Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FAP. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą FAP. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 października 2015

FAP - Filozofia i Atrakcje Pracy: Żyj i daj żyć innym

Niewątpliwie główną atrakcją mej pracy są kuracjusze - nie ma dnia bez wyzwisk, awantur, kłamstw i spóźnień. Przychodzi jednak taki czas, w którym mocniej odwala samym pracownikom. I taki właśnie wesolutki tydzień nam nastał!


Motywacji do pracy brak. Głodowa pensja, odsuwany w nieskończoność urlop, dziwne godziny pracy, środowisko pracy, które wcale, ale to absolutnie, na pewno nie jest szkodliwe, wszak siarkowodór taki zdrowy oraz zastępy pacjentów, którzy podnoszą ciśnienie lepiej, niż sama borowina. Mnie ten brak motywacji absolutnie nie dziwi. Każdy ma czasem taki dzień, że robi wszystko na odwal się. I, o ile jeszcze mogę zrozumieć pacjenta, który pisze na mnie skargę, iż podwieszałam go w UGULu bez uśmiechu na twarzy, tak nie pojmuję, jak coś takiego może wysmarować mój kolega/koleżanka z pracy..

Widzę, że wielu pracowników nagle odkopało w sobie pokłady donosicielstwa. Gdy mnie czyjaś praca lub niedoróbki wkurzają, to zwracam mu uwagę - ej, k*#^a, racz nie zostawiać mi na drugi dzień pustego młynka borowinowego!, a nie zapierdalam w podskokach niby do kibla, a tak naprawdę do kierowniczki, by poskarżyć się. Nawet nie dlatego, by komuś nie robić problemów - zwyczajnie uważam, że mam bliżej do współpracownika, niż kierownictwa, a i mnie samej też zdarza się popełniać błędy (tak, po 2 latach pracy wciąż się uczę) i będąc w odwrotnej sytuacji wolałabym być upomniana i douczona przez kolegów.

Mam to szczęście, że pracuję, i na salach gimnastycznych, i na działach balneologicznych. Znam, i siedzenie za biurkiem i wyręczanie się młodszymi, i babranie w borowinie po łokcie. Z przykrością stwierdzam, iż ta pierwsza grupa ma wyjątkowo wysokie mniemanie o sobie (a większość ma niższe wykształcenie ode mnie i zakończyło swe ustawiczne kształcenie jeszcze przed trzydziestką..), połączone z delikatną pogardą personelem na brudnych działach. Co ciekawe, nagle zaczęli dogryzać sami sobie i nagle zrobił się taki zamęt, że każdy wypomina innym wszystko, co zrobili źle, skarży potajemnie i oczywiście rzuca fochem. Kabaret swoszowicki.

Zaczęło się od hydro-jeta. Jak widzicie na załączonym obrazku, recepcja wymigała się od obsługiwania tegoż zabiegu, zrzucając na nas kolejny obowiązek. Choć właściwie obowiązek ten spoczywa głównie na nas, a dokładniej na osobie pracującej na fasonach siarczkowych. Jednak, gdy osoba ta o 16, po 9h pracy zawija się i idzie do domu (czyt. pracować dalej), pałeczkę przejmowały dziewczyny z recepcji. Uznały jednak, że mają za dużo roboty i wciśnięcie raz na pół godziny przycisku START stanowi za duże obciążenie, ba, to jest zabieg, więc powinni go obsługiwać zabiegowcy (to chyba jedyny argument, który mógłby do mnie ewentualnie przemówić). Problem pojawił się wtedy, gdy okazało się, że zabiegowcy kończą pracę o 19, a hydro-jety rozpisane są jeszcze po tej godzinie :) I że prawdopodobnie nikt nie będzie skory płacić mi za siedzenie w sobotę i niedzielę po 12h, włączając (w porywach!) co pół godziny jeden guziczek.

Następnie afera ruszyła w stronę ultradźwięków. Ktoś wspaniałomyślnie chciał zrobić pacjentowi dobrze i pieścił głowicą przez 9 minut. Z mocą taką, że znając przebieg urządzenia, dziw, że nie wybuchło :D Ponieważ NFZ narzuca pewne limity finansowe, toteż czasy zabiegów są maksymalnie poskracane i, aby to wszystko ogarnąć, kolega porobił ściągi. Leży sobie taka karteczka obok aparatu, więc nawet jak nie wiesz z której strony dupa, to możesz skorzystać z pomocy. Mimo to kogoś poniosło, pacjent zapamiętał, że pieszczoty trwają 9 min, to się przy innym zabiegowcu po przepisowych 5-ciu zbuntował. I weź wytłumacz, że masz kolegę niemotę :>

Ruszyły wzajemne oskarżenia (mnie też się dostało, a ostatni raz na fizykoterapii w godzinach popołudniowych byłam ponad pół roku temu ;p), pouczenia, obgadywanie i rzucanie mięsem, by okazało się, że rozpieścił pacjenta ten, kto najgłośniej krzyczał.

W tym samym pomieszczeniu, gdzie są ultradźwięki, jest też lampa sollux. Zainteresowanie jednym i drugim zabiegiem jest tak duże, że kabinka właściwie cały czas jest pełna. Ktoś zaradny wpadł na pomysł, by jeśli kolejka się mocno wydłuża, nieco usprawnić pracę i wyjechać ze stojakiem z UD do kabinki z laserem (dużo mniejsze zainteresowanie) i trzepać oba zabiegi jednocześnie. Szło świetnie, aż jedna z pań pracownic nie doniosła - teraz tak robić nie można, bo, a nuż stojak się wywróci i aparat zniszczy i będziemy musieli sami go odkupić :D

Jak już starsi donoszą na młodszych, to młodsi kablują, że ci starsi za wcześnie do domu wychodzą. Dojazd do Swoszo jest trudny, ja mam blisko, jak nic nie jedzie przez godzinę, to idę piechotą, ale mam świadomość, że nie każdemu się chce, a drugi etat tego samego dnia sam się nie zrobi. Jeśli komuś mogę pomóc tym, że przejmę jego zmianę te 10 min wcześniej, a on wyjdzie te 5 min wcześniej z pracy, to wchodzę w to. Tylko trzeba uważać, bo jak jakiś zawistny kolega podpatrzy, to oboje będziecie mieć przesrane.

A już dogłębnie przesrane ma planowanie. Bo lekarz powiedział A, przez telefon zabrzmiało jak B, a gdy interesant pacjent podszedł po owoc tego równania, wyszło im C. Dawno nie widziałam tak wkurwionego pana doktora, chyba już nawet jego opuszcza duch wszelkiej walki o rozwój i uczynienie tej placówki godnej polecenia. 

Kiedyś pisałam, że właściwie już tylko personel (i świadomość, że urząd skarbowy czuwa) trzyma mnie w tym miejscu pracy. Chyba czas ponownie przemyśleć karierę - może jeszcze w jakimś korpo mnie przyjmą?

N.

sobota, 22 listopada 2014

FAP - Filozofia i Atrakcje Pracy: Ciemno już..

..zgasły wszystkie światła!


W zeszłym tygodniu dwukrotnie zapadły u nas egipskie ciemności. Sytuacja ta związana była z jakimiś pracami i uzdrowisko zostało powiadomione o planowanym czasie trwania tych niedogodności. Jako dobre uzdrowisko, postanowiło niezwłocznie poinformować o tym także personel i kuracjuszy, plakatując niemal każdy skrawek ściany, drzwi, podłogi i serwetki, gęściej niż niejedno ugrupowanie plakatowało miasto przed wyborami. Wydaje mi się, że nawet srajtaśma miała ten subtelny grawer..

Jak to zwykle bywa, wszyscy wszystko wiedzą, ale gdy gaśnie światło - oj, armagedon!

Przy pierwszym wyłączeniu prądu nie było mnie w pracy, ale z opowieści koleżanek wiem, że było ciężko - ciężko tłumaczyć dlaczego nie da się nalać siarki do wanny, gdy nie ma prądu (tzn. tłumaczyć to jeszcze - bo pompy nie działają, natomiast przekonać pacjenta że bez tej pompy nie zadziała.. nope), ciężko ogarnąć ryjące się elementy, które nie pójdą przełożyć zabiegu na inny dzień, gdyż ponieważ z powodu dlatego, że nie. I jeszcze ciężej się robi, gdy dwie godziny później pompa po prostu umiera i znów siarka się nie leje :D

To środa, jak wspomniałam, ominęły mnie te atrakcje. Piątkowa przerwa w dostawie prądu wypadała centralnie na mojej zmianie. Piastowałam właśnie tron Pierwszej Prądowej, więc nie spodziewałam się jakiś problemów z pacjentami nie ogarniającymi, że nie da się zrobić prądów, bo nie ma prądu.

Ha, ha!

Jednak od początku - prądu mieli nas pozbawić o 15. Ponieważ we środę mieli lekki poślizg, więc nikt nie spodziewał się, że akurat równo o 15 nastaną ciemności. Nastały jakieś 40 min później. Całe uzdrowisko, prócz masażystów, którym prąd akurat do niczego nie potrzebny (;p), odetchnęło z ulgą i wydało z siebie jęk zachwytu, nie no, jasne, zawodu ;p Dopóki nie zrobiło się ciemno na zewnątrz, siedziałam w oknie i czytałam książkę. Potem zdecydowałam się na spacer.

Na borowinie pustki i nieliczni szczęśliwcy, którzy załapali się na ciepłe jeszcze okłady. Na recepcji pyskówka, bo pacjentka chce przełożyć zabieg, a pani w recepcji nie potrafi powiedzieć jej tu i teraz kiedy dokładnie się on odbędzie (dziewczyny odcięte od kompa i systemu niewiele mogły zrobić ponad zapisanie danych delikwentki i oddzwonienie do niej, gdy prąd już wróci - ale wiecie, jak tak można nie szanować ludzi!? ;p) Biuro usług to samo, tylko więcej stanowisk i więcej decybeli. Na fizykoterapii tłum ludzi - chcą czekać, niech czekają. Hydroterapia to już jakiś kosmos - cicho, ciemno i tylko latają głupie pytania klienteli.

- Jest ciemno, ale ja mogę mieć wirówkę w ciemnościach, mnie to nie przeszkadza.
- Ale wirówki nie działają.
- Dlaczego!?
- Yyyy (debil, czy se jaja robi?), ponieważ silnik wirówki, ten wprawiający wodę w ruch, zasilany jest z sieci.
- To nie możecie wymienić go na taki spalinowy?

- Hydro-Jet też nie działa?
- Nie, też jest na prąd.
- No, ale woda w środku jest, to tam jeszcze prąd przepływa w trakcie zabiegu?
- (debil, czy jaja?).. prąd tylko zasila.
- Aha.

- Magnetronik to moglibyście robić, przecież to pole magnetyczne, nie elektryczne!
Nie wdając się w szczegóły tłumaczymy, że te modele, które mamy da się uruchomić tylko przez panel dotykowy, a on jest zabezpieczony i bez prądu nie działa. O dziwo dali se spokój ;p

- Co mi tu pani mówi, przecież świeci się światło, to jak nie ma prądu!?
- To są światła awaryjne, zasilane przez generator..
- No, czyli prąd jest!

- To kiedy będzie prąd?
- Nie umiem powiedzieć (o ja, kryształowa kula!)
- To kto ma to wiedzieć!?
- (debil, czy jaja se robi?).. może elektrownia?

- I co, mam tu tak siedzieć i czekać?
- Może pani iść do pokoju, przyjdzie pani, jak włączą prąd.
- Skąd mam wiedzieć, kiedy włączą!?
- Gdy zapali się światło w pokoju.. 

Hit tego roku, powiadam Wam!
- Ile watów trzeba, by zrobić takie TENSy? 
- ???!?
- Bo jakby to było wystarczająco, ile produkuje ten generator od zasilania awaryjnego, to mogłaby pani podłączyć tam aparat i byłyby prądy!
- (nieee, ten to na pewno skończony debil..)
Po tym tekście ilekroć ktoś z personelu wchodził mi do gabinetu, chwytałam za elektrody od aparatu, wskakiwałam na leżankę i próbowałam podłączyć je do świetlówki, która zapala się awaryjnie :D 

Pacjentka, o której będzie osobny Kuracjusz Polski.. tylko czekam aż skończy zabiegi, bo pewnie jeszcze się uzbiera historii ;p
- Dzień dobry, ja na krio.
- Dzień dobry. Na razie nie ma prądu i..
- No wiem przecież, siarki też mi nie chcieli zrobić.. ale krio to krio.
- Nie działa bez prądu...
Dalej następuje tłumaczenie, dlaczego ciepły azot (;p) nie wydostanie się bez prądu z butli, jednak poskutkowało dopiero wskazanie wtyczki do kontaktu - pamiętajcie, po najmniejszej linii oporu.

W czasie deszczu dzieci się nudzą... a starszyzna w ciemnościach.
Pan kuracjusz chwycił za gitarę i głosem kościelnego zaczął umilać nam czas. Po 20 min miałam ochotę okaleczyć się. Repertuar był tak szeroki, że disco polo w Vox FM to przy tym śmietanka światowej muzyki! Ba, mimo nastania jasności, pan nie przestawał i gdy zaczął katować Mazurka Dąbrowskiego, miałam już ciężkiego agresora! Po tym pamiętnym piątku wróciłam tak skonana do domu, jakbym 12h ładowała węgiel łyżką do cargo.. 

Bo w ciemności budzą się demony. 

N.

wtorek, 29 lipca 2014

FAP - Filozofia i Atrakcje Pracy: Nie kcem, ale muszem

Wspominałam już przelotem o pacjentach, którzy czekają 1,5 roku na rehabilitację, ale tylko taką, w której będą biernymi uczestnikami. Że w sumie nie wiedzą po co się leczą (przecież to i tak nic nie da), ale NFZ dał, to biorą. Dziś trzy ciekawe przypadki osób, które zdecydowały się zapłacić za pewne zabiegi, choć otwarcie mówią, że właściwie to nie wiedzą po co..


Przypadek 1: pacjentka lat 60+, komercyjna, eskortowana przez syna, trafia do mnie na lampę Bionic. Wykupione ma dwa seanse - na rączki i kolanka. Pytam o lokalizację bólu i dowiaduję się, że panią właściwie nic nie boli, ale skoro już wykupili pobyt w uzdrowisku, to zabiegi też jakieś wzięli..

Przypadek 2: pacjentka nieco młodsza, sanatoryjna, za co NFZ płaci, a że pani we współpłaceniu uczestniczyć zapragnęła, to na promocji wykupiła serię kąpieli perełkowych z hydromasażem. Zaczepiła mnie po innym zabiegu pytaniem, czy wanny są czyste (ale tak naprawdę czyste!), bo ona boi się grzybicy, bo to się ciężko leczy i ona generalnie unika tego typu ekspozycji. No, ale rzucili zniżkę 25% to jak tu nie brać!? 

Przypadek 3: pacjent komercyjny, niewiele starszy ode mnie. Z bliżej nieokreślonego powodu zlecono mu prądy Kotza (używa się ich do stymulacji mięśni, często w ramach przeciwdziałaniu zanikom mięśniowym przy urazach, po operacjach, itp.). Domyślam się, że pan chciał sobie porzeźbić to i owo (kiedyś robiłam sobie kaloryfer na brzuchu w podobny sposób ;p), ale zmienianie okolicy ciała, na którą zabieg ma się odbyć średnio..codziennie, nie przyniosło chyba pożądanego efektu. Z resztą, pytany o ten oczekiwany efekt też nie bardzo potrafił go określić :)

Ja rozumiem, że cudze pieniądze można wydawać bezrefleksyjnie, ale inwestować niemałe kwoty w zabiegi, gdy nie widzi się potrzeby korzystania z nich? Albo to głupie, albo nasze społeczeństwo stało się tak obrzydliwie bogate, że bezcelowe szastanie hajsem jest jakimś nowym wyznacznikiem wysokiej pozycji w stadzie :p

Wasza uboga N.

piątek, 20 czerwca 2014

FAP - Filozofia i Atrakcje Pracy: O, ironio!

Dziś pacjentka tłumaczyła mi swoje półtoragodzinne spóźnienie na zabieg tymi oto słowami: Bo poszłyśmy coś zjeść w Krakowie i tak nam zeszło, jak wróciłyśmy, to była kolacja, to poszłyśmy, a potem zagadałyśmy się no, no i jestem. To do której kabinki mam iść?
Pomijając bezczelne założenie, że w ogóle ją przyjmę (i to poza kolejką!) z takim spóźnieniem, użycie powyższych argumentów w sytuacji, gdy od x godzin zapierdalam nie mając nawet czasu na sikanie, a co dopiero jedzenie, uznaję za co najmniej niestosowne. Nie róbcie tego nigdy, serio.

Jednak dziś napisać pragnę o kolejnym ciekawym zjawisku. Tzw. indywidualnym podejściu do pacjenta. Bo generalnie tak powinno być - przychodzi pacjent do lekarza/fizjoterapeuty, opowiada co mu tam siedzi na wątrobie, medyk stara się określić przyczynę i dobrać takie postępowanie, by przyczynę wyeliminować, a jeśli to niemożliwe, skutecznie ograniczyć cierpienia delikwenta. Chcielibyście tak, prawda?

Otóż, stwórzmy taką hipotetyczną sytuację - jest sobie Pacjent X, na NFZ (bo tych jest więcej, poza tym pacjenci komercyjni w myśl zasady płacę-wymagam często lepiej pojmują sens działań, którym są poddawani i chętniej dyskutują o możliwych rozwiązaniach swojego problemu). Pacjent ten przychodzi, lekarz coś tam zaleca, co uznaje za słuszne, dajmy na to prądy TENS na odcinek lędźwiowy kręgosłupa. Robię ten TENS, czasem coś pogadam z Pacjentem X i w sumie okazuje się, że w jego obecnym stanie lepszy efekt dałyby prądy interferencyjne. Po konsultacji z lekarzem próbujemy tych drugich - nom, jest lepiej. Więc Pacjent X zamiast TENSa ma intery i lux. 
Do czasu.
Siedzi sobie w poczekalni z Pacjentem Y i dyskutuje. Z braku obecności zjawisk atmosferycznych, które można omówić, schodzą na kolejny chwytliwy temat - co mnie boli. W toku rozmowy wychodzi, że Pacjent X miał zmianę w zabiegach. Pacjent Y kwituje to słowami: patrz, wyjuchali cię, miałeś prądy, które trwały 15 min, to teraz masz takie 10-minutowe! 
I Pacjent X robi awanturkę, że jesteśmy sknery, wyłudzamy hajs (choć to NFZ płaci ;p) i co to za traktowanie pacjenta!
I ciul z tym, że było mu lepiej, on chce mieć prądy przez 15 min i już.

Dlatego w większości placówek z kontraktem z NFZ ma się wrażenie masowej produkcji - każdy zabieg wygląda tak samo, trwa tyle samo i jedyne, czym różnią się leżący pod elektrodami pacjenci to rozpoznanie i odczyn widoczny na skórze po zabiegu. Nie dlatego, że nam się nie chce - bo chce, bardzo żałuje, że nie mogę pobawić się aparatami, które mamy, a które oferują tyle ciekawych i fajnych funkcji, ale pacjenci tego nie chcą. Chcą mieć to samo, co wszyscy. I tak samo długo. I być traktowani indywidualnie, oczywiście :>

Te podgabinetowe rozkimny pacjentów prowadzą też do innej zabawnej sytuacji - jeśli prądy, to i natężenie. Przychodzi kiedyś pan i syczy przez zaciśnięte z bólu szczęki, że on chce do 20mA - bo sąsiad tyle bierze, to on też chce. Po 2 minutach skapitulował i uwierzył, że różni ludzie tolerują różne dawki :D

N.

poniedziałek, 26 maja 2014

FAP - Filozofia i Atrakcje Pracy: Luźne opowiastki

Miał być post o wczorajszym Biegu Swoszowickim, ale czuję, że muszę jeszcze przetrawić to wydarzenie, bo na razie nie mam nic mądrego i konstruktywnego do napisania. Miotam się myślami między rozczarowaniem a niechęcią, a z doświadczenia wiem, że taki stan trzeba przeczekać - na pewno były jakieś pozytywy tego startu, tylko nie potrafię ich (jeszcze) dostrzec. No, i nie chcę Was mordować bieganiem w co drugiej notce :> Jest natomiast tematyka, która cieszy się niemałym zainteresowaniem - FAP :)

czwartek, 10 kwietnia 2014

FAP - Filozofia i Atrakcje Pracy: To nie ja jestem dla pacjentów, tylko oni dla mnie!

Wracając z Biedry, obładowana jajkami i mąką, pisałam w myślach wstęp do tej notki. Żem słaba dziś, więc odpuściłam bieganie, dzięki czemu mam 60 min (wolnego biegu ciągłego..) na zaszycie się przed ekranem komputera, w ciepłym dresie, z herbatą na podorędziu - celem FAPu, oczywiście :) Niestety wszystkie piękne słowa umknęły z mej głowy ledwie przekroczyłam próg domu, toteż wstęp jest mało porywający, podobnie jak poniższe wypociny. Niemniej, enjoy!

niedziela, 23 marca 2014

FAP - Filozofia i Atrakcje Pracy: Zmiana od rana jak śmietana!

Dzisiejszy FAP nieco przydługi, ale jakoś powinnam Wam wynagrodzić to ciągłe milczenie ;) Z moimi siłami witalnymi jest już o niebo lepiej, wczoraj pokusiłam się nawet o udział w parkrunie (0:26:12 - pobiłam swój dotychczasowy czas na 5km!). Kupiłam ciuszki sportowe, ogarniam budrello w pokoju.. jeszcze chwila i wejdę do kuchni gotować. Z pisaniem notek jest nieco ciężej - jak się raz człowiek rozleniwi, to potem wymówek ma cały arsenał, ale pomysłów jak ubrać myśli w słowa już nie.

Przejdźmy jednak do rzeczy. Historyjki nagromadzone w przeciągu ostatnich trzech tygodni, był nowy turnus, a to zawsze powód do uciechy oraz jest mała auto-wtopa, coby nie było, że naśmiewam się z innych, a sama taka wspaniała jestem. Oj, nie :)

***
Poniedziałek, nowy turnus, duuużo tłumaczenia i wyjaśniania. Następny w kolejce pacjent z różową kartą (komercyjny); polewam siareczki i proszę. Pacjent spokojnym krokiem zmierza do kabiny. Coś mi nie pasuje.. 
- Ma pan ręcznik?
- Nie, a nie dajecie tutaj?
 
***
Wpadam w rytm siarkowy: korek - woda - pacjent - mycie. Podchodzę do lady z kartami, a tam nieskromna piramida. Układam, przekładam, sortuje i nagle okazuje się, że ktoś pozapisywał po dwóch pacjentów na tę samą godzinę do jednej kabiny... Niestety zainteresowani nie podchwycili integracyjnej inicjatywy pań z planowania i porobiły nam się gigantyczne opóźnienia :(
  
***
Znów poniedziałek, fizykoterapia, letki chaos, bo kolejny nowy turnus i planowanie zabiegów na bieżąco (czyli listy pacjentów mam puste, a tu nagle wpada karta, że ktoś jednak jest). W koszyku przy drzwiach (mamy taki sprytny system - pacjent wrzuca swoją kartę do szpary w drzwiach, my odbieramy, segregujemy, ustawiamy kolejki do urządzeń i zapraszamy do środka konkretną osobę. Bardzo oszczędza to czas i nerwy na te cholerne "można wcześniej?", szkoda, że na innych działach nie da się tego tak rozwiązać ;p) pojawia się niebieska karta, której właścicielka raczyła była spóźnić się jedynie 20 min na zabieg. Nie zwracam jej uwagi od razu, bo mam w ręce jeszcze jakieś 10 kart "na teraz", z resztą uzgadniamy z drugą osobą na zmianie, że skoro jest tutejsza (mieszka w Uzdrowisku), to znaczy, że chce czekać (o, ja głupia, znowu!!!, założyłam, że jest świadoma tego, że się spóźniła..). Po jakiś 10 min i tonie pacjentów, których już poprosiłam, a jej nie, zarywam opieprz, że ile ona ma czekać. Pytam więc o dane osobowe i obiecuje sprawdzić jej kartę (kiedyś sobie włączę krokomierz na zmianie, bardzo ciekawa jestem ile km nabijam latając tak od drzwi do biurka, by poinformować kogoś na którą to właściwie ma zabieg). No cóż, było być na czas, to by się było przyjętym o czasie. Przy kolejnym proszeniu pacjenta wysłuchuję, że jesteśmy nieuczciwi, niesłowni, nierzetelni i jeszcze nigdy coś takiego jej nie spotkało. Ponieważ była to moja 10h pracy tamtego dnia i nerwy me na wodzy stanowczo nie były, a obiecałam sobie, że nie będę dawała popisów kontr-opierdolów w stronę pacjentów, nawet jeśli im się to należy, posłałam po kolegę ze zmiany, niech udobrucha leciwą niewiastę. Wziął ją podpiął pod kable, prądem szybciutko popieścił i podtykając kartę pod nos ostrożnie zapytuje, o której przyszła. Pani twardo obstawała przy swoim, czyli, że przyszła o 14.40, my przy naszym, czyli, że na karcie nadrukowane jest 14.20 i powiadam Wam, że choćby jej ową godzinę na czole wytatuować, jeszcze przez 10 lat będzie się upierała, że skoro wcześniej ten zabieg miała na 14.40, to tamtego dnia też tak było, choć widzi na własne oczy coś innego. I jesteśmy niepunktualni i nikt jej nigdy tak nie potraktował!
A przez nią kolejna osoba, która przyszła punktualnie, musiała czekać 3 min na zwolnienie aparatu..

***
Trzymam fason(y). Zbliża mi się przerwa, ostatnia osoba właśnie wyciera nogi, ja zacieram ręce na myśl o bułce z bananem w mej torbie i resztce wody na przepitę. Wtem w drzwiach zjawia się pan, który swoje 5 min (a nawet 10) miał jakiś kwadrans temu. Chcąc być miła nim go wywalę z gabinetu, strzelam:
- A cóż to się stało, że dopiero teraz pan przychodzi?
- No, na zabieg przyszedłem.
- Wspaniale, ale trochę po czasie..
- Ja żyję bez czasu.
Moja mina musiała być srająca, jak zawsze, bo pan dodał:
- Wiadomo, szczęśliwi czasu nie liczą!
Moja tama wezbrała i pękła..
- Ale głodni już tak..

***
Sobota, od rana spędzamy go z koleżanką na siarce. Pacjenci według sobie tylko znanego algorytmu przychodzą na zabieg, albo za wcześnie, albo spóźnieni. Słońce przebija miedzy deszczowymi chmurami, popadam w zadumę nad sensem wstawania o 5 do pracy za dość marną stawkę, gdy nagle na salony wpada nam wycieczka z Gimnazjum nr 1. O tym, że to moje gimnazjum dowiaduję się z krótkiej wymiany uprzejmości z opiekunem grupy:
- A które to gimnazjum?
- Nr 1
- Ooo! [tak, elokwencja to moje czwarte imię]
- A co, zna je pani?
- Tak, nawet je ukończyłam.
- Wspaniale! Słuchajcie [tu zwraca się do młodzieży, która wpakowała się już do kabinki i wącha siarkę ;p], mamy tutaj naszą absolwentkę! 
W podskokach ewakuowałam się do innej kabiny, prosząc goszczącego weń pacjenta o azyl..

***
Są czasem takie chwile w życiu pracownika, że mnogość spędzonych w robocie godzin zaczyna doskwierać, objawiając się nie do końca mądrymi pomysłami. Tak trochę, jak w powiedzonku, że wstrzymywane pierdy uchodzą do mózgu i są przyczynkiem posranych pomysłów..
Dzień, w którym mamy wieczorem grać w siatkówkę. Wpadam w odwiedziny na hydroterapię, gdzie stacjonują akurat koleżanki-organizatorki oraz masażysta. Humory dopisują, kręgosłupy bolą i gdzieś w tej wesołej atmosferze pojawia się pytanie o stabilność nóg biurka (takie metalowe rurki), które z dnia na dzień zmieniają swoje położenie względem podłoża z kąta prostego do kąta ostrego. Po sugestii, że może ktoś po zmianie tańczy na owych rurach postanawiam sprawdzić własno-cieleśnie, czy się da :D Otóż, nie, nie da się, co więcej, łatwo zaryć uchem o szufladę i wyrwać sobie zacną dziurę w małżowinie.. Koleżanka pocieszyła, że owo zranione miejsce w akupunkturze odpowiedzialne jest za nałóg palenia tytoniu, więc prawdopodobnie do końca życia będę miała ten problem z głowy. Co prawda nie palę, ale to wyśmienicie, że nigdy nie będę :D

Miłej niedzieli!

sobota, 25 stycznia 2014

FAP - Filozofia i Atrakcje Pracy: Psik Psik

Wiecie, że zdarzają się pacjenci, którzy mnie podrywają? Wiecie. Przeważnie są to tacy sami faceci, którzy puszczając przodem w drzwiach autobusu jakąś niewiastę palną taka piękna buźka przodem! czy wypytują o kawalera, bo przecież taki anioł na ziemi na pewno naręcze adoratorów ma. Takie tam teksty, których nawet się dokładnie nie słucha. Są jednak czasem panowie, którzy upatrzą sobie mnie jako 4-ty zabieg dnia (wskazówką tu może być maślany wzrok wpatrzony w me lico, a nie tyłek, jak w przypadku tych pierwszych), co skutkuje podchodami, jak te niżej opisane.

***
Pierwszy raz
Leję wodę. Gdy jej poziom wymaga już umieszczenia nóg pacjenta w wanience, proszę zainteresowanego ze sobą w odmęty niebieskich zasłonek. Polecam podciągnąć nogawki, podudzia zanurzyć i wołać, gdy wody będzie o, dotąd lub jeśli temperatura jej satysfakcjonująca nie będzie. Oddalam się w stronę biurka, lecz nie dane mi jest nawet przybić pieczęci (ha!), gdy rozlega się wołanie pacjenta. 

Chciał tylko powiedzieć, że woda wyśmienita.

Nie chcąc trudzić własnych nóg kursowaniem wtem i nazad zostaję przy wanience i słucham wspomnień pacjenta z poprzednich zabiegów masażu wirowego. 

***
Déjà vu
- A pani znowu tutaj!
Czyli przyszedł pan od wyśmienitej wody. Tym razem nie zdążam w porę uciec i pomstując na czystość i właściwości lustrzane kafelków (płytki/flizy) doświadczam striptizu, bo ostatnio spodnie się zachlapały, to woli je zdjąć. Dziś woda perfekt. 

***
Time to say goodbye
Słyszę kroki na korytarzu. Sądząc po psik psik, które zawsze poprzedza wizytę w moich włościach, zapowiada się kolejny podbój.
Pacjent zostawia mi po sobie parafkę, uprzednio zanotowawszy, iż jestem mańkutem.
- Gra pani na wiolonczeli lub maluje?
/Srający kot na twarzy mej/ - Nie? (tak, to coś, co wydarło się z mych ust było chyba bardziej pytaniem)
- Leworęczni są bardzo uzdolnieni, artystyczne dusze. Może akordeon?
/Próbuję nie ryknąć śmiechem/ - Też nie. Chyba jeszcze nie odkryłam swoich możliwości..
- Możliwe. [...] może pani jednak spróbować z wiolonczelą, bo prześliczna już pani jest.



Także macie nutę na sobotę, ja dogorywam po dzisiejszym siarkowym dniu. A, i kupiłam w końcu spodnie do biegania!! Nie będzie mi zimno w zad :D

poniedziałek, 23 grudnia 2013

FAP - Filozofia i Atrakcje Pracy: Geny

Co prawda przerwę od trzymania fasonu mam jeszcze przez tydzień, ale oglądając przyrost fałdki na mym brzuchu (buty biegowe dawno mnie nie widziały..) wzięło mnie na refleksję. I mały FAP ;p

Rozmowa (a raczej monolog pacjentki) tego typu ma miejsce cyklicznie przy okazji każdego nowego turnusu. Uwijam się przy swoich czynnościach i słyszę z wanienki taki oto tekst:
Pani to taka szczuplutka, młodziutka, pewnie panienka jeszcze? No, jak pani tu tak biega cały dzień, pewnie nie ma kiedy zjeść, a jak bez męża, to i dla kogo gotować, a samemu to wiadomo, mało się je, to nie dziwota, że pani taka chudzinka. Ale ładna buzia, nie wysuszona. Bo w pewnym wieku to jak rozpuknie, to nic już nie pomaga, żadne diety cud, nic. Mamusia za młodu też pewnie szczuplutka.. tak? dalej szczupła!? To wspaniałe geny! Nie dziwota, że pani tak wygląda!

Podsumujmy zatem - kluczem do zgrabnej sylwetki jest młodość, brak męża i dobre geny. Nie jedzenie zamiast obżerania się, nie kilometry w nogach, czy godziny na fitnessach. Nie. 
Także spokojnie możecie zasiąść do świątecznego stołu, jeśliście panny, to nic Wam nie grozi ;p;p


środa, 18 grudnia 2013

Tytuł posta poszedł na spacer..

.. a ja wyjęłam z lodówki wino. We flaszce po wódce.

Doświadczenia dzisiejszego dnia były jak takie combo najgorszych zachowań pacjentów - w wykonaniu jednej, drobnej, schorowanej pani. Doprowadziła mnie ona do takiego stanu, iż musiałam wyjść z gabinetu, ba, z budynku, odetchnąć kilka razy mroźnym powietrzem i dopiero po popuszczeniu kilku japierdolców wróciłam na korytarz, gdzie uspokoiła mnie koleżanka z gabinetu obok. Ciężkie działa, mówię Wam.

W naszej rozmowie koleżanka zwróciła uwagę na pewne ciekawe zjawisko - jeszcze nie mam dla niego nazwy, ale to kwestia czasu ;p Co turnus pojawiają się panie, przeważnie starsze, które za punkt honoru stawiają sobie ustalenie kto tu jest ważniejszy. Oczywiście ustawia się młodszą część personelu, bo wiadomo, do dorosłych nie wypada odnosić się tak bezczelnie. I tak, musimy wysłuchiwać pretensji właściwie o nic (albo o kwestie, które pacjentka powinna załatwić z lekarzem, np. rodzaj zabiegu i okolicę na którą ma on być wykonany..), często okraszonych niewybrednymi epitetami sugerującymi nową profesję (dziś zostałam ochrzczona dziewką wszeteczną, tylko w tej bardziej polskiej wersji, na literkę k.. :) i generalnie degradujących nas do poziomu niuni na posyłki lub do lizania stópek zacnych. Ja może i wyglądam na dziewczę spokojne i uległe, ale w kaszę (i profesję) nie daję sobie dmuchać i na tego typu wulgarne przytyki reaguję dość ostro (choć w przeciwieństwie do starszej pani, kulturalnie), więc panie odpuszczają, widząc, że mnie urobić się nie da. Na przestrzeni 3 tygodni można nawet zaobserwować jak zmienia się stosunek takich pań do młodszego personelu, który się nie dał - od agresji i wyzwisk do dzień dobry z uśmiechem na ustach i jak mija dzień, spokojnie? Hipokryzja lvl 100.

Nie umiem się nie przejmować takimi sytuacjami. Powoli oduczam się przeżywania każdej tego typu sytuacji, ale o dziwo tli się we mnie jeszcze dość dużo empatii? szacunku? chęci pomocy wobec moich pacjentów, co nie ułatwia zdystansowania się do wyzwisk. To boli i aż dziw bierze, że dorośli, teoretycznie wychowani (tyle się mówi, że starsze pokolenie to ostatnie, które pamięta o dobrych manierach... tja..) i inteligentni ludzie potrafią krzywdzić drugiego człowieka w imię.. hm? Chęci bycia szanowanym?


piątek, 29 listopada 2013

FAP - Filozofia i Atrakcje Pracy: Śmiejo się ze mnie!

Podśmiechują ze mnie, bo jeszcze się tym przejmuje. Po prostu na kilometr widać, żem świeżynka..

Wyobraź sobie taką sytuację:
Jesteś blogerem. Piszesz głębokie posty o odżywkach do włosów, focisz najnowszą kolekcję essiaków w stu kadrach, odkrywasz po raz setny geniusz przepisu Nigelli na muffiny czekoladowe - jednym słowem, ciężko pracujesz. Twoje starania dostrzega Dove, czy inna Nivea i postanawia wysłać Cię na weekend do luksusowego hotelu - dajo jeść, dajo pić, spa też dajo. 

Jak dajo, to bierzesz, w końcu zapracowałeś na to.

W hotelu na dzień dobry lądujesz u koordynatora Twojego pobytu, rozmawiacie o tym co i którego dnia będziesz robić, jakie czasoumilacze na Ciebie czekają. Dla ułatwienia, bo ogrom dobroci jest przytłaczający, dostajesz swój rozkład jazdy na papierze. Ostatnie słodkie uśmiechy i rozpoczynasz weekend przyjemności.

Jednak już po godzinie stwierdzasz, że właściwie te wszystkie masaże bańką chińską i kijem bambusowym to z dupy pomysł. Prelekcja dermatologa o skórze Twojej i innych zaproszonych blogerek zapowiada się niczym kazanie w kościele parafialnym mym (w sensie, że usypia lepiej, niż chloroform). Obiad przygotowany w zgodzie z opracowaną dla Ciebie dietą też opuszczasz, zjesz coś w Maku, i tak idziesz pozwiedzać miasto, kiedy znów nadarzy się okazja zobaczyć trochę świata!?

Jeśli taka postawa nie wydaje Ci się nieco niegrzeczna, szczególnie wobec organizatora i sponsora Twojego pobytu oraz wszystkich tych masażystów z bambusami w gotowości (chyba niezbyt dobrze to brzmi ;p), to nie czytaj dalej :)

I teraz wyobraź sobie taką sytuację:
Nie jesteś blogerem, tylko przyszłym kuracjuszem, czekasz ok. 1,5 roku na przydział sanatorium, w którym pobyt opłaca NFZ (z Twoich składek, jasne, ale z moich też, a ja już 1,5 roku czekam na wizytę u ortopedy i wolałabym, by ci, którzy są przede mną w kolejce nie lecieli w fallusa!). Po przyjeździe skacze wokół Ciebie ok. 50 pracowników sanatorium w różnych konfiguracjach, dbając o to, byś dostał wszystko, co Ci się należy. Ty jednak wolisz chodzić sobie na spacery po parku, jeździć codziennie do centrum miasta, wpychać się na zabiegi na nie swoje godziny i jeszcze mieć pretensje do personelu, że się na to nie zgadza. 

A śmiejo się ze mnie, bo się tym jeszcze przejmuję. Tak, wkurza mnie to niebywale, bo staram się, by każdy mój pacjent został należycie obsłużony (to też średnio brzmi ;p) i o czasie, wszak szanuje go oraz innych pracowników, którzy na niego czekają w kolejnych gabinetach. I zamiast relaksu i wyciszenia, pacjentom serwowana jest nerwówka i wysłuchiwanie toczących się na korytarzu kłótni o to, czemu wanna jest wolna, a ja nie chcę wziąć wcześniej na zabieg :/

Wiem, świata tym postem nie zmienię, ale przynajmniej sobie ulżę ;p

czwartek, 14 listopada 2013

FAP - Filozofia i Atrakcje Pracy: Pytania bez odpowiedzi

Przychodzi taki dzień w karierze każdego człowieka, gdy staje on w ogniu pytań. Wszelakich.
I wszystko jest w porządku, gdy zna on odpowiedzi. Lub wydaje mu się, że je zna i coś tam nawija.
Wtem pojawia się pula pytań bez odpowiedzi.

- Skoro siarka pomaga na układ oddechowy, to dlaczego te opary (siarkowodór) wysuszają i podrażniają gardło?
- A nie oszczędniej byłoby nalać wody do wanny raz i kąpać po kolei wszystkich w tej jednej wodzie?
- Czy ta woda spływa do kanałów, czy do tej rzeczki, co płynie obok uzdrowiska? (swoją drogą, to ciekawe pytanie ;p)
- Dlaczego Majchrowski (Prezydent Miasta Krakowa) nie inwestuje w Swoszowice?
- Jak długo po powrocie z sanatorium siarka w moim organizmie będzie pokrywać biżuterię czarnym nalotem?

I'm speechless.

(Żeby nie było, że hejtuje - niektóre pytania są zabawne, inne wprawiają w osłupienie, ale każde wymagają przemyślenia i wymyślenia odpowiedzi, w końcu lepiej spytać nawet o banały, niż snuć domysły lub słuchać dziwnych porad, typu po siarce nie można się myć, więc nie myję się cały turnus - 3 tygodnie...)

środa, 6 listopada 2013

FAP - Filozofia i atrakcje pracy: Piekielna motywacja

Popołudnie at work.
Kontroluje moje gabinety (awansowałeś w pracy i masz swój gabinet? bitch please, ja mam 4 i pokój socjalny/wypoczynkowy ;p), podłogi schną, a korytarzem spacerują kuracjuszki. Jedna z nich przystaje na mój widok i pyta:
- Pani pracuje z powołania?
Moja mina musiała dać jej do zrozumienia, że powinna rozwinąć swoją myśl, co z resztą uczyniła, angażując w rozmowę swoją towarzyszkę:
- Wie pani, bo niektórzy zamiast chęci niesienia dobra, widzą tylko zyski materialne [tu zwraca się do mnie], a pani pracuje dla pieniędzy, czy z powołania?
Moja mina przechodzi transformację w srającego kotka, jednak nie mogąc dłużej milczeć, stwierdzam ogólnikowo:
- Nooo (yyy, eeee, tego, nooom, eh), nie, w tym momencie bardziej dla doświadczenia... [nie dane jest mi skończyć]
- Widzi pani [do drugiej kuracjuszki], młodzi to teraz więcej empatii mają, wolontariaty robią... [głos zanika w miarę oddalania się rozmawiających].
A ja stoję, jak stałam, wniosków szukam i stwierdzam, że jakkolwiek do empatii mi daleko, tak patrząc na płacę raczej o lecenie na kasę się nie podejrzewam. Chociaż... :D

***

To samo popołudnie at Punkt Sprzedaży Biletów na Powstańców.
Podchodzimy z Mężczyzną do okienka Pani o męskim głosie (mindfuck roku). Potrzebuję KKM, bo legitkę mi zabrali, a pomysł z dojazdem do pracy na rowerze umarł wraz z pierwszym deszczem ;p Pani wklepuje moje dane pociągając nieco nosem, po czym głośno stwierdza:
- Coś tu czuć, jakby się paliło..
Spoglądam na Mężczyznę. Przeżył już znajomość ze mną w czasach, gdy waliło ode mnie formaliną, to teraz pozna uroki chodzenia z dziewczyną z piekła rodem. Sniff, sniff :p