o świecy wodnej napisałam już wszystko, co chciałam w tym poście, tak o woskach mogłabym pisać jeszcze całe opowiadania ;) Z mej zasobnej kolekcji (redukuję, naprawdę ją redukuję..) wybrałam kilka niuchów, pfu!, propozycji na mroźne, zimne grudniowe wieczory. Albo z braku zimy w tym roku, po prostu grudniowe wieczory. 


Typowo świąteczną propozycję, jak Christmas Memories, zna już chyba każdy woskomaniak. Ja swoją tartę mam jeszcze z zeszłego roku - nie dałam rady spalić jej całej, bo to bardzo intensywny zapach. Wytrawy, świąteczny, ale trzeba dawkować go z umiarem. Taki grzaniec dla nosa :)

Snow In Love podobnie pokutuje od zeszłego roku. Rozczarował mnie jego zapach, więc nie sięgałam po niego zbyt często. Dużo pudru i słodyczy, słodkich świąt Ci Natik życzy ;p Dużo pudru i słodyczy sprawia, że bardziej pasuje mi do postawienia kropki nad i po świątecznych porządkach, niż do umilania sobie nim wieczorów po zabieganym dniu.

Innym rodzajem cukru pudru charakteryzuje się Season Of Peace. Ma w sobie jakąś ostrą, mroźną nutę, naprawdę lubię go palić, nawet w kwietniu :)

By dokończyć mroźne opowieści, słów kilka o Cranberry Ice. Om nom nom! Powtórzę kolejny raz - to zapach podgrzewanej w garnuszku mrożonej żurawiny, bez transformacji zapachu, bez zaskoczeń. Bardzo mocny aromat, wręcz powoduje ślinotok. Jak widać na zdjęciu wyżej - też pokutuje.

Aby osłodzić nieco klimat, rzucam się na ciasteczka, kawy i herbaty. Vanilla Chai co prawda miała rozgrzewać jesienną porą, ale to tak fajny zapach, że nie widzę przeciwwskazań, by zaparzyć ją też teraz. Mój początkowy bulwers z powodu braku obiecanej nazwą wanilii nieco zelżał. Znalazłam ją wśród korzennych przypraw, gdzieś tam jest!

Ochotę na słodkie podbijam świeczką (ale wosk też jest w ofercie!) Pumpkin Latte. Cudowne połączenie mleka, dyni, cukru i cynamonu. Czasem naprawdę ciężko mi powstrzymać się od zjedzenia go ;p

Z ciastek do polecenia mam trzy warianty: Snowflake Cookie - kruche ciasteczka gotowe do lukrowania, Vanilla Cupcake - słodki, waniliowy, mnie nie zachwycił, ale trzyma się w klimacie, Red Velvet - którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, najbardziej ciasteczkowy zapach Yankee Candle!

Jeśli ciasteczkowo-herbaciana wanilia to dla kogoś za dużo, idealnym wyborem będzie Vanilla Satin. Niby wanilia, ale nie trąca żadnymi olejkami do pieczenia i syropami. Lubię ten zapach za stonowanie, delikatność. Sprawdzi się, jeśli potrzebujecie tła dla przedświątecznego spotkania ze znajomymi.

Podobnie sprawy się mają z woskiem Black Coconut, który do świątecznych zapachów stanowczo nie należy, ale jest tak delikatnie słodki i kojący.. więc czemu nie?

Na zakończenie jeszcze dwie propozycje: Red Apple Wreath - moje ukochane jabłuszko, czerwone, soczyste oraz Peppermint Twist - narkotyzująca mięta, ostra, słodka, nie wiem, czy sprawdzi się na rodzinnym spotkaniu (jest baaardzo intensywna), ale do indywidualnego wąchania prosto z opakowania - jak znalazł ;p

Więcej świątecznych wosków nie posiadam. Tegoroczne propozycje nie ujęły mnie na tyle, bym je przygarnęła, a chcę stopić posiadane woski, więc nie kupuję tych, które moją być. Muszą być genialne ;p Mam nadzieje, że duszyczkom błądzącym po tym blogu w poszukiwaniu wosków choć odrobinę pomogłam (mniej klikania).

* Mój umiar i często opisywane uczucie zaduchu przy paleniu wosków związane jest z małą powierzchnią pomieszczenia, w którym oddaję się aromaterapii. 

** Linki do moich poprzednich wpisów o wspomnianych w notce woskach:

N.

środa, 19 listopada 2014

Yankee Candle - Ginger Dusk


Miałam nie kupować więcej wosków.
Uległam.
Choć za namową :)

Sezon świeczkowo-woskowy w pełni. Nic tak nie ociepla atmosfery w listopadowe popołudnie, jak wesoło podrygujący płomień. Do tego słodkie lub korzenne zapachy, zwiastujące nadchodzące już od dwóch tygodni Boże Narodzenie. Nim sięgnę po waniliowe herbaty i babeczki, odpalam zakupiony jakieś dwa miesiące temu Ginger Dusk.


Wosk pochodzi z tegorocznej kolekcji jesiennej (Q3 2014). Wybrała go moja Mama - sama pewnie bym się nań nie zdecydowała, wydawał mi się mocno wtórny do tego, co już posiadam w zapasach. Leżał zawinięty w folię w szufladzie i na bank bym o nim zapomniała, gdyby nie wielkie szukanie adaptera do karty microSD i rozpierdol zrobiony przy okazji :)

Imbirowy Zmierzch to bardzo mocny zapach. Właściwie wystarczy go odpakować i położyć na kominku - odpalać wcale nie trzeba, a woń momentalnie roznosi się po pomieszczeniu. Zastanawiam się, czy nie wrzucić kawałka tarty do szafy z ubraniami lub do samochodu. Sam zapach opisać można w dwóch słowach: cytrus i imbir. Ten pierwszy mocno odświeża powietrze, natomiast imbir nadaje..charakteru? Pikanterii? Jeśli pijacie herbatę z imbirem, to wiecie o co chodzi - jest to ostry, wyrazisty napar, aż drapie w gardle.


Zapach nie zmienia się podczas palenia, stąd po jakimś czasie gaszę kominek i daję sobie chwilę wytchnienia. Początkowo dziwiłam się, że tak odświeżający zapach stanowi jesienną propozycję, ale ilekroć wypełniam nim dom, ogarnia mnie chęć na herbatę, pledowy kokon i zajmującą lekturę.
Takie to jesienne!

N.

niedziela, 27 kwietnia 2014

Yankee Candle - Pink Sands & Under The Palms & Midnight Oasis


Dziś kilka słów o ostatnich woskach, które zasiliły moją zapachową szufladę. Było to jakiś czas temu, ale musiałam je przecież spalić, by móc cokolwiek sensownego o nich powiedzieć :)

środa, 22 stycznia 2014

Yankee Candle - Red Apple Wreath & Christmas Memories & Cranberry Ice

Na wstępie przepraszam za uporczywe milczenie, ale weny nie było, zniechęcenie za to w ilościach hurtowych, wolałam więc nie pisać nic, niż pisać pierdolety. Choć nie obiecuję, że to poniżej pierdoletą nie będzie ;p Przyszła w końcu zima do Grodu Kraka, więc motorek w zadku mym odżył i energia do życia powraca. 

A dziś na tapecie czerwone woski na zaostrzenie apetytu :)


Red Apple Wreath trafił do mnie w stanie lekkiego rozkładu - nie wiem co się z nim działo w transporcie, ale w ryzach trzymała go jedynie folia. Po jej rozdarciu zapachniało jabłkami! Producent obiecuje jeszcze jakieś przyprawy korzenne, syropy itd, ale ja ich nie czuję. Ilekroć palę ten wosk doznaję masywnego ślinotoku z wyobrażeniem wbijania zębów w soczyste, słodkie jabłko. Tak bardzo om nom nom!


Christmas Memories - niezaprzeczalnie każdy z nas ma inne wspomnienia świątecznej aury. Producent postawił na zapachy skoncentrowane wokół kuchni - korzenne przyprawy i dużo słodyczy. Co ciekawe, ta słodycz (grzaniec, nie? ;p) cieszy głównie w pomieszczeniu, gdzie palimy wosk. Gdy z niego wychodzę i po jakimś czasie wracam, uderza mnie momentami cierpki cynamon (krok dalej już jest cudownie!). Nie wiem, czy ten wosk bardziej prowokuje mnie do jedzenia ciast, czy picia grzańca, ale stanowczo i mocno ociepla klimat mieszkania. Jak dla mnie to nie wspomnienie świąt - po prostu wspomnienie tej chłodniejszej części roku, gdy po powrocie do domu szukamy sposobu, by się rozgrzać i odpocząć :)


Z odpaleniem Cranberry Ice zwlekałam dość długo. Przez folię przebijała taka słodycz, że bałam się go używać :D Przyszedł jednak taki dzień, gdy przemarznięta i przemoczona, z wodą chlupiącą w kozakach wracałam piechotą z pracy do domu (wszak trudne i katastroficzne wręcz warunki pogodowe pt. deszcz, uniemożliwiały komunikacji miejskiej wiejskiej normalnie funkcjonowanie!). W takim stanie konieczne było natychmiastowe rozgrzanie, najlepiej wszystkimi dostępnymi środkami.
Cranberry Ice w kominku zachowuje się podobnie jak wrzucona do rondelka celem produkcji sosu mrożona żurawina. Na początku orzeźwienie i słodycz dosypanego cukru walczą o naszą uwagę, by po kilku minutach pozostał już tylko nieco cierpki, gorzki aromat owocu. Wosk ma cholernie intensywny zapach, chyba przebija wszystko, co dotychczas uważałam za intensywną woń. Domyślam się, że łatwo z nim przesadzić i niejedna osoba nabawiła się bólu głowy. Ja niewątpliwie nabawiłam się gastrofazy :D

Który z tych wosków planuję powtórzyć? Na pewno Christmas Memories. Pozostałe dwa jeszcze mam, a nie podbiły mego serca tak bardzo, by robić dożywotni zapas. Z resztą, w kolejce do kominka już czekają kolejne tarty! Sa sa sa :D

sobota, 4 stycznia 2014

Yankee Candle - Snowflake Cookie & Season Of Peace

Początek stycznia, za oknem wiosna, w górach śniegu jak nie było, tak nie ma, a mnie już dość konkretnie szlag trafia. Staram się nadrabiać bieganiem, jednak nie oszukujmy się, mam to ubite we łbie, że jak sobie nie poszusuję, to będę gwiazdorzyć i żadna inna aktywność fizyczna temu nie zaradzi :)

Tymczasem na blogu mały come back wosków (ostatnio znowu mało palę w kominku), które używałam w okresie świątecznym. Choć są to propozycje zimowe, myślę, że nie jeden raz posmakuję ich również wiosną i latem - szczególnie, że najnowsza, kwiatowa kolekcja średnio mnie do siebie przekonuje.


Snowflake cookie, czyli ciasteczkowa rozpusta moja :) Gorące kruche ciastka wyjęte z piekarnika, w trakcie lukrowania (lukier z cytryną, czujecie ją? ;p) - oczywiście momentalnie zrobiłam się głodna i pojęcia nie mam jak moje bożonarodzeniowe wypieki przetrwały do świątecznego obiadu! Pamiętam, że przy zakupie wahałam się, czy go brać w obawie przez zasłodzeniem, ale po rozpaleniu słodyczy jest dla mnie w sam raz :)


Season of peace już podczas zapowiedzi zimowej kolekcji zwrócił moją uwagę. Etykietą ;p Taka ilość kokainy, tfu!! śniegu, nie może zdobić złego zapachu. Do tego obiecane przez producenta białe piżmo i wiedziałam, że muszę go mieć. Po zdjęciu folii nozdrza atakuje mocno orzeźwiający, jestem skłonna nawet nazwać ten zapach mroźnym, coś jakby mentol? Może mięta, ale zmieszana z innymi ziołami. Po takim wstępie byłam napalona, toteż doprowadziłam do analogicznego stanu również kominek i pokruszyłam wosk. I tu kolejna niespodzianka. Surowość tego zapachu gdzieś znika, pojawia się delikatna nuta pudru, właściwie cukru pudru. Wosk szybko też traci na intensywności, choć po pokoju błąka się naprawdę przyjemna woń. Ktoś (podejrzewam osoby na co dzień parające się nadawaniem polskich tytułów zagranicznym filmom..) nazwał go Wyciszeniem - po raz pierwszy bez utyskiwania mogę zgodzić się na takie tłumaczenie :)

Znacie i lubicie te zapachy? A może świąteczna kolekcja odeszła już w zapomnienie i testujecie wiosenne kwiaty? W sumie chętnie bym o nich poczytała, bo Yankee Candle zaskoczyło mnie już nie raz i może się okazać, że nagle stanę się fanką kwiatowych kompozycji!

Miłego weekendu :)

piątek, 20 grudnia 2013

Yankee Candle - Snow In Love & Vanilla Satin

Wraz z sezonem długich jesienno-zimowych wieczorów zupełnie odeszła mi ochota na woski. Wracając po pracy do domu jedyne o czym marzyłam, to usiąść w końcu na dupie i zostać tak do rana. Do tego posiarkowa niechęć do wszelkich zapachów i na myśl o rozpaleniu w kominku twarz wykrzywiał mi grymas srającego kotka. Przeszło mi stosunkowo niedawno, ale dozuję sobie przyjemności, stąd dziś opowiem tylko o dwóch z czterech wosków, które dołączyły ostatnio do mojej kolekcji.


Snow In Love nieco mnie rozczarował. Po opisie producenta zawierającym porównanie zapachu do świeżej, intensywnej woni drzew iglastych oprószonych śniegiem, spodziewałam się czegoś zupełnie innego od tego, co czuję paląc wosk w kominku.. Owszem, jest dużo pudrowych nut, jest paczula, jednak nawet nie przebija spod nich zapach lasu, a już mowy nie ma o tym, by był intensywny. 


Przez ten puder zapach zaliczyłabym do takich, które się kocha lub nienawidzi. Dotychczas mocno wzbraniałam się przed wszelkimi tego typu kompozycjami w obawie przed zasłodzeniem i bólem głowy. Po kilku dniach palenia dalej nie wiem jakie jest moje stanowisko. Niby nie jest drastycznie źle, jednak miłości z tego z pewnością nie będzie.


Drugim woskiem na dziś jest Vanilla Satin. Wosk trafił w moje ręce w wyniku niemałych zawirowań w magazynie sprzedawcy na allegro, u którego kupowałam moje maleństwa. Wybrałam sobie Season Of Peace i po jakimś tygodniu oczekiwania na realizację zamówienia, okazało się, że zapachu nie ma, ale ma być na dniach, więc zdecydowałam się poczekać. Po trzech tygodniach poddałam się i poprosiłam o wymianę hamulcowego zapachu na satynową wanilię właśnie.

Obawiałam się, że wanilia mnie powali. Stanowczo wolę, gdy jest z czymś zmieszana (z ciasteczkiem lub limonką), jednak w kominku czekała mnie niespodzianka - zapach jest tak błogi i kojący (choć słodki), że nawet posiarkowy Weltschmerz nie jest mi straszny ;p Dla fanów umiarkowanej słodyczy będzie jak znalazł.

A w kominku mym już pojawiają się typowo świąteczne - ciężkie, korzenne zapachy. Na razie jestem pod wrażeniem intensywności ich aromatu i zastanawiam się, czy nie darować sobie wycieczki na Miodową po kolejne, bo chyba nie zdążę tego wszystkiego wypalić :)

niedziela, 3 listopada 2013

Yankee Candle vs Janke Candle

Wypaliwszy 3 z 10 zamówionych wosków Janke Candle (nastąpiła zmiana nazwy na Essences of life) postanowiłam dokonać krótkiego porównania ich z kultowymi (?) Yankee Candle.


czwartek, 17 października 2013

Yankee Candle - Vanilla Cupcake & Vanilla Lime

Weszłam ostatnio w posiadanie tak dużej liczby wosków, że gdybym chciała je Wam przedstawiać one by one, przez najbliższy miesiąc na tym blogu nie pojawiałoby się nic innego :) Od przybytku głowa nie boli, ale od nadmiaru bodźców zapachowych już tak. I dziś kilka słów o waniliowych przyjemnościach.


Vanilla Cupcake. Kupiłam, bo wiele osób go poleca. Bo miałam ochotę na słodycz. Bo babeczka na naklejce. Bo.. Nieważne, wzięłam, długo chowałam w czeluściach szuflady, a gdy przyszła na niego pora, rozpakowałam i sru do kominka!

Cóż za słodycz! Wyraźnie dominuje wanilia, mam jednak jedno, ogromne zastrzeżenie - to jest wanilia, jaką znamy z olejków do pieczenia (takie małe buteleczki dostępne w hipermarketach za ok. 1zł), a nie wanilia z ekstraktu. Nie wiem, czy pieczecie, ale ja piekę dużo i gdy pewnego dnia zamieniłam te chemiczne cuda olejkowe na prawdziwy ekstrakt waniliowy domowej roboty, zrozumiałam, jak bardzo te pierwsze są oszukańcze. Sztuczne, płytkie, udawane. I tak niestety kojarzy mi się ten wosk, jak parodia waniliowej babeczki :(

Jeśli miałabym go porównać do jakiegoś wypieku, to szybciej do kruchych ciasteczek maślanych tuż po wyjęciu z piekarnika - ale to dopiero po porządnym rozpaleniu. Pierwsze podejście zakończyło się u mnie bólem głowy po 10 min palenia. Kolejne poszły nieco lepiej, ale wielką fanką raczej nie zostanę. Ot, jak mnie weźmie na słodkości :)


Z drugim woskiem wiąże się pewna historia. Byłam ja w TKMaxx, ugrzęzłam na świeczkach wąchając wszystko, co wpadło mi w ręce, aż nie czułam już nic. Trafiłam też na małe świeczki Yankee Candle, jedna szczególnie mnie ujęła - z limonką i kremem na naklejce. Więc, gdy zobaczyłam wosk z limonką i śmietanką na naklejce, ucieszona jak dziecko zabrałam do domu. Tylko coś tak mocniej było czuć limonkę, niż jakiekolwiek ciasteczko z tamtej świeczki.. Po rozpoznaniu w sieci okazało się, że to, co wąchałam w TKMaxx było zapachem Key Lime z serii Pure Radiance. Także, tego.

Vanilla Lime to przede wszystkim limonka. Trochę mi ten zapach nie pasował do jesienne aury, wszak orzeźwienie to raczej temat na lato. Z drugiej strony - przecież w lecie nie paliłam żadnych wosków/świeczek i raczej w przyszłym też nie będę :) Więc rozpaliłam. Po kilku minutach do limonki dołącza obiecana nazwą wanilia, co ostatecznie definiuje zapach - mojito. Dość ciekawe połączenie i choć do Key Lime dalej tęsknie, to i ten polubić mogę :)

Jakie są Wasze waniliowe doświadczenia? Generalnie unikam waniliowych świeczek, bo wydają mi się zbyt mdlące. Potem wącham u kogoś i zastanawiam się, dlaczego jestem tak negatywnie nastawiona do tego zapachu.

sobota, 28 września 2013

Yankee Candle - Mango Peach Salsa

Mózg już mi eksploduje od czytania własnych wypocin, toteż zrobiłam sobie przerwę na wrzucenie tego tekstu. Część z Was pewnie wie, a reszta właśnie się dowie, że do poniedziałkowego popołudnia wciąż jeszcze będę nieobecna w internetach i realnym życiu (zastanawiam się, w którym bardziej..) - potem mam zamiar świętować trzy nowe literki przed nazwiskiem. O ile podczas ich bronienia nie umrę na stres. :D Jakkolwiek - nie mam czasu i weny na tworzenie porządnego wpisu, więc odgrzewam kotleta. Smacznego!

Długo nie spoglądałam nawet w stronę Mango Peach Salsa - ukochałam sobie Waikiki Melon, więc po co mi kolejny owoc w pokoju :) Wylądowałam jednak kiedyś w woskowej świątyni z listą wycofywanych zapachów i stwierdziłam, że spróbuję sałatki, co mi tam.


O, mamuniu! Tym razem dostajemy mocno owocowe uderzenie, bardzo słodkie, soczyste nawet. Obawiałam się, że zdubluje się z WM, jednak jest od niego dużo słodszy, brak mu tego czegoś, co przełamuje melona. Gdybym miała określić ten zapach bardziej zjadliwie, to byłoby to trzymanie głowy w misce z ponczem <3

Le producent: Słodki i lekko pikantny... soczyste mango i brzoskwinie połączone z wonią drzewa cytrusowego, kwiatami imbirowymi i różowym pieprzem. Le mój nos: Słodka, soczysta brzoskwinia z mango i ciemnymi winogronami, podlana rumem. Pikanterii nie stwierdzam.

I podobnie jak w przypadku Red Velvet pytam ja się - Yankee Candle, czemu wycofujecie!?

wtorek, 17 września 2013

Yankee Candle - Black Coconut

Doprawdy nie wiem, jak to się stało, że na blogu nie zawitał dotąd jeden z moich ulubionych i najczęściej palonych wosków! Do wczoraj byłam przekonana, że coś już kiedyś o nim pisałam..


Black Coconut zasilił moją kolekcję już dość dawno, razem z Waikiki Melon, gdy zapachy z Q1 zawitały na Miodową. Nie powiem Wam jak pachnie przez folię, bo już nie pamiętam, z resztą, chyba brałam w ciemno, bo kokos ;p Na stronie producenta wyczytamy, że pojawia się także drzewo cedrowe i egzotyczne kwiaty - jest to chyba jedyny wosk, w którym proporcje zapachów są prawidłowo zachowane! Po rozpaleniu otula mnie (a nie zabija) słodki, kojący zapach. Nie wiem, czy to kokos łagodzi nuty cedrowe, czy kwiaty nadają mu słodyczy, nie wiem, nie znam się. Dla mnie to po prostu idealna woń i gdy chodzi za mną chęć słodyczy, sięgam właśnie po niego.


Zapach ten miał być obietnicą luksusu - dla mnie jest obietnicą ciepła i spokoju, co z pewnością do luksusowych rzeczy zaliczyć można ;p Gorąco polecam!

sobota, 14 września 2013

Yankee Candle - Beach Wood

Ten wosk cierpliwie leżał w mej zapachowej szufladzie. I pewnie przeleżałby jeszcze jakiś czas, gdyby nie post na blogu wszystko co mnie zachwyca i polecane przez Autorkę męskie zapachy. Odgrzebałam więc tartę spod innych wosków i ponownie obwąchałam przez folię - hmm, gdzie ta męskość?


Po zdjęciu folii otrzymujemy zupełnie inny wosk, w porównaniu z tym, co wynuchaliśmy w sklepie :) Delikatnie mokre drewno nabiera silnie testosteronowego charakteru! Żadne kawałki drzewa wyrzucone na brzeg przez morskie fale, chyba, że tratwa z męskim rozbitkiem ;p

Zapach jest silny, ale nie duszący. Śmiało można porównać go do perfum - przywodzi mi na myśl eleganckie wyjście z facetem, np. na czyjeś wesele, rocznicową kolację, czy inne okazje, if you know what I mean :>

czwartek, 29 sierpnia 2013

Yankee Candle - Beach Flowers

Dziś drugi z otrzymanych od Mężczyzny wosków. Zabierałam się do niego opornie, bo co rusz w mojej kolekcji pojawiały się jakieś mast-hewy i dopiero wczoraj sobie o nim przypomniałam. 

Po lekturze opisu producenta miałam co do niego duże nadzieje - co prawda to kwiatowy zapach, a u mnie z nimi różnie bywa, to jednak kwiaty owe miały być otulone wodną mgiełką. Wosk obdarty z folii zdradza mocno intensywną woń - flower power na całego! Powinniśmy czuć hiacynta, lilię i tuberozę, dla mnie to po prostu kwiaty :D

Odpaliłam dziada, przezornie otwierając okno. W tym przypadku nie musimy czekać na rozwój sytuacji - ona już jest rozwinięta.. znacie może liliowy spray do toalety? Nom, to znacie już zapach Beach Flowers... xD Z uporem maniaka (i otwartym oknem) czekałam na wodną mgiełkę, próbując dojść zastosowania tego wosku w przyszłości. Może zmieszam z Turquoise Sky? ;p

Jak już jesteśmy przy woskach, a z racji niskich temperatur będziemy przy nich częściej, to znacie może Janke Candle? Coś jakby podróbki, ale nie do końca - oczywiście już się ośliniłam na nie i mam do Was pytanie - przymierza się ktoś z Krakowa do zakupu? Chętnie się przyłączę! :)

sobota, 27 lipca 2013

Yankee Candle - Honey Blossom

Dziś na tapecie (i w kominku) ostatni wosk z kolekcji Q2 2013, który mam w swoim posiadaniu. Myślałam, że moja przygoda z Q2 skończy się na samplerze z Pinapple Cilantro, a okazało się, że dzięki uprzejmości Ki i Mężczyzny mogłam spróbować też pozostałych zapachów - z wyjątkiem Fireside Treats - powinnam żałować?

Fanką kwiatowych zapachów nie jestem, szczególnie po Jaśminie o północy :) Odpalając wosk pewnego lipcowego wieczoru obawiałam się duszącej kwiecistej woni, mocno pudrowej, bleh. Na stronie producenta dowiadujemy się, że uraczy nas mieszanka nektaru kwiatowego, miód i frezja, do spółki z nutami drzewnymi. Czyli coś dla mnie - miód okej, frezje uwielbiam, nuty drzewne także! Ale mając w pamięci jaśmin, który okazał się wodą kolońską, traktuję opisy producenta z dużą rezerwą ;p

Po odpakowaniu mocno czuć ten kwiatowy nektar. Jest też bliżej nieokreślona świeża nuta, która sprawia, że chcę odpalić wosk. I na początku jest super! Przyjemny zapach, tak jak spacer po ogrodzie znajomych w letni wieczór ;p Niestety po dłuższym paleniu wszelką świeżość zabija mocny, słodki zapach. Mojej ukochanej frezji nie czuć (no, może w łazience..), co jakiś czas pojawia się miód, jednak głównie jest to walka mokrego drewna z nachalnym kwieciem. Trzeba będzie przewietrzyć przed snem :(

Tym samym mam dość mieszane uczucia - może powinnam ograniczyć palenie wosku do 5 min i potem rozkoszować się kwiatowym ogrodem lub ustawić kominek przy oknie, w przeciągu?
A może dać sobie siana i wsadzić wosk do szafy, jako najdroższy odświeżacz? :]

niedziela, 14 lipca 2013

Yankee Candle - Q3 - Vanilla Chai & Lake Sunset

Traumę piątkowej wizyty u stomatologa załagodzić może tylko jedna rzecz - aromaterapia. Ponieważ ze Starowiślnej na Miodową daleko nie jest, więc po wierceniu dziury w zębie, powierciłam dziurę w brzuchu D. i udaliśmy się do woskowej świątyni. Przynajmniej miał mnie kto wyprowadzić, gdy po dorwaniu szukanych wosków zasadzałam się na następne ;p

A szukałam oczywiście nowej kolekcji jesiennej Q3 2013 - sześć (w UE cztery) zapachów, które umilać nam mają bolesny koniec lata i kilka miesięcy pory deszczowej. Mowa o Cozy Sweater, Lake Sunset, November Rain, Pumpkin Wreath, Salted Caramel i Vanilla Chai. Czytając ich opisy na stronie producenta, najbardziej napaliłam się oczywiście na te, które na nasz rodzimy rynek nie zawitały.. Jeśli ktoś jakimś cudem dorwie Cozy Sweater, dostanie ode mnie blachę borówkowych/jagodowych muffinów!

Gdy w końcu rzucili nowości do sklepów, okazało się, że na Miodowej śpiewają sobie po 7zł za woski z nowej kolekcji, zdziercy, na cudzym uzależnieniu żerować będą! Na allegro znalazłam je po 5.50zł, ale doliczając przesyłkę, powinnam zamówić więcej, by nie wyszło na to samo, ale ponieważ staram się nie szaleć, bo na kołka kasa sama się nie uzbiera, więc postanowiłam ograniczyć się do dwóch zapachów. I tak padło na Vanilla Chai i Lake Sunset :)


Wczoraj byliśmy z D. w kinie, a potem na Bubble Tea i choć pogoda nie rozpieszczała, to szkoda nam było rezygnować z tych kulturalno-kulinarnych planów. Niemniej po powrocie do domu miałam ochotę zakopać się w pledzie i już nigdzie nie wychodzić. Podgrzałam sobie obiad i zaparzyłam waniliową herbatkę ;p


Jeśli mam być szczera, to ja nie wiem kto raczył nazwać to coś waniliową herbatą, serio. Ilość korzennych przypraw przebija się nawet przez folię i ani przez chwilę po rozpaleniu nie znika. Wanilii brak. Ukruszyłam tak tyci kawałek, że ledwo widać ubytek, a zapach momentalnie obiegł całe mieszkanie. I choć wkurza mnie, że po raz kolejny opis rozmija się z rzeczywistym aromatem, to Vanilla Chai jest nawet przyjemnym zapachem i cieszę się, że będziemy spędzać ze sobą długie listopadowe wieczory ;)

Dzisiejszy dzień zaczął się dla mnie w porze obiadowej przeciętnej polskiej rodziny ;p Uroki imprezowania. Za co się nie zabiorę i tak mi nie wychodzi, nie potrafię się skupić (już nawet chciałam usiąść i pisać pracę!). Postanowiłam więc odpuścić, przynajmniej do wieczora i zająć się lekturą średnio wymagającej książki. I odpalić drugi wosk.


Po pierwsze - ten wosk ma piękny kolor. Pudrowy róż, naprawdę szkoda mi go kruszyć. Do tego delikatnie przebijający przez folię zapach, mmm :) Po odpaleniu długo nie dzieje się nic. Przestawiam kominek bliżej okna, by podmuchy wiatru przygnały do mnie zapach. Pogrążona w lekturze nie wiem ile czasu mija, nim w końcu jakiś aromat się pojawia ;p Tylko, co to jest? Ekspertem nie jestem, ale po mojemu czuć piżmo (co jak co, ale piżmo poznam ;p), w przeciwieństwie do dotychczas palonych wosków z tą nutą, ten jest dużo delikatniejszy, słodszy. Słodkie, delikatne piżmo, a to nowość :) Początkowo przypominał mi A Child's Wish, jednak po kilku minutach wyraźnie czuć, że zachód słońca nad jeziorem kwiecisty nie jest. Natomiast jest wyjątkowo błogi i przyjemny - plasuje się u mnie na zaszczytnym drugim miejscu best wosk ever ;p

Przepraszam za kiepskie foty - światło było złe ;p

piątek, 5 lipca 2013

Yankee Candle - Summer Scoop

Dawno nie było woskowego wpisu :) 
Summer Scoop, pochodzący z tegorocznej kolekcji Q2, miał stać się moim ulubionym aromatem w letnie dni. Jednak ostatnie letnie dni przyniosły mi jedynie chorobę i zatkany nos, więc z degustacją pucharka truskawkowych lodów musiałam nieco się wstrzymać. Ale, oto jest!

Po zdjęciu folii zapach był dziwnie sztuczny, zaczęłam się nawet wahać, czy nie odpuścić i rozkoszować się ukochanym melonem. Ale mięciutki (znowu! w UK mają jakieś inne woski!?) wosk sam kruszył mi się w palcach, uparcie wpadając do kominka. No dobra, jak tam chcesz, truskawo ;p Po rozpaleniu zapach nabiera mocy! I wiecie co? Żaden tam pucharek lodów, żadne koktajle, truskawki, czy co tam Wam przyjdzie na myśl. To jest niekończący się lizak Chupa Chups truskawkowo-śmietankowy! Nie czuję żadnego orzeźwienia, jedynie słodycz. Stanowczo jest to za ciężki zapach, jak na letnie wieczory, szczególnie upalne, ale we wrześniu może być z tego wielka miłość :]

sobota, 8 czerwca 2013

Yankee Candle - Pineapple Cilantro

Wyciągam z szuflady zafoliowany wosk. Wącham - słodki zapach, nieco trącający kokosem uderza w moje nozdrza. Jeszcze chwilę zastanawiam się, czy na pewno chcę go otworzyć, używać, przecież wkrótce się skończy! (mieć ciastko i zjeść ciastko..)


Nożyczkami uwalniam wosk. Ku mojemu zaskoczeniu po kokosowej słodyczy nie ma ni śladu.. Chyba marzy mi się Pina Colada z limitowanej edycji ;p Ten ananas jest bardzo dojrzały, intensywny, ale nie słodki. Podekscytowana kruszę nieco do kominka - wosk jest miękki, co jest dla mnie nowością, zwykle są nieco twardsze lub masakrycznie twarde. Lecę po zapałki, podpalam i czekam.

Czekam.

Sprawdzam pocztę, fejsa, bloga i czekam.
Zaczynam pisać tego posta, gdy pierwsze nuty słodyczy docierają do mnie. Ale to znów nie kokos, może kolendra? Jak pachnie kolendra!? Jakie ma kwiaty.. Przecież kolendrą to się jedzenie doprawia, helloł! :)


Kokos pojawia się później. I jak już się pojawi, to można zwariować. Z resztą, dla mnie ten zapach jest niejednorodny - raz słodki do porzygu kokos, to znów świeży ananas. Ojciec wchodząc do mieszkania spytał, co tak czuć tabaką.. :) Jeszcze nie wiem, czy kocham ten zapach tak samo, jak wyobrażenie o nim, ale wakacyjny nastrój dostarczył, więc plus dla niego!

Serdecznie podziękowania dla Ki za obdarowanie woskiem! :*

sobota, 1 czerwca 2013

Co w trawie piszczy..

Nie mam nic na usprawiedliwienie swojej nieobecności!
Żartuje, mam, ale już mi się nawet nie chce wywlekać syfu tutaj. Dziękuję wszystkim, którzy mimo mojego upartego milczenia odwiedzają paplaninę codziennie. Tym, którzy docierają tu z pewnej porno-strony także :D

W ostatnich tygodniach wydarzyło się tyle, że nawet nie wiem od czego zacząć..
W połowie maja świętowaliśmy z Mężczyzną 3 lata wspólnej egzystencji. Z powodu mojej dzikiej sytuacji uczelnianej musieliśmy odwlec nieco rocznicową kolację, ale prezent dostałam o czasie :D


Kilka dni później Mężczyzna obchodził kolejną rocznicę, tym razem swoich urodzin, ale ze świętowaniem wstrzymaliśmy się do zeszłego weekendu, gdy do Polski zawitała Ki i razem reaktywowali słynne GrubKi. Ki przywiozła mi też dwa woski YC, w tym Pineapple Cilantro, także jestem chyba jedyną osobą w Polsce, która ma ten wosk w swojej kolekcji <3
Natomiast od Mężczyzny dostałam dwa kolejne - Beach Flower i Honey Blossom - prosto z warszawskich Złotych Tarasów :)


Jeden w weekendów majowych mieliśmy zarezerwowany na odrabianie zajęć z WFu (na piątym roku mamy tak zaprany plan zajęć, że nie było kiedy wcisnąć 2h tygodniowo...). Po kilku burzliwych dyskusjach stanęło na zbiórce w Rytrze i spacerze do schroniska na Przehybie. Oprócz przyjemności związanej z obcowaniem z górami, byłam też ciekawa tego wysublimowanego eksperymentu psychologicznego pt. fizjoterapeuty na szlaku. I nie zawiodłam się :) Na dwa dni przed wyjazdem wdałam się w mało owocną dyskusję z koleżanką, która narzekać zaczęła, że to głupi pomysł, że to wszystko jakieś takie niezorganizowane, że jak to iść szlakiem, jak ponoć można dojechać samochodem (jeśli ma się pozwolenie) itd. Wyjechałam jej, że jak Starosta prosił o pomoc przy organizacji lub inne sugestie, to nawet pierdnąć nie raczyła, a teraz ją na pyskówki wzięło. Z resztą, nie ją jedną. Ale taka mentalność ludzi, niewiele da się zrobić :)
Potem iście profesjonalne zachowanie niektórych osób na szlaku.. Sama miałam tak doładowany plecak izotonikami, że ledwo go wyniosłam na górę (flaszkę wina niosłam dla 3 osób..), ale nawet gdybym miała pusty plecak lub tragarza, nie znaczy, że wystrzeliłabym kilka kilometrów przed całą grupą, tylko dlatego, że mogę iść szybciej. Podobnie komentarze jednego z opiekunów, by podzielić grupę na wprawionych w pieszych wycieczkach i tych, co idą wolniej. Wszystko fajnie, ale to nie był rajd, ani wyścig o złote gacie, tylko wycieczka piesza w ramach wychowania fizycznego. Niestety, praca w grupie dużo lepiej nam wychodzi na kartach CV, niż w rzeczywistości.


I na koniec moje skromne zakupy w ramach -40% w rossmanie - wydajmy całą pensje: L'Oreal Rouge Caresse w kolorze Dating Coral, czyli kolejna pozycja z mojej ustnej listy zachcianek. Przy okazji wymaziałam się Shine Caresse - Lolita i potwierdzam, że się franca utlenia. Ale i tak mi w niej ładnie ;p


P.S. Wybiera się ktoś na I Bieg Swoszowicki w niedziele? Szukam kompana do lajtowej 5tki (a właściwie motywacji, bo lenistwo to straszna choroba ;p)

czwartek, 9 maja 2013

Yankee Candle - Turquoise Sky

Napadłam wczoraj woskową świątynię. W planach miałam wykupienie nowej kolekcji, lecz na miejscu okazało się, że nie ostały się żadne woski, samplery.. no masakra! Pani poinformowała, że za tydzień powinna dojść dostawa..za tydzień! :( Myślałam, że serduszko mi tam pęknie.
Na pocieszenie wyniosłam dwa inne woski - Beach Wood i opisany poniżej Turquoise Sky :)


Turkusowe niebo nie pachnie przez folię - wzięłam ze względu na piękny kolor i nie wiedziałam czego się spodziewać. Odpalam więc kominek (tym razem nie podpalając sobie niczego ;p), kruszę skąpy kawałek i zasiadam do Raportu Siemensa 2012 - Zdrowie - męska rzecz (powiadam Wam, ja tej magisterki rychło nie napiszę..). Przez pierwsze kilka stron raportu nie dzieje się nic. Potem dzieje się piżmo. Kurde, co ja mam z tym piżmem, że nawet wybierając w ciemno z kilkudziesięciu zapachów wosków, wybiorę właśnie wydzielinę z gruczołów okołoodbytniczych piżmowca, piżmaka, czy innego skunksa!?
Na szczęście po kilku minutach z odsieczą nadciąga świeża nuta.. po odwinięciu folii czuć ją jak toaletowy sprej o morskiej woni, ale palona w kominku ma jakiś inny wyraz. Taki słony :) 

Przekonana nie jestem, nie czuję się jak nad oceanem, żadne orzeźwienie nie nadeszło. Wielkiej miłości nie będzie, ale może nada się do eksperymentów z mieszaniem zapachów.

P.S. Niestety po wyprawie po jadło do kuchni, zastałam w pokoju kibel zaatakowany brisem :facepalm:


piątek, 26 kwietnia 2013

Yankee Candle - A Child's Wish


Wolne przedpołudnie.
Za okami zieleni się świat, przypomniawszy sobie zapewne, że w kwietniu już może, ba, powinien! Wszak jeszcze chwila, jeszcze moment i kasztany będą musiały dopełnić swej maturalnej powinności, a alergicy wyzionąć ducha.
Z otwartego okna sączy się śpiew ptaków. I bluzgi gimbazy. Delikatny wiatr porusza firanką, a ja siedzę i przekopuję Internet w poszukiwaniu inspiracji do opisu otoczenia polityczno-prawnego naszego wyimaginowanego gabinetu fizjoterapii. Po mojej prawicy tańczy płomień tealighta, roznosząc woń dziecięcych marzeń.


Ciepły wiatr z aromatem delikatnych kwiatów i świeżych zielonych pól jak słodka niewinność dzieciństwa. Zapach jest niewinny. Kominek rozpala się już dobre dziesięć minut, a ja dalej nie wiem, czy czuję zapach resztek wosku na palcach, czy to już ta woń. Zapach jest delikatny. Pamiętacie, jak wspominałam, że Jaśmin o północy walnął mnie niczym kilof? Kwiaty z dziecięcych marzeń są dużo subtelniejsze. Nie umiem ich nazwać, ale myślę, że to kwestia mojej ubogiej znajomości roślinek :) Zapach jest słodki. Obawiałam się topienia wosku tak z samego rana - wolę umilać sobie nimi wieczory. W tym wypadku nie dałabym rady zasnąć przy takiej dawce słodyczy. Poranne palenie, lekki wiatr i śpiew ptaków zdają się tworzyć połączenie idealne.

Yankee Candle wypuściło już nową kolekcję Q2 - Fireside Treats, Summer Scoop, Honey Blossom i Pineapple Cilantro. 

źródło: http://www.yankee.co.uk/new-q2-fragrances
Niestety woski Pineapple Cilantro nie dotarły do PL, a jest to właściwie jedyny must-have tej kolekcji, więc prawdopodobnie popełnię pierwszy sampler w mym zbiorze YC :) Summer Scoop odrzuciłam już na początku, ot, truskawka, ale ponoć pachnie nieziemsko. Honey Blossom też nie pociąga i też zbiera pochlebne opinie. Natomiast Fireside Treats, o zapachu opalanych nad ogniskiem pianek (wut?), z miejsca staje się ulubieńcem każdego, kto go spróbował.. to może jednak przeproszę się z pozostałymi? :> Z resztą, kto wszedł do sklepu YC po jeden wosk i nie wydał wszystkiego, co ma w portfelu - ręka do góry ;p

Tymczasem delikatne dziecięce marzenia skutecznie odwodzą mnie od tworzenia planu marketingowego..