Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Me gusta czytanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Me gusta czytanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 lutego 2016

O książkach


Wino w szklance, chociaż piątek już dawno minął, towarzyszy mi dziś w kleceniu tych kilku akapitów. Znów pochłonęło mnie życie, ponownie blogowanie, jako średnio istotny element mojej codzienności, odeszło na możejutro. W wirze praca-jogi-pacjenty-klienty-badania na szczęście znalazło się trochę czasu na drobne zmiany i właśnie o jednej z nich napiszę.

Minimalizm. Od roku w każdym kącie blogosfery odbywa się ogromne sprzątanie, odgruzowywanie przestrzeni, wyrzucanie i uzupełnianie. Poradników spisano już tyle, że nawet perfekcyjna pani domu może czuć się zawstydzona! Powoli rodził się u mnie odruch wymiotny, gdy kolejna osoba wrzucała zdjęcie pojedynczego tulipana na tle białej ściany i zachwalała poukładane podług wskazówek pani Kondo koszulki i skarpetki. Istna mania :)

Nie jestem zwolenniczką skrajności, choć nie można temu całemu dążeniu do minimalizmu odmówić pewnej mocy sprawczej - ile to osób rozejrzało się po swoich czterech kątach i posprzątało?

Sama posprzątałam w szafie, choć do tzw. capsule wardrobe jest mi baaardzo daleko. Drugim krokiem było ogarnięcie biblioteczki. Dostałam na Gwiazdkę książkę, w chwili choroby przeczytałam, potem pożyczyłam Mamie, a gdy ta ją oddała, okazało się, że nie mam dla niej miejsca. Należę do tej grupy ludzi, która książki traktuje mega poważnie - jeśli komuś pożyczam, zapisuję komu (już raz straciłam My, dzieci z dworca ZOO, musiałam odkupić), nie kreślę, nie zaginam rogów i nie wyrzucam. Jak, do cholery, można wyrzucić książkę!?

Jeśli przyszłoby mi się przeprowadzać, konieczny byłby osobny transport dla książek. Trochę słabo. Usiadłam, wysączyłam kilka drinków, podjadłam orzechów nerkowca i postanowiłam:
  1. Książki zdublowane natychmiast sprzedać. Jestem leniwą bułką w tym temacie - zrobić aukcję na allegro to tylko kilkanaście minut wyjęte z życia. I kilka kilo papieru na półce mniej.
  2. Książki, których nie chcę (bo były lekturami na raz) sprzedać lub oddać (znajomym, do biblioteki). Macie może informację o jakiś wymianach?
  3. Powstrzymać napływ nowych pozycji. Przestaję czytać książki, od dziś tylko Pudelek :p
  4. Więcej korzystać z czytnika. Jeśli jest jakaś pozycja, której nie muszę mieć koniecznie w wersji papierowej, będę kupować w wersji elektronicznej. Tak było z przeczytanymi niedawno Ginekologami - tomiszcze jest tak wielkie, że pewnie odpadłoby mi ramię, gdybym taszczyła je codziennie w torbie, a tak Kindle załatwia sprawę. 
  5. Powyższe punkty nie dotyczą literatury branżowej. Podręczników nie ma co przekazywać dalej, zawsze się przydadzą. Z PDFa ciężko się uczyć, czasem jest to po prostu niemożliwe. 
W styczniowej chorobie czytałam też o bibliotekach sławnych ludzi. Kolekcjach które uniemożliwiają im normalne funkcjonowanie w mieszkaniu, sposobach układania książek, tym przywiązaniu do każdej pozycji. Trochę mi szkoda, że nigdy nie będę mogła pochwalić się takim zbiorem. Jednak problemy, jakie stwarzają już te książki, które mam, uświadamiają mi, że w tej kwestii muszę iść na kompromis. 

Wino dopite. Przydałoby się kolejne, bo zrobiło mi się przykro. Rozstać się z książkami, to jak zrobić z duszy tatara o.O

N.

piątek, 19 grudnia 2014

Książkowe wyzwanie 2015!

A cóż to ja znalazłam na kwejku! Zważywszy na moje tegoroczne żenująco sporadyczne sięganie po książki inne niż branżowe, nosiłam się z zamiarem jakiegoś wyzwania, np. jedna książka niemedyczna w miesiącu itp. Jednak to wyzwanie podoba mi się bardziej! Jeśli dobrze liczę, do przeczytania jest 29 książek, czyli 2-3 miesięcznie.. hmm, jak wyzwanie, to nie może być łatwo, prawda? :D



Swoje postępy będę odhaczać w tym poście. Przyłączacie się do zabawy? :>

Jak jesteśmy w temacie książek, to mam drobne ogłoszenie - postanowiłam rozstać się z kilkoma pozycjami z mej biblioteczki (choć właściwsze byłoby określenie - graciarni). Pierwotnie myślałam o sprzedaży, ale w sumie wymiana na inne tytuły lub produkty pierwszej potrzeby, jak domowa nalewka, także wchodzą w grę ;p 
Poniżej lista książek, wszelkie szczegóły w wiadomościach prywatnych (mail: natiksidletalk@gmail.com):

  1. Jane Sigaloff – Imię i nazwisko zastrzeżone
  2. Candace Bushnell – Piąta Aleja
  3. Lena Oskarsson – Plac dla dziewczynek
  4. Lena Oskarsson – Czarne tango
  5. Dorota Wellman, Janusz Leon Wiśniewski – Arytmia uczuć
  6. Piotr Łopuszański – Sławni ludzie
  7. Cecily von Ziegesar – Plotkara cz. 12 Zawsze będę cię kochać
  8. Eric-Emmanuel Schmit – Tajemnica Pani Ming
  9. Larry McMurtry – Ostatni seans filmowy

N.

środa, 6 sierpnia 2014

Czytaj KRK! - edycja sierpniowa

Trochę książkowo zrobiło się na blogu :) Ostatnie dni spędzam gapiąc się w mój mikro-ekranik telefonu komórkowego, głównie za sprawą projektu Czytaj KRK! Więcej o akcji można poczytać TUTAJ.


Po ściągnięciu aplikacji na smartphona, skanujemy QR kod i cieszymy się przez 30 dni darmową książką. Gdy już ją przeczytamy, skanujemy kolejny kod i wymieniamy na kolejną pozycję. W edycji sierpniowej mamy 10 tytułów do konsumpcji: 

Ości – Ignacy Karpowicz
Witajcie w Rosji – Dmitry Glukhovsky
Jony Ive - Leander Kahney
Kiedyś o tym miejscu napiszę -Binyavanga Wainaina
Drzewo migdałowe – Michelle Corasanti
Kongres futurologiczny – Stanisław Lem
I jak tu nie biegać! – Beata Sadowska
Haiku. Haiku mistrzów – Ryszard Krynicki
Zamień chemię na jedzenie – Julita Bator
Magiczne drzewo. Czerwone krzesło – Andrzej Maleszka

Ponieważ I jak tu nie biegać! już czytałam, w pierwszej kolejności skusiłam się na książkę Julity Bator. Pamiętam, że niedawno był na nią ogromny boom, każdy bloger musiał ją mieć i przeczytać, pewnie nikła część z nich zastosowała się do promowanej w niej reedukacji żywieniowej (czemu akurat się nie dziwię), ale pojawiło się wiele głosów, że w sumie to nie warto. I pod tym się podpisuję - nie warto jej kupować, lepiej przeczytać e-book. Gdybym była zakręcona na punkcie zdrowego odżywiania się i pałała chęcią rewolucji, po lekturze Zamień chemię na jedzenie dalej nie wiedziałabym co i jak mam zrobić. Jako osobę mocno dociekliwą, nie zadowalają mnie też lakoniczne tłumaczenia czemu dana substancja jest szkodliwa/karcerogenna/teratogenna/po prostu zła. A już stwierdzenie, że wszystko co jest GMO jest złe, bo jest modyfikowane (i to genetycznie! drżyjcie narody!), oczywiście bez podania na czym dana modyfikacja polega i co potencjalnie miałaby zmodyfikować w naszym organizmie, utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że to pozycja nie dla mnie. 

Jeszcze kilka słów odnośnie samego czytnika. Bardziej denerwujące, niż treść nietrafionej książki jest jej czytanie. Co prawda mamy do wyboru i wielkość i rodzaj czcionki oraz kolor tła, ale te udogodnienia odchodzą w niepamięć w momencie dobrnięcia do końca rozdziału. W Zamień chemię na jedzenie tych rozdziałów, wstępów, tabel, załączników jest chyba ponad dwadzieścia i raczej są krótkie. I tak, po 3 min lektury chcemy przejść do następnego rozdziału, a czytnik ładuje nam znowu ten sam rozdział - nieważne, czy smyramy ekran, czy wybieramy kolejny rozdział z menu. Dopiero cofnięcie się do głównego menu aplikacji lub jej restart pozwalały załadować wybrane treści. O ile nie jest to szczególnie uciążliwe przy obszernych książkach i dłuuugich rozdziałach, tak nawigacja po Zamień.. zmordowała mnie bardziej, niż ten mikroskopijny ekran telefonu zmęczył moje oczy ;p

Mimo tych niedoróbek programistycznych, sam pomysł bardzo przypadł mi do gustu, więc lecę skanować kolejny kod :)

Z nosem w telefonie, 
N.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

I jak tu nie biegać metodą Gallowaya!?

Czytanie ostatnimi czasami idzie mi bardzo opornie. O ile literatura fachowa (na szczęście w postaci artykułów) jeszcze jako tako mi wchodziła między zajęciami, tak czasu na rozłożenie się z książką wiecznie brakowało. Książka Beaty Sadowskiej czekała na swoją kolej kilka miesięcy! Ale udało się, obie pozycje już za mną i dziś podzielę się paroma przemyśleniami.

I jak tu nie biegać! jest pozycją typowo motywacyjną. Napisana bardzo lekko, wchodzi jak nóż w masło i pewnie mając do dyspozycji kilka godzin, można wziąć ją na raz i nawet nie poczuć. Urzekają mnie też piękne zdjęcia. Sama książka podzielona jest na kilkanaście rozdziałów (artykułów?) pisanych przez autorkę i przeplatanych komentarzem-wywiadem z Kubą Wiśniewskim. Pewnie dla osoby totalnie początkującej jest to jakaś tam garść informacji na początek, ale ja jedynie przeleciałam większość wzrokiem. Rozwaliły mnie też przepisy zamieszczone przez autorkę - tu agar do deseru, tam komosa ryżowa, to znów nasiona chia, ewentualnie olej lniany.. Uwierzcie, próbowałam ogarnąć chociaż jeden z nich, niestety wiecznie czegoś mi brakowało w domu :(


Biegałabym!
Co podobało mi się w książce, to momentami przesadny, ale może właśnie tak trzeba, hołd złożony kinesiotapingowi oraz Kenzo Kase'owi :) Krytyka biegania w szpilkach - cieszę się, że nie tylko ja uważam (nawet 100m odcinki!) bieganie na obcasach za szalenie głupi pomysł. No i obalanie mitu, że kobieta w ciąży biegać nie może. Oczywiście jest to indywidualna sprawa, ale wkurza mnie wytykanie ciężarnych pomykających ścieżkami biegowymi, jakoby krzywdziły swoje pociechy. Jest też parę kwestii, z którymi stanowczo się nie zgadzam, ale książka jest generalnie spisaniem biegowej historii autorki, więc tak jak w każdej dziedzinie życia, nie musimy wszyscy mieć identycznego zdania na każdy temat. Po lekturze pomyślałam sobie nawet, że mogłabym wymienić kilka blogów biegających kobiet, które mogłyby wydać swoje notki na papierze i otrzymalibyśmy równie inspirujące historie :)


Bieganie metodą Gallowaya znalazło się w mojej biblioteczce za sprawą Eweliny i jej recenzji tej książki. To był ten czas, gdy pragnienie wzięcia udziału w Półmaratonie Królewskim zaczynało tłamsić zdrowy rozsądek. Dlaczego? Napiszę Wam o tym po półmaratonie (tak, wezmę w nim udział ;p) - ogólnie pisząc, z moim niezbyt zdrowym kolanem nie powinnam tyle biegać. O metodzie kiedyś słyszałam, ale chyba potrzebowałam konkretów, dużo konkretów, by poukładać sobie w głowie swój szaleńczy plan. Książka jest niezłą skarbnicą wiedzy o bieganiu w ogóle. Może rozdział o fizjologii nie zrobił na mnie żadnego wrażenia, ale jestem przekonana, że dla kogoś bez Bochenka i Konturka w głowie jest to niemała pomoc w zrozumieniu swojego ciała. Co prawda razi mnie, że kolejny autor nie potrafi napisać kość piszczelowa, tylko wali piszczel gdzie popadnie i jak pada hasło o przeciążeniu piszczela z ust jakiegoś biegacza, to nie wiem, czy śmiać się, czy płakać, czy wzywać pogotowie, bo ma przeciążeniowe złamanie kości piszczelowej, czy tylko zakwasy po niedzielnym wybieganiu..

Wciąż nie wiem, w którym wcieleniu teraz jestem :)
Rozdział o planowaniu wydawał mi się początkowo bardzo chaotyczny. Dopiero dalsza lektura pozwoliła mi zrozumieć o czym pisał autor na samym początku :) Także nie zrażajcie się, i tak będziecie wracać do poszczególnych rozdziałów tej książki przy każdym pojawiającym się problemie. Ja od jutra wdrażam papierowy dziennik biegowy (czas ruszyć z planem treningowym pod półmaraton!) i pomiary tętna po przebudzeniu. Oczywiście najbardziej interesowało mnie zagadnienie przerw w biegu na marsz i okazuje się, że jednak proporcję muszę wypracować sama - mam na to 12 tygodni :p 

Z godnych uwagi rozdziałów: ten poświęcony technice biegu - każdemu biegaczowi pozwoli wyłapać błędy i je skorygować; bieganie dla kobiet - ciekawe spostrzeżenie odnośnie nieregularności cyklu spowodowanej dużym kilometrażem oraz zdanie, które mnie rozwaliło na łopatki - Ponieważ Twój nastrój (a także poczucie zdrowia) będzie pozytywnie dostrajany podczas prawie każdego biegu, przez wzgląd na Ciebie samą oraz na Twoją rodzinę ważne jest, żebyś odbyła swój bieg albo marsz. :D Ciężarna, czy nie - nie przeszkadzaj kobiecie w treningach!

Największy zgrzyt wywołał u mnie rozdział o kontuzjach. Paradoksy w stylu: zerwanie ścięgna? przerwa w bieganiu 4-6 tyg, złamanie zmęczeniowe? jak przestanie boleć, możesz biegać... Mnie złamana ręka przestała boleć po ok. 2 tyg - nie mogłam robić podporów, zwisów, grać w siatkówkę przez kolejne 6 m-cy. Inny smaczek: masaż lodem (bezpośrednio stykającym się ze skórą!) przez 15-20 min? To nie jest rozsądne, naprawdę. Po minucie-dwóch powinniście przestać czuć zimno, właściwie cokolwiek, więc skąd macie wiedzieć, czy przez następne 10min nie uszkodzicie sobie skóry? Dorobicie odmrożenia? Martwi mnie też przewijające się przez całą książkę zniechęcanie do rozciągania się. Ale myślę sobie, że przecież każdy czytelnik ma swój rozum, swoje doświadczenia i potrafi określić, czy coś mu służy, czy nie. Poza tym, pozostała zawartość książki rekompensuje te drobne zgrzyty.

Z której pozycji jestem bardziej zadowolona? Oczywiście tej autorstwa Gallowaya. Wiem, że na pewno będę do niej wracać, natomiast I jak tu nie biegać! leżała na półce odkąd ją przeczytałam, właściwie nietknięta, tyle co do zdjęć do tego posta. Oczywiście, że jedna to regularny poradnik, a druga to historia na raz, ale są czasem takie (np. O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu Murakamiego), do których wracam po motywację. Do Sadowskiej jeszcze nie wróciłam.

N.

sobota, 30 listopada 2013

Dziwne pomysły na nadchodzące tygodnie :)

Właściwie to miałam tylko jeden pomysł, ale mój wczorajszy spontan spowodował, że mogę pochwalić się też następnym :D

Wymyśliłam sobie, że przeczytam Anię z Zielonego Wzgórza ponownie. Kolejne tomy także, wszak wspominałam dawno temu, że nie mogę przeczytać najnowszej części, bo moje wspomnienia przygód Ani Shirley są mocno mgliste. I tak siedzę od kilku dni nad książką dzieciństwa większości z nas i dumam nad tym, jak bardzo zmienił się mój gust literacki. Opisy mnie nużą i ciągną Panem Tadeuszem, paplanina Ani doprowadza do wrzenia.. jakim cudem kiedyś tak chętnie pochłaniałam kolejne strony tej powieści!?

Po prawej stronie pojawi się okienko moich postępów w lekturze - na razie przeczytałam dziesięć rozdziałów, więc szału nie ma, ale z tego, co pamiętam z podstawówki, to raczej szybko się to czyta :)

I drugi pomysł - II Bieg Wielkich Serc https://www.facebook.com/BiegWielkichSerc
Wczoraj pod wpływem jakiegoś dzikiego impulsu zapisałam się na ten bieg :D I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie data (styczeń) i miejsce (bulwary, czyli jeśli dobrze pamiętam z zeszłorocznego nordic walking w tych okolicach - wjeżdżanie na butach do Wisły..). Do tego przez ostatni miesiąc nie biegałam wcale (no dobra, dziś pobiegłam..), więc to taki trochę pomysł szalony.

Dystans co prawda tylko 5k, ale jeszcze nie miałam przyjemności biegać po śniegu, czy oblodzonych alejkach, więc obawiam się, że skończę swój popis gdzieś w połowie dystansu w widowiskowym szpagacie, z którego zbierać mnie będą prosto na nosze :D :D

Ale nie histeryzując, pobiegłam dziś kontrolnie 6,5 km po dość zróżnicowanym terenie (niestety jeszcze bez śniegu i lodu.. a chciałabym sprawdzić, czy buty dadzą radę) i bez większych problemów 5 km zamknęłam w 30 min. Także podczas biegu chciałabym ustrzelić życiówkę w okolicach 27-28 min (w końcu po płaskim, tyle że ze śniegiem ;p) - takie bezpieczne założenie, żeby się udało i było co bić na przyszłość ;p

Jeśli ktoś z Was także się wybiera, to dajcie znać, zawsze to raźniej niż biec samemu!

sobota, 9 listopada 2013

Rozrywka w październiku

Minął już pierwszy tydzień listopada, a ja ociągam się z publikacją tego posta. Wracam z pracy i jestem trupem, przeziębiłam się, więc jestem podwójnym trupem (i zombie) i tak sobie leżę i dogorywam, więc dlaczego nie dokończyć tych kilku zdań? :>
Zatem książki i filmy października!

wtorek, 15 października 2013

And the winner is..

Dorota Wellman!

Czytam ja sobie od rana Arytmię uczuć, którą kiedyś zaczęłam, a którą za sensowną i wartościową lekturę uznając, rzuciłam w kąt, by dokończyć, gdy okoliczności umysłowe bardziej sprzyjające będą. Są teraz. To czytam. Na 124 stronie mojego wydania tej zajmującej rozmowy między wspomnianą Dorotą Wellman a Januszem Leonem Wiśniewskim, pojawia się zdanie, które przyprawiło mnie o zacną tachykardię!


Ale o co chodzi?
Janusz L. Wiśniewski produkuje się na temat samotności. Nazywa ją chronicznym przeziębieniem duszy, zwraca też uwagę na objawy somatyczne, z którymi często ludzi samotni zgłaszają się do lekarza, a który powinien spojrzeć na swego pacjenta holistycznie - przez pryzmat jego duszy także. Pada z jego ust komentarz (i ciąg dalszy wątku, który pozwolę sobie zacytować):

Janusz: (...) Większość polskich lekarzy ma niestety zupełnie inne podejście do swoich pacjentów, którzy ich tak naprawdę nie interesują. Przyczyną jest brak czasu na empatię i nie dziwi ich stosunek, kiedy się popatrzy na to, co robią, jak zarabiają i intensywnie muszą pracować. Oni mają przerobić określoną liczbę pacjentów w jak najkrótszym czasie.

I teraz odpowiedź p. Wellman, która jak dla mnie wygrała w plebiscycie Nie znam się, to się wypowiem - po statuetkę można się zgłaszać do mnie codziennie między 10.00 a 22.00. Zapraszam.

Dorota: To nie powinni być lekarzami.

Janusz: Moim zdaniem twoja ocena jest w tym przypadku zbyt surowa. Niestety, taka jest rzeczywistość. Nie wiem, ale chyba nie robiono badań socjologicznych, ilu ludzi zostaje lekarzami z powołania.

Dorota: Tak samo jak księżmi - niewielu.

Janusz: I ci ludzie muszą po prostu zadbać o swoją egzystencję. Ci, którzy mają więcej pieniędzy, pracują w kilku miejscach - w przychodni, szpitalu, pogotowiu. Podejrzewam, że nie ma się wtedy czasu na okazywanie empatii, nawet jeśli ma się ją w sobie.

P. Wellman kolejnym pytaniem zmienia temat rozmowy, więc nie dowiemy się już więcej nic o jej światłych przemyśleniach. Odbijając piłeczkę skomentuję ten fragment dwoma zdaniami:
1. Jeśli nie ma się w sobie na tyle pokory, by powstrzymać się od oceniania sytuacji, o której nie ma się bladego pojęcia - to nie powinno się być dziennikarzem. 
2. Pan Wiśniewski po raz kolejny przekonał mnie, że jest inteligentnym człowiekiem.

O książce będzie więcej przy okazji październikowych rozrywek (bo liczę, że ją skończę - po tym fragmencie mam delikatny niesmak, z drugiej zaś strony jest to wciągająca lektura). Tymczasem wracam do szukania pracy dla pozbawionych empatii i powołania medyków <3 Może w TVNie coś dla mnie mają ;p

wtorek, 3 września 2013

Rozrywka w sierpniu

Kurcze, tyle podsumowań powinnam właśnie zamieszczać, ale sprawy związane z obroną przybierają nieco rumieńców, więc najbliższe tygodnie będę mniej aktywna blogowo. Na szczęście posty z cyklu Rozrywka w.. piszą się właściwie same :)


Tym razem książkowo nieco lepiej. Jedna z wypraw do Skotnik pozwoliła mi na pochłonięcie Małych zbrodni małżeńskich Schmitta. Po lekturze Tektoniki uczuć byłam mocno napalona na kolejne książki tego autora i nie zawiodłam się. Na kartach pada tyle mądrości życiowo-związkowych, że gdybym chciała przepisać je do mojego notatnika, to taniej wyszłoby mi skserować książkę i wkleić kartki :D Podczas lektury jesteśmy świadkami żmudnego i nie tak długiego odzyskiwania pamięci przez męża, który uległ pewnemu drobnemu wypadkowi.. :)

Następna pozycja to Człowiek, który kochał kwiaty Stephena Kinga - krótkie opowiadanie z polecenia Oli. Z Człowiekiem miałam przyjemność podczas smażingu i chyba musiało mi trochę za mocno przygrzać, bo pamiętam jedynie scenę kupowania kwiatów i że potem akcja potoczyła się bardzo szybko. Jak dla mnie za szybko, wiec muszę przeczytać jeszcze raz ;p

Rzuciłam się w końcu na Murakamiego, oczywiście znów nie tomiszcza 1Q84, które pokutują na półce i łaski doczekać się nie mogą. Padło na O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu. Jak sam tytuł wskazuje, są to przemyślenia autora odnośnie biegania oraz pisania - jak jedno łączy się z drugim. Co mnie najmocniej ujęło, to zwykłość Murakamiego - ogrom pokory wobec świata, własnego ciała i umiejętności pisarskich.


Filmowo sierpień zaczęłam od Anny Kareniny. Był to jeden z tych filmów, które średnio zapadają w pamięć. Podobało mi się mnóstwo rzeczy, sam pomysł na przedstawienie historii, cudowne sukienki Anny i nienaganne maniery mężczyzn. Z drugiej strony, momentami irytowało rozchwianie emocjonalne głównych bohaterów i zastanawiam się, czy nie przeczytać książki, bo może tam historia przedstawiona jest nieco mniej pretensjonalnie.

Obejrzałam też Śnieżkę (hiszpański melodramat). Na seans zamówiła mnie Mama, a że Almodóvar propsował, to tym bardziej. Co prawda kuzynka, będąca na nim kilka dni wcześniej przestrzegała, że jest to film dziwny, ale jak już się nastawiłam, to idę ;p Dziś mogę śmiało powiedzieć, że był to skrajnie dziwny film i ja go Wam nie polecę, bo będziecie potem na mnie psioczyć ;p 

W ramach Kinobrania skusiłam się też na Oszukane. Film zaczyna Herman i jej filmowa córka w puentach, więc jak dla mnie nic więcej do uznania go za wart obejrzenia nie trzeba ;p Żartuje, to był taki przeciętny dramat polskiej produkcji, Żmijewski charakterystycznie wciągał smarki (tak nazywam ten odgłos, który wydaje wciągając powietrze), tak, że nie wiedziałam, czy jest lekarzem z Leśnej Góry, ojcem Mateuszem, czy ojcem bliźniaczek rozdzielonych i zamienionych po porodzie.. Do tego nie zrozumiała dla mnie scena oglądania swoich cycków i klejenia się do siebie odnalezionych po latach siostrzyczek. Ale słynę z tego, że nie potrafię dostrzegać setnego dna w kwestiach, które często nie mają nawet drugiego - a powiedzenie tego głośno czyni ze mnie hejtera i powinnam umrzeć (tak, znowu obraziłam kogoś w blogosferze mając i pisząc odmienne zdanie od zdania autora notki).

A na dobry koniec miesiąca zaliczyłam plenerowy pokaz Letniego Projektora - Lśnienie, ale o tym już wcześniej wspominałam :) Oczywiście, jeśli ktoś jeszcze nie widział tego filmu, to gorąco polecam!

Ale największą rozrywką w tym miesiącu był dla mnie koncert Florence + The Machine w ramach CLMF - klasa! Pisałam o nim szerzej w tym poście. Wiecie, że po prawie miesiącu od koncertu wciąż jeszcze znajduję brokat na ciuchach i w mojej biegowej saszetce? :D

http://www.tshirtsubway.com/

środa, 31 lipca 2013

Rozrywka w lipcu


W lipcu rozbestwiłam się nieco filmowo. Zestawienie otwiera Imagine obejrzany w ramach Letniego Taniego Kinobrania w Kinie Pod Baranami, które tanie niedługo będzie tylko z nazwy.. Pamiętam te piękne czasy, gdy wszystkie filmy były po 5zł - dziś są po 7zł, a jeśli dystrybutor sobie zażyczył, to i za 10zł! Dokładając do tego publikę z manierami wyniesionymi prosto z multipleksów, robi nam się średnio opłacalny interes - oczywiście dla mojego portfela ;p Film był niezły, opowiada historię pewnego niewidomego człowieka, który przybywa do szkoły dla innych niewidomych i ma nauczać ich, jak radzić sobie w życiu. Szczególnym zainteresowaniem podopiecznych cieszy się jego przemieszczanie się bez użycia laski - bo już przełożony tak łaskawym okiem na to nie patrzy :)

Na drugi kinobraniowy film namówił mnie Mężczyzna. Amour okazał się być ciężkim tematem na sobotnie popołudnie. Poznajemy starsze małżeństwo, których spokojne życie naznacza choroba żony (z tego, co się zorientowałam w trakcie filmu, to udar spowodowany zwężeniem tętnicy szyjnej, z którego wychodzi z niedowładem połowiczym, o dziwo, nie rehabilitowanym!!! Potem ma drugi udar, siejący nieco większe spustoszenie, zaburzenia poznawcze, robi się ciężki klimat na sali). Ogrom poświęcenia, cierpliwości, tytułowej miłości między małżonkami i zakończenie, które z pewnością szokuje, sądząc po reakcji widowni. Gorąco polecam, nawet jeśli komuś z Was ma potem siedzieć na wątrobie przez tydzień - to film, który warto zobaczyć.

Następnego dnia po Miłości, ruszyliśmy z Mężczyzną, Olą i Alex w plener, by w otoczeniu drzew i komarów obejrzeć Źródło (tutaj tytuły kolejnych plenerowych pokazów). Kolejna walka o bliską osobę, a nawet więcej - o nieśmiertelność. Rany, czego w tym filmie nie było!? Jestem pod ogromnym wrażeniem wyobraźni Aronofsky'ego i tradycyjnie nie napiszę nic więcej, prócz: jeśli jeszcze nie miałeś/aś okazji - obejrzyj koniecznie.


Jeśli zaś chodzi o książki, to nie zaszalałam.. Jesienna sonata to pierwsza i jedyna pozycja, którą udało mi się przeczytać. Udało jest tu kluczowym słowem, strasznie męczyłam się z początkiem, toporna i jakaś niespójna narracja, na domiar złego na czytniku rozlazło mi się formatowanie i ni cholery nie wiedziałam, czy to co czytam to myśli Malin, trupa, czy psa. Potem idzie lepiej, pojawia się kolejny nieboszczyk i w końcu jakiś seks (czym byłaby skandynawska powieść kryminalna bez opisu rżnięcia?). Jak komuś się dłuży w podróży, to polecam, z nudów nie uśniecie :p

I na koniec kilka słów o.. żużlu. Tak, byłam na meczu żużlowym (proszę nie sprawdzać daty, dziś nie 1 kwietnia ;p) i co chyba jeszcze zabawniejsze, podobało mi się. W ostatnią niedzielę ruszyliśmy pociągiem (chryste!) do Tarnowa, by dopingować Jaskółki (UNIA Tarnów). Zaliczyłam szybkie piwo i przeszkolenie z zapisywania wyników. Siedzieliśmy na pierwszym łuku, więc miałam pod samym nosem każdorazową walkę zawodników o pozycję. I tonę kurzu/piachu/kiego granitu po którym śmigają zawodnicy, dosłownie wszędzie. Jeszcze po powrocie do domu smarkałam czarnymi glutami, a po kąpieli miałam mini-plażę na dnie wanny :) Ale i tak było super!

A, miałam jeszcze zhejtować Pana Fotografa - ja rozumiem lans, włos na ślinie, ciasne rurki, modne trampy i zniewieściały krok, ale na boga!, jak można robić zdjęcia w okularach przeciwsłonecznych!? Fotografik się znalazł.. :>


Jak u Was z czytaniem w lipcu? Równie kiepsko, czy macie dla mnie jakieś perełki na listę do przeczytania? :)

poniedziałek, 1 lipca 2013

Rozrywka w czerwcu

Lipcowe blogowanie otwiera wspomnienie czerwcowych przyjemności - książka i film - jedyne, co udało mi się przemycić między toną zaliczeń, egzaminów, przegranych walk o obronę i wycieczek do Skotnik. Te ostatnie znacząco przyczyniły się do podtopienia lodowca o nazwie książki do przeczytania i choć ubytek już uzupełniłam, to cieszę się, że cokolwiek się w tym temacie ruszyło. Już zaczynałam się o siebie martwić :)


Pierwszą z dokończonych w czerwcu książek była Przygoda z owcą Murakami'ego. Jestem ogromną fanką stoicyzmu i depresji buchających z książek tego autora. Tym razem smaku dodaje pokręcona do granic możliwości i zdrowego rozsądku fabuła. Jak zwykle, bohaterem jest człowiek, któremu właśnie skończyło się dotychczasowe życie, wynikiem przedziwnych okoliczności przeżywa niezłą przygodę (przyjmując ją bez krzty zdziwienia - gdybym ja musiała popierniczać przez pół kraju za nieistniejącą owcą, z pewnością nieco bym się buntowała ;p), po czym wraca w odmęty swej szarej egzystencji. Do tego wszystko pojmuje, zawsze zna powody zachowań innych, taki typowy dojrzały i pogodzony z życiem mędrzec (a nie ma jeszcze trzydziestki..). Jedyne, co mi zgrzytnęło w tej książce, to końcówka - gdy opuszcza górskie rejony i spotyka podwładnego Szefa, kierując go na imprezę. Przecież wiedział co to za impreza! Chwilowe zaćmienie, czy zemsta za zabawę jego życiem? :>

Druga pozycja to raczej przestroga. Dotychczas słyszałam wiele pozytywnych opinii o twórczości pani zwanej Alex Kava. Nie były to na tyle entuzjastyczne słowa, bym zapragnęła przeczytać cokolwiek spod jej pióra, ale gdy przypadkowo weszłam w posiadanie Cieni nocy - dzieła wspomnianej już Alex K. oraz jej przyjaciółek, E.Spindler i J.T.Ellison - postanowiłam głębić jej fenomen. Do lektury zabrałam się w drodze na drugi koniec miasta - godzina podróży w MPK w jedną stronę, godzina w drugą i nagle okazało się, że skończyłam książkę! Trochę mnie to zdziwiło, bo do samych napisów końcowych czekałam na rozwój akcji :D Idea tego dzieła opiera się na ściganiu tego samego seryjnego mordercy przez trzy w/w autorki - niewątpliwie plusem jest to, że nie zauważyłam kiedy zmieniał się narrator, nie było zgrzytu typu 'napiszę to w swoim stylu' (choć nie czytałam niczego z repertuaru tych pań, być może wszystkie piszą na jedno stylistyczne kopyto). Sama fabuła mogłaby być lepiej rozbudowana. Przez lepiej rozbudowana mam na myśli: jakkolwiek rozbudowana. Niech coś się dzieje! Kurcze, trup się sieje, a napisane to jest tak, jak dobre rady w kalendarzu ściennym mojej babci (takim z odrywanymi kartkami) - nuda. Tym samym wyleczyłam się z Alex K. na dłuuugi czas.

Zmęczyłam też (w końcu!) Plac dla dziewczynek Leny Oskarsson. Książkę przygarnęłam podczas ostatnich Targów Książki, skuszona promocją na stoisku Czarnej Owcy i pozytywnymi w tamtym czasie opiniami o niej. Dziś w recenzjach pojawiają się przede wszystkim domysły co do osoby autorki (a może jednak Polka?) i tłumacza (jakaś totalna świeżynka albo najgorszy pseudonim świata). Rozumiem, że na fali popularności szwedzkich kryminałów można wypromować dosłownie wszystko, ale jak już chce się kłamać, to można zrobić to lepiej. W trakcie lektury odnosi się dość mocne wrażenie, że autorka, nawet jeśli jest Szwedką, ma świetne rozeznanie w polskiej kulturze i postrzeganiu realiów tamtejszego życia przez nasze społeczeństwo. Tak jakby autorka pisała powieść pod polski rynek czytelniczy. Przypadek? Nie sądzę ;p
Niezależnie od tego kto książkę napisał, warto poświęcić dwie linijki na podsumowanie treści: było nieźle. Trup jest, więc pod kryminał się podciągnie. Miałam swój typ co do mordercy i się nie sprawdził, przyznam też, że końcówka jest niezłym hardcorem (choć ilość wulgarnych wątków przewijających się przez karty książki jest dość imponująca i szybko można się przyzwyczaić). Ponoć o prawa do sfilmowania tego dzieła szwedzkiej psycholożki (no, ja pierdolę..) biją się dwie wytwórnie (tja, a ja mam zamiar wydać historyjkę o wężowniku ;p), a sama autorka zapowiedziała kolejną powieść - Czarne tango. Jeśli to drugie się powiedzie, chętnie przeczytam.

Przeczytałam jeszcze Tektonikę uczuć Schmitta. Kilka dni zastanawiałam się, co o niej napisać, prócz tego, że była rewelacyjna i bardzo ją Wam polecam. Chyba tylko tyle, że już ostrzę pazury na kolejne książki tego autora :)


Pulę obejrzanych dzieł otwiera The Great Gatsby. Na wstępie przyznaję, że nie widziałam wersji z 1974 roku, z Redfordem i Farrow - w lipcu nadrobię ;p - także moje średnie zachwyty nie są podyktowane hejtowaniem wszystkiego, co już było, a teraz jest odświeżane dla kasy. Choć Dirty Dancing do dnia dzisiejszego przeżyć nie mogę.. No, ale Gatsby! Już wiecie, że mnie nie porwał. Leonardo super-hiper solaryczny, nigdy nie byłam jego fanką, ale ta rola poszła mu nieźle - rzeczywiście, w jego uśmiechu było coś dodającego otuchy i pewności siebie, ale już spojrzenie, którym obdarzał niewiasty jakoś nie było spełnieniem moich marzeń :) Spełnieniem moich marzeń mogłaby być impreza w jego domu (Gatsby'ego, ofc), jak to podsumował Mężczyzna - gruba impreza. Właściwie to tylko scena, gdy Nick pojawia się na swojej pierwszej potańcówce u dużego G, scena potrącenia kochanki Toma i ta, której tłem była piosenka Lany Del Rey, wzbudziły szybsze bicie mego serca (plus strzał oddany do Leo - aż podskoczyłam w fotelu :D). To trochę za mało, by film mnie zachwycił, ot, przyjemny obraz.

Więcej wrażeń oczekiwałam od Poradnika pozytywnego myślenia. O książce krótko wspominałam w poprzednim czytelniczym wpisie - narracja irytująca, fabuła wciągająca. Czyli dobry materiał na film. Niestety, okazało się, że to co opisane w książce, a to co na ekranie, to dwie inne historie. Siedziałam i cały film komentowałam, że to przecież nie tak było (rozumiem, że film często pomija mniej ciekawe wątki, nagina nieco fakty, ale tutaj scenarzysta mocno się zagalopował). To, i pierwsze oznaki infekcji która mną miotała przez kolejne dni, nieco rozpraszały mój odbiór filmu. Czy polecam? Jeśli ktoś nie czytał książki - proszę bardzo, film jest niezły. Osoby po lekturze, podobnie jak ja, będą psioczyć przez 2h ;p

Liczę, że lipiec okaże się dla mnie łaskawszy - przede wszystkim zdrowszy i spokojniejszy. Niech choć 1/3 z moich planów się spełni, a będzie naprawdę dobrze :) 

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Radujący się mózg mój #2

Dla Pauli, która jako jedyna przyznaje się do mnie na LubimyCzytać ta notka nie będzie szczególnie odkrywcza, jednak całą resztę zainteresowanych zapraszam na podsumowanie tych trzech pozycji, które zwalczyłam przez ostatnie miesiące (boże, niedługo będę statystycznym Polakiem..)

Zestawienie ostatnio przeczytanych książek rozpoczyna Chuć, czyli normalne rozmowy o perwersyjnym seksie. Wanat i Depko urządzili sobie miłą pogawędkę przeplataną listami od słuchaczy (rozumiem, że była kiedyś analogiczna audycja radiowa) i wywiadami z żywymi przykładami, że parafilie istnieją i nie zawsze są chorobą psychiczną :) Po zajęciach z psychiatrii, a wcześniej z psychologii zawartość książki nie była dla mnie jakimś odkryciem, niektóre fragmenty wręcz mnie nudziły, ale mam świadomość (i potwierdzenie w zachwytach nad szarymi igraszkami z pejczem), że dużo osób nie ma zielonego pojęcia o parafiliach, a wszystko co nieznane, odruchowo traktujemy jako zagrażające. Dlatego polecam poświęcić jakiś weekend na perwersyjną lekturę, a nuż spojrzycie łaskawszym okiem na kolejnego spotkanego w tramwaju froterystę ;p

Poradnik pozytywnego myślenia. Pomimo dość irytującego mnie sposobu narracji, książka ta wciąga. Fabuły przytaczać chyba nie muszę - większość pewnie widziała film, a jak nie, to trailer. Jeśli jednak jest ktoś, kto jeszcze nie widział, polecam zacząć od książki - niewiele jest takich lektur, przez które przegapiłam przystanek, czy spóźniłam się na spotkanie. A ekranizacje mają to do siebie, że przeważnie rujnują magię słowa pisanego...


No i pozycja, którą męczyłam najdłużej - Stephen King 4 po północy. Jest to zbiór czterech opowiadań, w których mistrz grozy zagina rzeczywistość, wplatając jakieś dzikie akcje. Pierwsze, Langoliery (moje ulubione z tego zbioru), wraz z załogą i pasażerami, wysyła nas na lot przez rozdarcie czasowe, do miejsca pozornie normalnego, ale w którym owy czas już się skończył. Tytułowe langoliery w żarłoczny sposób pozbywają się światów, gdzie zegary stoją w miejscu, robiąc miejsce kolejnym, jeszcze nie uposażonym w czas (wiem jak to brzmi i przepraszam za spoiler ;p). Opowiadanie doczekało się ekranizacji, którą mam zamiar zobaczyć w lipcu (magiczny czas po skończeniu studiów..) głównie z uwagi na postać kapitana Briana, która ujęła mnie mocniej, niż cała dotychczasowa twórczość Kinga razem wzięta ^^
Drugie opowiadanie, Tajemnicze okno, tajemniczy ogród, było pretekstem, pod jakim Ciocia pożyczyła mi całą książkę i film na DVD powstały na jego podstawie (Secret Window). Film chyba kiedyś widziałam, bo fabuła nie była mi obca - pisarz ze schizofrenią, wymyślający sobie prześladowcę z południowym akcentem, oskarżającego go o plagiat opowiadania.. pewnie już coś Wam świta. Film - w lipcu :)
Policjant Biblioteczny - chyba najsłabsze ogniwo książki (i przyczynek męczenia jej przez 2 miesiące..). Jedyny wątek, który mnie ubawił to wspomnienie alkoholika Dave'a o tym, jak hasał za Ardelią (ta zła postać) w polu kukurydzy :D I jak go potem w tym polu zerżnę...wykorzystała seksualnie i nawet kieca jej się nie pomięła! Ryczałam jak bóbr.
Z tego opowiadania warto też przytoczyć cytowanie słowa Ralph'a Waldo Emerson'a: Jeśli chcesz wiedzieć, jak mężczyzna traktuje swoją żonę i dzieci, sprawdź, jak obchodzi się ze swymi książkami. Od teraz możecie testować swych wybranków serca ;p
Ostatnie opowiadanie to Polaroidowy Pies. Też bez szału. Kevin dostaje na urodziny aparat fotograficzny, który zamiast zgrabnej fotki rodziny z tortem, wypluwa zdjęcie psa. Pies owy chce się z aparatu wydostać, omamiając swojego aktualnego właściciela (bo on się zmienia), by ten cykał kolejne zdjęcia. Kończąc dzisiejszego ranka to opowiadanie miałam w głowie jedno zdanie podsumowania: co za bezsens.

A co Wam wpadło w czytelnicze sidła ostatnimi czasy? Nie narzekam na brak lektur, ale gdy przyjdzie lipiec i bezrobocie ;p moja kupka książek do przeczytania szybko stopnieje, więc liczę na Was! :)

sobota, 20 kwietnia 2013

Kindle vs papierowe wydanie

Wraz z pojawieniem się czytników dokonał się podział osób pochłaniających książki na papierowych ortodoksów i tych, którzy poza wersją elektroniczną świata nie widzą. Sama z automatu przydzieliłam się do tej pierwszej grupy. Dziś, po kilkunastu tygodniach użytkowania Kindle, postanowiłam zweryfikować swoje stanowisko :)


Jakiś czas temu wrzuciłam ankietę odnośnie Waszych preferencji - okazało się, że chętne do podzielenia się ze mną swoim głosem były dwie osoby (serdecznie Wam dziękuję!) i na tej podstawie nie jestem w stanie wysunąć żadnych sensownych wniosków :D


Weszłam w posiadanie Kindle dzięki uprzejmości Mężczyzny, który stwierdził, że zakup tego urządzenia sprawi, że zacznie czytać więcej książek, co nie do końca dało zadowalające go wyniki :) Postanowił więc mi go pożyczyć, a nuż się przekonam.

Ciężar książki/czytnika

Krążyłam chwilkę po pokoju w poszukiwaniu książki o podobnym do kundelka ciężarze. Po kilku próbach udało się. Na zdjęciu poniżej widać, że jest to książka o kieszonkowych wymiarach, zbliżonych do wymiarów samego czytnika, klejona, na papierze ekologicznym typu toaletowego (czasem papier z recyklingu jest nieco przyżółkły, ale przyzwoity, natomiast ten śmierdzi..). Takich dzieł na moich półkach ze świecą szukać - więcej mam powieści objętościowo zbliżonych do trylogii Larssona, a więc i dużo cięższych, których nie mogłabym dźwigać ze sobą po całym mieście (nie zapominajmy, co noszę w torbie na co dzień!)


Komfort czytania

Siedzisz na plaży, Twoje ciało skwierczy równomiernie, a wszechogarniająca nuda popycha do lektury książki/czasopisma. I kicha - słońce odbija się od śnieżnobiałych stron. Z czytnikiem na plaży jeszcze nie byłam, ale na przystanku oczekując na przesiadkę, już tak. Strony są nieco szarawe, więc nie ma problemu z czytaniem.
Natomiast czytanie po zmroku (pod kołdrą z latarką) w moim przypadku zostało niezmienne, choć najnowszy Kindle Paperwhite ma już podświetlany ekran, więc jest nadzieja ;)

Zapach!

Dla mnie to podstawa! Wącham wszystko, a już książki i gazety szczególnie, po kilka razy. To jest mój główny problem z czytnikiem - nigdy nie będą prawdziwą, pachnącą książką, nigdy. Na początku ten deficyt maskował zapach nowego etui, ale już nic nie czuć :(
Niedawno Kominek wypalił, że papierowe książki nie pachną. Zalecił eksperyment, dokładnie opisując co mamy zrobić, by nie poczuć nic i przyznać mu rację. Hmm, albo Kominek ma uszkodzone pola węchowe, albo tak zafiksował się na punkcie ebooków, że będzie wmawiał nam wszystko. Sorry, ja czuję zapach książki z odległości 30cm (ale pewnie dlatego, bo nie jestem człowiekiem ;p).


Biblioteczka

Nie wiem, czy też tak macie, ale uwielbiam węszyć ludziom po książkach. Podpatrywać jak je układają na półkach, co czytają, czy zostawiają swój ślad na książkach itd. To dużo mówi o właścicielu. Nie odważyłabym się wziąć czyjegoś Kindle i przejrzeć, co ma w środku, więc jeśli za kilkanaście, kilkadziesiąt lat wszyscy będziemy dziećmi e-książek, to się pochlastam ;p

Czyta książkę na kalkulatorze, debil jeden

Moim największym oporem i wymówką było korzystanie z Kindle w środkach komunikacji miejskiej, czy innych miejscach publicznych, gdzie dość łatwo jest taki czytnik ukraść lub zaczaić się w ciemnej uliczce i pod groźbą oskalpowania tudzież gwałtu zażądać go od prawowitego właściciela. Tymczasem spotykam się raczej z czytaniem przez ramię, kilka razy też przysiadł się do mnie ktoś inny z czytnikiem, raz pewna pani czytała jedną stronę swojej książki przez pół godziny, zezując na moją porywającą lekturę o parafiliach. 


Jak widzicie, w wielu kwestiach przyznaję czytnikom wyższość nad papierową książką. Z pewnością sprawdzają się w podróży, gdy chcemy zabrać ze sobą kilka pozycji, w codziennej bieganinie, gdy nie chcemy rujnować sobie kręgosłupa nadmiernymi ciężarami i mam nadzieję w przyszłości, gdy ceny ebooków nieco stopnieją (dziś są tańsze o ok. 10zł od wersji papierowej..co za interes?), otworzą się czytelnicze bramy dla osób, które wchodząc do księgarni muszą się ograniczać lub obejść smakiem, by było za co ugotować dziecku obiad. Jednak żaden czytnik, ebook nie zastąpi mi magii obcowania z drukowanym słowem, teksturą papieru, narkotycznym zapachem i szelestem przewracanej naprędce strony, gdzie czai się ciąg dalszy filmu wyświetlanego w mojej wyobraźni. 
No i jak na wersji elektronicznej zdobyć autograf autora książki? :)

P.S. Od niedawna mam konto na Lubimy Czytać, gdzie można podglądać, co ostatnio przeczytałam, co czytam (ostatnio głównie niemieckie teksty o lekach ;p), co bym przeczytała, a nie posiadam w swoich przepastnych zbiorach. I można dodać mnie do znajomych - obiecuję splądrować Wasze półki :D

piątek, 29 marca 2013

Radujący się mózg mój

Paradoksalnie, w tym totalnym młynie, jaki zawładnął moim życiem przez ostatnie tygodnie, miałam w końcu czas na czytanie. Jadąc na praktyki, wracając z praktyk, jadąc robić badania, wracając i nagle okazywało się, że czytam 2-3h dziennie. Dzięki temu przebrnęłam przez pewną ciężkostrawną powieść i kilka raczej przyjemnych, o których napiszę dziś parę słów.


Coś niebieskiego Emily Giffin nieco mnie rozczarowała.
Na kolejnych stronach śledzimy historię Darcy, laski o nienagannej aparycji i osobowości płytkiej, aż w oczy kole. Zdradziła swojego faceta z jego kumplem ze szkoły, po czym przez 3/4 książki ma pretensje, że on zdradził ją z jej przyjaciółką.. Fuck logic. Postanawia zrobić sobie dziecko z kochankiem, którego przerasta bogata osobowość głównej bohaterki i ucieka. Dopiero w Anglii, pod czujnym okiem swojego dawnego przyjaciela zaczyna dorastać i ogarnia się nieco przed narodzinami bliźniaków. Jest to tak naiwne, że ciężko mi uwierzyć, że wydawca to puścił :)
Podczas lektury miałam przed oczami koleżankę ze studiów - klasyczny przypadek zapatrzonej w siebie ignorantki i zastanawiałam się, co by było konieczne, by wyzwolić w niej potrzebę zmiany, ale nawet trojaczki rodzone bez znieczulenia nie dałyby rady w tym przypadku ;p
Obiecuję sobie już więcej nie sięgać po Emily Giffin - dwie kiepskie książki kontra jedna średnich lotów.. szkoda czasu.


Dallas '63. Panie King, co to ma być, do licha ciężkiego!? Ostatnią książką, która tak mnie zmęczyła była Historia masażu w zarysie. Teraz już wiem, że im grubszą powieść spłodził King, tym pewniej powinnam w ogóle jej nie ruszać.
Dallas '63 to opowieść o pewnym nauczycielu imieniem Jake, któremu pewnego dnia jego przyjaciel zdradza tajemnicę sukcesu swoich hamburgerów (wiem, pokrętnie to tłumaczę, ale to prawda ;p) - tajemne przejście, pozwalające cofnąć się w czasie. Za każdym razem, gdy bohater włazi do nory, ma szansę zmienić coś w dziejach ludzkości, jednak wracając do teraźniejszości, jego dokonania kasują się - tak przynajmniej mu się wydaje. Przyjaciel, Al, na łożu śmierci prosi go o jedną małą interwencję..powstrzymanie zamachu na Johna F. Kennedy'ego. Lol. Ponieważ włażąc do nory Jake ląduje zawsze w 1958r, musi sobie jakoś czas oczekiwania na zamach zapełnić, ale nie opowiem wszystkiego, może ktoś jednak zechce przeczytać Dallas '63.
Po paru tygodniach namysłu doszłam do wniosku, że moje początkowe wkurzenie na autora i zniechęcenie do książki wynika z rozczarowania - to, co napisał King znacznie odbiega od tego, co poznaliśmy, czytając jego poprzednie dzieła. Nie tego się spodziewałam, wynudziłam się okrutnie, ale jak zobaczycie niżej, obrazy stanu nie ma :)


Wszystkie boże dzieci tańczą to zbiór sześciu opowiadań, których jedynym łącznikiem jest trzęsienie ziemi w Kobe. Każde kolejne lepsze od poprzedniego. Moje ulubione to Tajlandia i Pan Żaba ratuje Tokio. I, o ile to pierwsze ujęło mnie swoim klimatem, tak drugie rozwaliło Panem Żabą :D To jest taki hardcore, że podczas lektury śmiałam się do siebie jak obłąkana, a że wspominałam na początku, że czytam w środkach komunikacji wiejskiej, to dziwie się, że jeszcze nikt mnie nie pozdrowił na Spotted: MPK Kraków ^^
Historię o Panu Żabie będę czytać swoim dzieciom, jak nic ;p
Tymczasem moje zauroczenie panem Murakami nieustannie przybiera na sile. W najbliższej przyszłości czeka na mnie Przygoda z owcą i trylogia 1Q84. Jeśli też chcecie dać się pochłonąć, polecam zacząć od Norwegian Wood, najlepiej w zimny, deszczowy dzień, na szarych kartach czytnika - tak dla wtopienia się w klimat.


Spowiedź heretyka. Sacrum profanum, czyli Nergal na tapecie.
Historia moich podchodów do tej książki jest długa - zaczęło się od świadomości, że takowa istnieje. Później w ręce wpadł mi jakiś zabłąkany w mym mieszkaniu egzemplarz Gali, czy innego zabijacza czasu spod gabinetu lekarskiego, z Darskim na okładce i wywiadem w środku.Przeczytałam z ciekawości. Uderzyła mnie jedna rzecz - czytając pisemko pokroju Gali spodziewasz się błahych pytań i równie porywających odpowiedzi. Tu na głupie pytania Nergal udzielał inteligentnych odpowiedzi.. i tym chyba zwrócił na siebie moją uwagę. Coś tam wspominali o książce, ale nie zgłębiałam tematu. Kilka tygodni później toczyłam wewnętrzny bój - Zafon, czy Nergal? W Empiku była promocja, 1+1 - biorąc jedną książkę drugą brało się za pół ceny (albo za darmo, nie pamiętam). Chwyciłam brakujący w mej kolekcji 3 tom 1Q84 i nie mogłam dobrać drugiej książki. Po 30 minutach miotania się między półkami, Mężczyzna wsadził mi w ręce Zafona i Spowiedź.. znów zniknęła z horyzontu. Jednak przyszedł taki dzień, a po Dallas '63 tych dni było wiele, gdy chciałam zasmakować czegoś stymulującego mózg i przypomniałam sobie o pewnym wywiadzie z Gali :)
Spowiedź.. ma formę wywiadu. Pytanie, odpowiedź, dwa zdjęcia, pytanie, odpowiedź itd. Czyta się szybko, choć na Kindlu odczytywanie podpisów zdjęć wiązało się z każdorazowym powiększaniem strony, więc odpuściłam i przelatywałam dalej. Tematyka obraca się wokół wiary, muzyki, historii zespołu, związków Nergala, w tym oczywiście związku z Dodą oraz choroby. Mogłoby się więc wydawać, że jeśli osoba Adama Darskiego jest nam obca, to nie ma sensu sięgać po ten wywiad, ale dla jego kilku złotych myśli, czy generalnie, myślenia, naprawdę warto. Bo jak nie ma erekcji w mózgu, to na dole też nie będzie.


Wielki Marsz Richarda Bachmana, a właściwie Stephena Kinga to moja osobista próba ratunku wizerunku króla horrorów. Na szczęście udana :) W Wielkim Marszu bierze udział setka młodych mężczyzn, idąc do upadłego, dosłownie. Mają narzuconą trasę, narzucone tempo i karę za łamanie regulaminu. Marsz kończy się tam, gdzie pada przedostatni uczestnik.. Nic więcej Wam nie zdradzę, przeczytajcie sami!

niedziela, 17 lutego 2013

Carlos Ruiz Zafón - Więzień nieba

Na początek krótka nota odnośnie zmian na blogu - są w trakcie - jak zwykle po kilku godzinach wybrzydzania, przesuwania obrazków z lewej na środek, ze środka na lewo odechciało mi się wszystkiego i na razie jest, jak jest. Generalne założenie zmian jest takie: narobił się syf, trzeba uderzyć w minimalizm. Do jutra myślę skończyć bijatykę, choć wszyscy wiemy, jak to jest z moimi planami - lubią być zmieniane przez otoczenie..
Pragnę także podziękować tym 10 szaleńcom, którzy postanowili mnie obserwować - bardzo to miłe, podobnie jak pierwszy tysiaczek wyświetleń :)
Jednak do rzeczy..


Lubię Zafóna od pierwszej przeczytanej jego książki (tu gorące podziękowania dla Kolebki za inicjację ;p). Facet ma dar lekkiego, niewymagającego pióra, które jednocześnie wciąga niczym mordowanie ludzkości w Pandemic 2 (podczas sesji przestaliśmy istnieć tylko 4 razy ;p). Dziś kilka słów (bo nawet nie zdań) o Więźniu nieba - kolejna z książek czytana na przestrzeni wielu miesięcy, choć śmiem twierdzić, że mając do dyspozycji dzień dla siebie, łyknęłabym na raz.


Więzień nieba to trzecia książka z cyklu Cmentarz zapomnianych książek - ponoć można je czytać niezależnie, ale wydaje mi się, że bez znajomości fabuły Cienia wiatru i Gry anioła miałabym nieco niekompletny obraz bohaterów, szczególnie Fermina, wokół którego kręci się akcja tej części :) A Fermin to taka postać, którą zajada się ze smakiem. To człowiek o najlepszym językowym flow, jakiego dotąd poznałam, aż szkoda, że to postać fikcyjna! 
Jak wspomniałam, książka dotyczy głównie Fermina, który postanawia ożenić się z ukochaną, niestety na drodze ku szczęściu staje jego przeszłość i o tej przeszłości właśnie jest książka (w sumie to jest też o przyjaźni, lojalności itp., itd.). Nie napiszę Wam wiele więcej - kto zna Zafóna, ten pewnie już czytał, kto nie - i tak powinien zacząć Cmentarz.. od początku :)


czwartek, 31 stycznia 2013

Emily Giffin - Siedem lat później

Pierwsze podejście do tej książki zaliczyłam końcem września, na tylnym siedzeniu samochodu mknącego do Pragi. Z uwagi na ciekawsze niż w książce dialogi uczestników wycieczki, lekturę porzuciłam i już do niej nie wróciłam. Albo raczej wróciłam, po 4 miesiącach :)


Siedem lat później to opowieść o zdradzie. Pisana jest z perspektywy dwóch kobiet - zdradzanej i będącej przyczyną zdrady. Tessa, kobieta zdradzana, w zgrabnej pierwszoosobowej narracji, nakreśla nam tło swojego związku, wszelkie rozterki, trudne decyzje, które podjęła w życiu i jak siedem lat po ślubie jej mąż, Nick, oddala się od niej. Z drugiej strony mamy opis (już narracja trzecioosobowa) wydarzeń z perspektywy Valerie, matki kilkuletniego chłopca, który ulega wypadkowi podczas kinderbalu i ląduje z poparzeniami na oddziale męża Tess.

Nie będę Wam streszczać całej książki, jak kogoś interesuje, to warto sięgnąć w mroźny wieczór dla zabicia kilku godzin. Czyta się lekko, Giffin nie sili się na górnolotny język, a ciągłe przeskoki z jednej bohaterki na drugą nakręcają akcje. Skupię się natomiast na charakterystycznym dla autorki rozkładaniu poruszanych tematów na czynniki pierwsze - strasznie mnie to irytuje. Opisy przeżyć bohaterek, gdzie jedna czuje, że coś jest nie tak, ach ta kobieca intuicja, druga znowu wie, że facet, do którego ją ciągnie jest żonaty i dzieciaty i że nie powinna, ale jednak nocami o nim fantazjuje. To znowu rozmyślania, czy zdradził, bo się zakochał, czy zdradził, bo już nie kocha żony, a może zdradził, bo ta druga była atrakcyjniejsza i najzwyczajniej w świecie nie zapanował nad instynktem. I na deser - przyznał się żonie, że spał z Valerie (jeden raz), ta go wywaliła z domu i dawaj, rozmyślania - przebaczyć, czy nie? Czy polazł do kochanki, czy żałuje, jak mówił? A co z dziećmi?
A z drugiego frontu nadaje Valerie, gdzieś na pograniczu chęci zapomnienia o Nicku, a nadziei, że do niej wróci i zostanie na zawsze. Ile się nawzdychałam przy tej książce! Więcej, niż przy dokazującym Mężczyźnie ;p


Jakby mi jeszcze było mało, rozsierdził mnie tekst o fizykoterapeutach. Ten poparzony dzieciak, jak na standardy postępowania przystało, objęty zostaje kompleksową opieką, co widać na obrazku powyżej. Fizykoterapeuci, terapeuci zajęciowi, którzy zajmują się rehabilitacją ruchową..oj, ktoś tu się nie przygotował do pisania. Terapeuci zajęciowi zajmują się raczej wdrożeniem pacjenta do wykonywania codziennych zajęć, radzenia sobie we własnym domu, rozwijania hobby itd. To nieoceniona pomoc dla wyplutych przez szpital pacjentów, którzy w wyniku różnych schorzeń nie są wstanie sami o siebie dbać i ktoś ich musi tego nauczyć. Terapia zajęciowa jest jedną z działek fizjoterapii (czyli tego, co studiuje), choć uważam, że gdybym chciała się teraz nią zająć, potrzebowałabym małego doszkolenia (miałam niewiele praktyki w tym zakresie). Podobnie, jedną z działek fizjoterapii jest fizykoterapia (wykorzystywanie bodźców fizykalnych w leczeniu), czyli lasery, sollux, ultradźwięki, krioterapia, pole magnetyczne dobre na wszystko itp. Każdy po skończeniu fizjoterapii wie, jak takie zabiegi przeprowadzać, śmiem twierdzić, że po skończeniu fizjo na mej Alma Mater nawet dekapitacja nie jest w stanie pozbawić nas tych umiejętności ;p Ale poza przepuszczaniem prądu przez ciało pacjenta, szkolono mnie także w pozostałych gałęziach fizjoterapii - kinezyterapii i masażu oraz całej masie technik specjalnych. Więc nie jestem fizykoterapeutą, chyba nikt nie jest. Podobnie jak pielęgniarka, która w danym momencie zakłada pacjentowi cewnik - nie jest cewnikową, dalej jest pielęgniarką. Fizykoterapia i fizjoterapia są namiętnie mylone przez pacjentów, ba, nawet przez moich wykładowców (co akurat mnie zatrważa..), używa się ich jako synonimów. O ile pacjentom należy to wybaczyć (bo skąd mają to wiedzieć?) i wyjaśnić różnicę, tak zabierając się za nauczanie, czy pisanie książki, wypadałoby zweryfikować swoją wiedzę :)

Trochę zboczyłam z tematu ;p Wracając więc do książki, jako lektura weekendowa, wakacyjna, tramwajowa sprawdzi się idealnie, może też służyć jako znak ostrzegawczy dla facetów - przeczytaj i zobacz, jak wielu osobom namącisz w życiu kierując się zachciankami nie tej głowy, co potrzeba :)

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Odkrycie roku.. nowego roku

Warto cieszyć się małymi rzeczami - dziś rano przywitało mnie 200 odsłon bloga! :D Mam świadomość, że połowę nabiła Ki próbując zostawić komentarz, ale i tak ta kolejna pęknięta setka sprawiła mi przyjemność. Senk ju!

Dryfując po niespokojnym oceanie Internetu odkryłam, że seria książek o Ani z Zielonego Wzgórza nie kończy się na ośmiu tomach, które posiadam! Co więcej, część pod tytułem Ania z Wyspy Księcia Edwarda miała premierę w czerwcu. Zeszłego roku. Pardon, miałam na myśli czerwiec 2011 xD Jak to się stało, że nic nie wiedziałam? Jakby tego szoku było mi mało, przed chwilą okazało się, że Kasia Tusk ma wehikuł czasu i publicznie się tym chwali! Nosz....


Wracając jednak to tematu, Pinokio dostał ochrzan za niedopilnowanie sprawy, lecz po chwili gniewu naszła mnie refleksja, poparta niemym "O" drewnianego ludka, iż ostatni raz, gdy dotykałam Ani był tak dawno temu, że nikt tego nie pamięta. Obiecałam sobie zatem, nim dokupię brakujący tom, przypomnieć sobie zawartość posiadanych - tym oto sposobem moja lista Książek do przeczytania sięgnęła sufitu -.-