Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WeekEnd. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WeekEnd. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 maja 2015

WeekEnd - Jak nie dżuma, to rzeżączka!


WZLOTY I UPADKI

O siaro, siarunio, siareczko! Na początku tego tygodnia było lato! Dziś wydaje mi się to niemożliwe, przecież ten wiosenny listopad trwa już chyba od listopada właściwego, a jednak. Ucieszona słońcem i nowym żelazem, z którym mój układ pokarmowy całkiem ładnie współpracuje (odpukać!) poleciałam do roboty jak w skowronkach. Zapomniałam tylko, że na tej nieszczęsnej siarce w okresie letnim jest armagedon. Jedenaście wanien, z których paruje, bo każdy chce się wygrzać (szkoda, że nie leczyć, byłoby to logiczniejsze), nawiewy, które wtłaczają do pomieszczenia powietrze o temperaturze 26-30 st (spod nagrzanego od słońca dachu..) i problemy pierwszego świata w wykonaniu pacjentów - ta mieszanka jest mocno wybuchowa. Po 1,5 godziny pracy byłam bliska omdlenia.

Wieczorem stawiłam się na jodze. Bardzo mi był potrzebny relaks tamtego dnia, integracja ciała z umysłem. W odpowiedzi na moje potrzeby zastałam zastępstwo. Dziewczę urocze, acz uparte jeśli chodzi o praktykę w skarpetkach. Rozumiem, że ćwiczy się boso, wiem, że tak jest lepiej, ba, wiem nawet czemu, ale jeśli mimo to zostaję w skarpetach, to pewnie mam jakiś powód. Na przykład epidemiologiczny. Fallus chciał mnie strzelić, gdy z fochem rzuciła przez zęby, że owszem, mogę zostać w swych skarpetkach, ale na własną odpowiedzialność - z relaksu i integracji nici. Rzuciłam na początku zajęć tekst to znajomka: Eee, nie ma Kuby, to spadamy stąd. Trzeba było dokładnie tak zrobić.

We wtorek koleżanka z pracy chciała przehandlować moje spodnie :D
Wyniosła je z szatni, wyceniła na 35 zł (skandal, dałam za nie 70!), z czego zaśpiewała sobie 20 zł, dla mnie 10 zł, a luźna piątka miała iść na tacę w kościele. Miałam lekki niepokój, czy kończąc zmianę zastanę w szatni spodnie, czy dyszkę na wieszaku! ;p

Na środę postawiłam sobie cel - zagiąć czas. Chciałam koniecznie zrobić trening przed pracą, choć jak w trakcie biegania trafnie zauważyłam, tego się nie dało zrobić ;p Tzn dałoby się, ale musiałabym wstać o 4 rano, ale obawiam się, że nie dożyłabym końca dnia. Ubiegłam więc, ile zdążyłam, resztę dystansu zostawiłam sobie na wieczór. Tylko, że wieczorem to już czasu nie miałam i na dobrą sprawę udało mi się go znaleźć dopiero wczoraj..

U mnie tydzień z każdym kolejnym dniem nabiera rumieńców. Czwartek miałam już tak zalatany (lekarz, praca, joga), że urwał mi się film. W piątek rano obudziła mnie krzątanina mamy przed wyjściem do pracy i zawód nad tym, że nie zrobiłam jej wieczorem owsianki. Owsianki? Kręcę się po mieszkaniu i odkrywam coraz to dziwniejsze rzeczy - listę zakupów, której tworzenia nie pamiętam, strony internetowe na kompie, których przeglądania nie kojarzę, smsy też jakieś obce. Próbowałam sobie przypomnieć cokolwiek, ale na powrocie do domu z jogi i rzuceniu się na lodówkę - czarna dziura. Ponoć nic nie piłam, byłam w logicznym kontakcie, zmęczona i leniwa, ale o 23 to już raczej normalne, więc nie wzbudziłam zainteresowania lokatorów. Na szczęście nie zamówiłam nic dziwnego, ani nikomu nie nawtykałam w tym dziwnym stanie.

Wczoraj moi rodzice przyjmowali gości, więc po bieganiu wpadłam do kuchni i wyszłam z niej dopiero wieczorem. A jak już wyszłam, to wylądowałam z Mężczyzną w Podgórskim Salonie Degustacyjnym, gdzie dobre fryty belgijskie dają oraz Żytnią o smaku pigwy mają <3 A miałam pewien smutek do utopienia - umarł mi aparat w telefonie. Czuję się okropnie źle, tyle godnych uwiecznienia chwil przechodzi bez fotki, nawet dziś jakiś odgrzewany kotlet na początku notki :(

I nawet dziś podczas Biegu Par w pogoni za tlenem nie zrobiłam tony selfiaków! To będzie najbardziej uboga w zdjęcia relacja ever.

A nawiązując do tytułu notki, który jest dzisiejszym podsumowaniem Mężczyzny tego, jaki zacny wybór mamy w drugiej turze głosowania - jak dobrze, że to już dziś! Jeszcze tylko jakieś milion osób przewali się przez pobliską komisję, jeszcze kilku buców zaparkuje na momencik na miejscach dla niepełnosprawnych, podniecimy się wstępnymi wynikami i po wyborach. A te w minionym tygodniu dały mi w dupę. Po wtorku już chyba wszyscy kuracjusze wiedzieli, że poruszanie tego tematu ze mną grozi utopieniem w wannie, ale moja koleżanka ze zmiany, pani K. co rusz przedstawiała nowe teorie spiskowe. Gdy we środę oświeciłam ją, że nie wybieram się tym razem na głosowanie, bo zwyczajnie nie potrafię wybrać, myślałam, że zabije mnie argumentami przeciętnego widza TVNu. Nie ubliżając nikomu, ale akcje w stylu wybieram mniejsze zło, jest chujowo, ale stabilnie, mama kazała głosować na Dudę itd. świadczą o pewnych ubytkach w ogarnianiu rzeczywistości. Z podziwu wyjść nie mogłam, ilekroć jakiś pacjent, zaczepiany przez panią K., odpowiadał, że podejmie decyzję po czwartkowej debacie (sic!), w którą stronę zmierza ten świat! Co się nasłuchałam, że moja postawa (bierność) jest karygodna, tak nie można, co ze mnie za patriotka, że nie głosując odbieram sobie prawo do krytykowania kolejnych pięciu lat prezydentury! Litości. Naprawdę dla Polski lepiej by było, gdybym dołożyła któremuś z tych manipulantów swoją cegiełkę, a potem tego żałowała? Czy głosowanie na kandydata, którego nie popieram (a nie popieram żadnego) nie jest czasem zwykłą hipokryzją? I w końcu, dlaczego jakiś pan Władziu, który swoją decyzję o wyborze przyszłego prezydenta opiera o to, kto komu mocniej dopierdolił w czwartkowy wieczór, ma być lepszym obywatelem, niż ja? Bo poszedł do urny?

BIEGUSIEM I JOGUSIEM

Dla uspokojenia emocji zmiana tematu na lżejszy. Miały być dwa treningi po 12 km, wyszedł jeden, i to w dwóch częściach. Zastanawiam się właśnie, jak rozegrać przyszły tydzień, bo też kolorowo z czasem nie będzie. Dzielenie treningu na dłuższą metę nie ma sensu, przecież półmaratonu nie będę robić na raty :) Liczę jednak na to, że czerwiec przyniesie jakieś zmiany na lepsze w mym posranym grafiku.
Poniedziałkowa joga, jak już wyżej wspomniałam, nie była udaną praktyką. We czwartek byłam tak spięta, że nawet gdybym postanowiła zdjąć skarpetki, musiałabym poprosić kogoś o pomoc ;p Na moje nieszczęście prowadzący wprowadził kilka nowych asan, więc co wycierpiałam to moje.

PIOSENKA TYGODNIA

A na zakończenie mały powrót w czasie. Rok 2013, CLMF, Florence And The Machine na scenie. Ktoś w minionym tygodniu zbombardował mi statystyki postem podsumowującym ten koncert KLIK. Przeczytałam z łezką w oku, dawno nie słyszałam głosu Flo, więc odkopałam z czeluści YT wspominaną w notce akustyczną wersję Sweet Nothing. Enjoy.

N.

niedziela, 17 maja 2015

WeekEnd - Woda na ścianie


WZLOTY I UPADKI

Tydzień na wysokich obrotach! Znów poranna zmiana, znów wstawanie o 5. Na szczęście im jaśniej za oknem, tym prościej zwlec się z łóżka. Poniedziałkowe walki z kuracjuszami (za zimna, za ciepła borowina, brzydkie obicie leżanki, dlaczego dziś jest zielony papier, ten szary był fajniejszy - te i inne problemy pacjentów) oraz nieróbstwo współpracowników (o ile w całym tym dziwnym miejscu już tylko personel trzyma jakiś poziom, to jednak nie z każdym pracuje się przyjemnie) skutecznie umiliło mi zamówienie z AVONu ^^ Dwa nowe zapachy i od razu człowiek szczęśliwszy ;p

W zeszłym tygodniu nie dotarłam na czwartkową jogę - choć czułam się już znośnie, to jeszcze za wiele nie jadłam i pewna swych zwieraczy nie byłam. Podczas mojej nieobecności pojawiły się nowe wałki piankowe (jeszcze miększe, niż te stare, phi!) oraz drewniane kostki! Całkiem wygodnie się na nich siedzi, natomiast odkładanie nań czoła należy robić znacznie mniej.. dynamicznie.

Wtorek stał pod znakiem - stomatolog. Nie lubię tego, zawsze kończy się na wpadających wiertłach, rozwalonych plombach, ewentualnie jakimś nowotworze. Gdy okazało się, że ratowany rok temu przez tego samego gościa ząb jest żywy i wszystko jest z nim w porządku, myślałam, że śnię. Co więcej, żadnych dziur, prześwietlili mnie na wszystkie strony, jestem zdrowa. To tak dziwne, że wciąż rozważam konsultację u kogoś innego.

Kolejnego dnia, za namową koleżanek z pracy, poszłam do naszego lekarza, bo on ponoć zna takie żelazo, co mnie na kiblu z powrotem nie usadzi. Wiedzą ową się podzielił, przy okazji łapiąc się za głowę na wieść ILE tego poprzedniego żelaza kazano mi brać. Okazuje się, że produkt sam w sobie jest również dobry, ale dawka, którą mi zapisano jest wskazana dla kogoś w ciężkiej anemii i góra przez tydzień. Nic dziwnego, że tak mnie przeorało, dziwne, że dopiero po dwóch tygodniach ;p Myślę, że będę miała nieco do pogadania z moim lekarzem pierwszego kontaktu..

Czwartek też zleciał jak szalony. W pracy ściana gate, robienie ze mnie idioty, wielka obraza stanu - tak skrótowo. Z samego rana, może przyjęłam jeden rzut pacjentów, wchodzę posprzątać do kabiny nr 9, a tam woda na podłodze, woda na leżance, woda leje się po ścianie. Wołam koleżankę ze zmiany, czy to u mnie już zmęczenie i fatamorgana, czy coś nam tu przecieka (błagam, byle nie siki!). Potwierdziła moje wizje, zadzwoniła do kotłowni po nasze złote rączki i już po kilku minutach zjawił się pan T. w obstawie pana A. Panowie zdjęli kawałek podwieszanego sufitu, wytarli ścianę i stwierdzili, że im tu nic nie cieknie <3 Ba, pan T., niesiony chyba na fali samouwielbienia, zagaił, czy abym nie spryskała tej ściany wodą?

W piątek rano sytuacja się powtórzyła, pociekło, zalało i przestało, jednak panowie tak się guzdrali, że woda sama zdążyła wyschnąć, Znów byłam ta zła, co po ścianie wodą leje i zawraca im dupę. Mam nadzieję, że w nadchodzącym tygodniu ta rura jebnie, będą mieli w końcu coś do roboty.

Wracając do czwartku - po urokach pracy wylądowałam u kolejnego lekarza, potem na pełnym speedzie do domu, obiad, tłumaczenia wyniku rezonansu i w końcu, nareszcie, kolacja z Mężczyzną. Stuknęło nam 5 lat razem :)

Weekend to głównie sen. Nadrabiam po całym tygodniu. Nie wypalił nam wyjazd w Bieszczady (na charytatywny bieg na Łopiennik, szkoda), koleżanka szuka przyczyny bólu w łydce i jakkolwiek nie wydaje się to być niczym poważnym, idiotyzmem byłoby biegać z taką nogą po górach. Na nizinach też robota się znalazła, w sobotę razem z Mamą ogarniałyśmy domek dziadków na działce, mycie okien, szaf, komód, aneksu kuchennego, niby nic, a cały dzień przeleciał. 

BIEGUSIEM I JOGUSIEM

Dwa treningi biegowe były, nie takie jak planowałam, ale trzeba było modyfikować, to zmodyfikowałam. We środę dyszka, trochę na oślep, bo gps umarł. Umęczyłam się okrutnie, cała na czarno, w pełnym słońcu.. Na niedzielę przeskoczyło zatem 12 km, ale już od piątku wiedziałam, że nie dam rady, nie po zajobie tego tygodnia. Zrobiłam ich siedem, ale w terenie, więc tym razem odezwały się stawy. Jeśli kolano mówi dość, to dość, żałuję trochę, bo tak dobrze mi było, że pewnie ubiegłabym te 12 ;p

Joga znów zaniedbana, w poniedziałek ryczałam w co drugiej asanie, prowadzący załamywał ręce i kazał sobie odpuścić, ale ja do odpuszczających w tej kwestii nie należę, to raz, a dwa, pewnie musiałabym wyjść, bo niżej już upaść się nie dało. Czwartkowe popisy ze względu na rocznicę odpadły, zatem czuję jutro ciężką i bolesną praktykę.

KSIĄŻKA TYGODNIA

Kupiłam ją już dawno, nie pamiętam, czy sama na to wpadłam, czy ktoś mi ją polecił. Położna Jeannette Kalyty. Zbiór opowieści o przyjmowanych przez autorkę na przestrzeni dwudziestu kilku lat porodach, a więc przekrój przez dojrzewanie polskiego położnictwa. Okropnie wciągnęła mnie ta pozycja, miałam 2 min do autobusu, czytałam, gotowałam obiad, trwało to dłuuugo, bo między krojeniem, a mieszaniem, czytałam. Raz siadłam na chwilkę na balkonie, bo świeciło nań słońce, a w mieszkaniu było ok. 15 stopni, to chciałam się ogrzać - przeczytałam pół książki. Nie wiem ile łez wzruszenia uroniłam, choć to może tylko kwestia czytania o porodzie, zawsze na praktykach ryczałam na porodówce ;p Inne oddziały? Onkologia? Intensywna terapia? Neuro? Takie ciężkie przypadki, jednego dnia z kimś ćwiczysz, drugiego on już nie żyje - nie, jedyne co mnie tam mocno wzruszało to smród na sali, gdyż chorzy często myślą, że jak otworzą okno, to tlen ich zabije. A porodówka? Natik ryczy :D
Mam po niej kaca książkowego, nie potrafię wyjść z tych historii, nie mogę zacząć kolejnej książki, obejrzałam wszystkie wywiady z Jeannette w internetach, a moja Mama pyta, czy zmieniam zawód!

Nie mam siły na wzniosłe podsumowania notki. Wróciłam niedawno od Mężczyzny (kolejny rok bliżej zmiany kodu ;p), w stanie powodującym mocne problemy z akomodacją wzroku. Jeśli nawaliłam srogich błędów w tym tekście, to przepraszam, jutro skoryguję ;p

N.

niedziela, 10 maja 2015

WeekEnd - A w maju...


WZLOTY I UPADKI

Tak bardzo chciałam tego maja, to mam :)
Jasno określone godziny pracy pozwalają na poczynienie jakichkolwiek planów, a tych, rozochocona piękną pogodą, regularnym snem i skokiem energii, miałam bardzo dużo. Sprowadzić je można do dwóch słów: odrabianie zaległości. I tak sobie szalałam między szmatą, papierami, jogą, siłką, siarką, aż COŚ musiało pierdolnąć. Za fajnie było :>

Do dziś nie wiem, czy to wina przyjmowanego żelaza, czy jednak zatrucie, ale od środy wieczorem mój żołądek przestał ogarniać. Nie wdając się w szczegóły, nie był to mój ulubiony tydzień, na pewno nie. Odpadła joga, odpadło bieganie (prócz sprintów do kibla, ale gps mi nie łapał, więc te rekordy życiowe zostaną jedynie umowne :D), odpadło życie w ogóle. 

Jednak nim całkowicie oddałam się swej cielesności, uradowałam ducha (bo portfel nieco mniej) wizytą w Rossmannie. Magiczne -49% wzbogaciło mnie o obiekt mych westchnień, czyli kredkę do ust z Bourjois o wdzięcznej nazwie Proudly naked ^^ oraz kilka innych, mniej pożądanych, acz mających się kiedyś przydać kosmetyków do ust i paznokci. 

Kolejny zakupowy szał czekał mnie w weekend. Moi rodzice kompletują wakacyjne walizki, a że i mi kilka rzeczy wpadło w oko, wybrałam się z nimi na wspólny shopping. Szukam m.in. dołu do bikini (wciąż wierząc, że może kiedyś, ewentualnie, nie wcześniej jak za sto lat, wybiorę się na takie wakacje, że będę paradować w kostiumie kąpielowym. Dumnie i chętnie paradować. Sama sobie życzę powodzenia w realizacji tych marzeń ;p); górę kilka lat temu zakupiłam w Calzedonii, jednak pasujący do niej dół był tak skąpy, że stringi przy tym to mocno zabudowana część bieliźnianej garderoby :D Jeśli szukam czegoś konkretnego, jest więcej niż pewne, że znajdę coś zgoła innego. Swoje sobotnie poszukiwania zakończyłam z siatą pełną bielizny z TK Maxx.. Bez dołu bikini, bez nowej kurtki (pseudo)skórzanej, bez butów.

BIEGUSIEM I JOGUSIEM

Ten tydzień jest pierwszym tygodniem mych przygotowań do jesiennego półmaratonu. Tym razem rozpisując treningi biegowe postanowiłam nie zrobić sobie kuku jak w zeszłym roku - żadnego zarzynania się 3-4 treningami tygodniowo. Joga 2x w tygodniu, siłownia 1x (chciałam 2x, ale tydzień ma jednak tylko 7 dni..), do tego wzorcowe 3-4x bieganie i okazuje się, że nie ma żadnego dnia na regenerację, ba, pewnie umrę po drodze z wycieńczenia, bo często już z pracy wychodzę mocno ztyrana, jak jeszcze znaleźć siłę na trening?

Zatem stanęło na dwóch biegach. W tym tygodniu zrobiłam tylko jeden trening (niby w weekend już czułam się dobrze, ale jeszcze nie ufam swoim zwieraczom na tyle, by hasać polem, lasem, osiedlową ulicą przez godzinkę), liczę, że w przyszłym tygodniu uda się zrealizować oba treningi. Chciałabym jeszcze zobaczyć jak tam moje kolano zareaguje na taki rozkład aktywności - nie chcę w tym roku bawić się w marszobiegi, bo jak zeszłoroczne zmagania z pół-królewskim dystansem pokazały, pewnie i tak zaaferowana tym, co dzieje się wkoło zapomnę o marszu. To po co się sztucznie ograniczać?

Kupiłam sobie kostkę do jogi. Leżała taka samotna w Biedronce, zapomniana, nie chciana przez nikogo, przeceniona na grosze, to wzięłam. Co prawda, odkąd chodzę na zajęcia grupowe rzadko praktykuje sama w domu, ale teraz to już nie mam absolutnie żadnej wymówki. Chociaż chwila, mam, nie mam jeszcze paska! 

PIOSENKA TYGODNIA

Zmęczona humorami żołądka poprawiałam sobie swój humor błądzeniem po czeluściach YT. Znalazłam kolejny hit mych cielęcych lat, który bez opamiętania (i zastanowienia) śpiewałam, a którego słowa zrozumiałam dopiero teraz i pąs mnie oblewa, gdy pomyślę sobie o dziesięcioletniej Natalii przekonującej, że jest dżinem w butelce i trzeba mnie pogłaskać w odpowiedni sposób, by mnie uwolnić. Eh :D Christina Aguilera - Genie In A Bottle

N.

niedziela, 26 kwietnia 2015

WeekEnd - Byle do maja


WZLOTY I UPADKI

Turnus wyjechał, turnus przyjechał, Piątek pod znakiem problemów pierwszego świata - która to prawa strona ciała, która lewa, dlaczego nie chce mnie pani przyjąć 5h przed czasem, no, ale na tych drzwiach też jest napisane "sala gimnastyczna", musi mnie pani obsłużyć. A, i po co mi skarpetki na ćwiczeniach? Gdy doszło do tego, że opierniczyła mnie baba, bo UGUL stoi wolny, ona czeka, a ja jej nie biorę (bo czekałam na pacjentkę na daną godzinę, awanturnica przyjechała za wcześnie), zaczęłam poważnie zastanawiać się, czy nasza placówka świadczy rehabilitację ruchową, czy psychiatryczną..

Ktoś zajebał nam fioletowe tulipany z ogródka. Bez liści, co ciekawe oraz bez cebul, co akurat jest miłym gestem z jego kradziejskiej strony. Natomiast kradzież, jakiej byłam świadkiem w sobotę wychodząc z pracy... Zacznijmy od tego, że Swoszowice świętują w tym roku 600-lecie lokacji. Z tej okazji w miejsce resztek betonowej wylewki zrobili sobie chodniki, zamiast krzaczorów powstały pasy jeszcze nie-zieleni wraz z uroczymi sadzonkami czegoś, co tam kiedyś będzie rosło. Zrobiło się bardziej sanatoryjnie, choć do Buska to wciąż nie dorasta ;p Wychodzę więc z roboty, wlekę zad na przystanek, a przed moimi oczami maluje się taka oto scenka: baba w półprzykucu słowiańskim grzebie we wspomnianych sadzonkach, maca, gładzi listki roślinki, w końcu wyciąga ją z ziemi, konspiracyjnie spogląda w swoją prawą, potem lewą stronę, ładuje badyle do siatki i zadowolona powstaje z przykucu, spotykając się wzrokiem i jestestwem ze mną. Spytałam tylko uprzejmie, co robi, ale baba zawinęła się i spierniczyła. Odnalazła się po chwili, napadła mnie na przystanku, bym nikomu nie mówiła, że ona ukradła tego kwiatka, bo ona tak kompulsywnie kradnie rośliny o.O
Także jakby ktoś się zastanawiał, dlaczego w tych rabatach są prześwity, to jedna z mieszkanek ma ze sobą grube problemy :)
I powiedzcie mi, że Swoszowice to nie stan umysłu!

Trudy tygodnia postanowiłam odbić sobie w niedzielę. Osiem godzin snu, czas na czytanie książki, żużel, błogie nicnierobienie. Może jeszcze obejrzę jakiś film? ;p Takie wrzucanie na luz jest całkiem przyjemne, dopóki nie uświadomię sobie ile mogłam przez ten czas zrobić, a o ile więcej będę miała do zrobienia jutro. Myślę nawet, że osoby takie jak ja otwierają pewną niszę dla mistrzów organizacji - mogłabym mieć przy sobie takiego kogoś, kto ogarniałby ten cały bałagan, kogoś, kto dopracowałby mój plan dnia tak, by listy rzeczy do zrobienia kurczyły się, nie wydłużały. By nastała taka leniwa niedziela, gdy nie pomyślę o tym, że następnego dnia nie będę wiedziała w co ręce włożyć.

BIEGUSIEM I JOGUSIEM

Tak dobrze żarło i...zdechło. Tydzień zaczęłam od próby nauczenia pacjenta robienia prawidłowego przysiadu. Przysiadłam i zobaczyłam gwiazdy. Lewe udo zawyło, ja zawyłam i ledwo wstałam :D Nie mam pojęcia, czy to przez bieg, czy ot tak, dla hecy, ale boczna głowa mego mięśnia czworogłowego uda, gdzieś na środku brzuśca postanowiła boleć. Nim prace skończyłam, do lamentu dołączyło się pasmo biodrowo-piszczelowe. Masowałam, rolowałam, nawet torturowałam się bańką chińską (zaprawdę powiadam Wam, jeśli nie przejechaliście bańką po napiętym paśmie, to nic nie wiecie o bólu ;p), lecz dopiero pod koniec tygodnia bolesność ustąpiła. I tak wszystkie treningi w tym tygodniu poszły się bujać. Za to joga była, oddech oceanu już mocniej szumi, choć gardło dalej boli po takiej kilkuminutowej sesji.

PIOSENKA TYGODNIA

Tym razem subtelna nuta. Relaksacyjno-pościelowa. Twin Caverns - Pyramid

N.

niedziela, 19 kwietnia 2015

WeekEnd - Na fali

To był mocny tydzień. Dobijający i uskrzydlający. Sinusoida po całości. 


WZLOTY I UPADKI

Tydzień zaczęłam od łamiącej informacji - anemia wita na pokładzie. Co prawda spodziewałam się tego już w zeszłym tygodniu, po odebraniu wyników badań, ale ciekawa byłam ewentualnej przyczyny tego stanu. Niestety we krwi mam taki sajgon, że bez konsultacji z zastępem specjalistów nic konkretnie nie da się powiedzieć. :love: 

Na poprawę humoru trafiła mi się pacjentka z takim słowotokiem, że moja babcia jest przy niej niczym mnich po ślubach dożywotniego milczenia. Pani niestety nie potrafi jednocześnie gadać i ćwiczyć, więc niejednokrotnie wychodziło na to, że płaci za 40 min atencji jednoosobowej widowni, nie za terapię. Jak zwykle cieszą mnie tygodnie spędzane na pracy z pacjentem 1:1, tak rzygać mi się chce na kolejne dwa, które są przede mną. 

Za drugim podejściem udało mi się w końcu odebrać moje buty z CCC. Mają tam taki burdel w papierach, że na dobry początek pani przyniosła mi jakieś fikuśne kozaki i oświadczyła, że udało się je naprawić. Zdębiałam, bo przecież oddałam baleriny i wyraźnie powiedziano mi, że moje żądania naprawienia ich uznano za niezasadne :) Niestety kozaki nie w moim stylu i rozmiarze, więc poprosiłam o ponowne przeszukanie magazynu. Buty w końcu się znalazły, pod jednym numerem reklamacyjnym jest kilka par, więc wiecie, to nie takie proste ;p W uzasadnieniu napisali mi, że uszkodzenie było wynikiem zahaczenia o przeszkodę, a ponieważ nie załączyłam do butów owego elementu ozdobnego, to nie mogą mi ich naprawić. Szczerze, nienawidzę, gdy ktoś mi wmawia coś, co nie miało miejsca, ba, nie wiem co musiałabym zrobić, by zahaczyć akurat tą częścią buta o cokolwiek. Mogę składać odwołanie od tej decyzji, ale chcę najpierw skonsultować się z Federacją Konsumentów, bo może (a nawet na pewno) to tylko strata czasu.
Wiecie co jest najgorsze w tej sytuacji? Nie mam za bardzo w czym teraz chodzić. Trampki, które posiadam nie pasują do spódnicy ;p Takie przepychanki z CCC trwają długie tygodnie, więc chyba czeka mnie zakup kolejnej pary butów. I wiem, do którego sklepu już na pewno nie wejdę.

Niewątpliwie ten tydzień zrobił mi Bieg Nocny. Rozpiszę się więcej na dniach, ale czas, jaki wykręciłam zaskoczył nawet mnie. Stanowczo jestem na jakieś fali, jeśli w ciągu tygodnia poprawiam się o ponad 10 min ;p

BIEGUSIEM I JOGUSIEM

Biegusiem, jak widać, nieco lepiej. Z treningu na trening jest coraz lepiej - tętno w końcu się uspokoiło. Jak wyjdę z anemii to będzie ogień ;p
Joga w tym tygodniu przyniosła ze sobą więcej pracy z oddechem. Oddech oceanu jest moim nowym celem, choć wciąż bardziej chrapię, niż huczę, hiperwentyluję się, gardło mnie boli, no ale nie ma nic za darmo. Oprócz wpierdolu. 

PIOSENKA TYGODNIA

Kolejna nuta, która przewijając się przez playlisty Spotify wpadła mi w ucho. Wwierciła w mózg. Za entym razem postanowiłam sprawdzić kto i co. I co? Selena Gomez. Czekam dnia, gdy zacznę słuchać Biebera :killmethen:

Kolejny tydzień przede mną, kolejne atrakcje. Czas zastanowić się: co dalej w tematyce biegania, a raczej co w międzyczasie, bo jakoś tak nie pobiec półmaratonu w Krk chyba nie wypada :); jak znaleźć czas na siłownię; w jakich produktach jest dużo żelaza. Jakby w gratisie do tych przemyśleń rozciągnęła mi się dobra, to byłabym mega szczęśliwa.

Miłego tygodnia!
N.

sobota, 11 kwietnia 2015

WeekEnd - Reaktywacja. Reanimacja.


Sobotnie popołudnie. Po 7h siłowni z pacjentami i borowiną zawijam do portu. Próbuję zasnąć, bo we śnie nie czuć bólu. Telefon pika, ktoś myli przyciski w domofonie, sąsiad testuje wiertarkę. Nie ma lekko.

Wtem pojawia się myśl: może by tak rzucić wszystko i napisać notkę?

WZLOTY I UPADKI

Minął prawie miesiąc od ostatniego WeekEndu. Nie potrafię wydobyć z pamięci nic wartego wspomnienia (a może nie chce mi się myśleć). Dni, tygodnie lecą jak szalone. Wychodzę rano z domu w ciepłej kurtce i wracam w podobnych warunkach atmosferycznych wieczorem, nie wiedząc nawet, że to już wiosna. A dziś to nawet lato :) Miałam niemałe zdziwko po wyjściu z pracy!

Odpadł mi element ozdobny z balerinki. Buty poleciały na reklamację, jak można się było spodziewać po CCC, uznaną za niezasadną, więc przez najbliższe tygodnie będzie wesoła zabawa w towarzystwie Federacji Konsumentów i Polubownego Sądu Konsumenckiego <3 Swoją drogą, jeśli macie jakieś doświadczenia w tej materii, podzielcie się. Lubię być przygotowana na każdy haczyk.

Mam taką chęć na zmiany, niestety niezbyt konkretną. Kolejne porządki w szafie? Nowy mundurek do pracy? Może nowy szablon bloga? 

BIEGUSIEM I JOGUSIEM

Jedyne, czym mogę się pochwalić w odniesieniu do minionych tygodni to regularna praktyka jogi oraz regularne obniżanie się tętna podczas biegania ;p Do przyzwoitego tempa jeszcze bardzo daleko, ale cieszę się, że z moim sercem jest wszystko w porządku. Dręcząca mnie ostatnio wściekłość na pokrzyżowane plany, o to, że nie będzie nawet walki o życiówkę podczas Biegu Nocnego, o zmarnowany czas, zaczyna się ulatniać. Powoli nie mogę się doczekać piątku. Przemknęło mi nawet przez myśl: i co potem? 
Oczywiście równocześnie dopada mnie przedstartowa sraka, denerwuję się, jak w domu braknie bananów, nie wiem, czy chcę coś (i co) jeść podczas biegu, które spodnie ubrać, czy koszulka z pakietu nie będzie za luźna, może jednak zamówić na gwałt zegarek (pozdrawiam Ewelinę!), bo co jeśli telefon znowu strzeli focha. Te i miliony bzdurnych problemów.

PIOSENKA OSTATNICH TYGODNI

Mam taką nutę, którą zapuszczam sobie w drodze między przystankiem autobusowym a siłownią. Sia - Elastic Heart. Nie wiem co jest w tym piejącym głosie wokalistki, ale momentalnie mam gęsią skórkę i motywacje z kosmosu. 

Nie ma lekko. Spoglądam przez okno na tłumy biegaczy, rolkarzy, rowerzystów i spacerowiczów. Nie wiedziałam, że moja okolica taka ruchliwa. Podejmuję spontaniczną decyzję o miłym joggingu. Unoszę się z kanapy i wdzięcznie kończę swój entuzjastyczny podryw na podłodze. Było mi tak wygodnie, że przestało boleć. Teraz boli znów.

N.

niedziela, 15 marca 2015

WeekEnd - Jakoś leci



Konkretne rzeczy niewątpliwie przyciągają uwagę, lecz większość z nich to tylko drobnostki, jakby niepotrzebne zbaczanie z drogi. Im dalej próbuje człowiek spojrzeć, tym bardziej się wszystko uogólnia.
Haruki Murakami "Kronika ptaka nakręcacza"

WZLOTY I UPADKI

Miał być luźny tydzień w pracy - dosadziłam więc sobie robótek typu robię to później, pewnie nigdy i o dziwo dużo spraw domknęłam. Rzuciłam się też w wir jogi, na której królują teraz rollery piankowe i intymne asysty w asanach. Jeśli kogoś nudzi samotna praktyka, polecam wyjść do ludzi.

Koleżanka pracująca przeważnie na sali gimnastycznej i fizykoterapii doznała szoku spędzając dwa dni na fasonach siarczkowych. Zaskoczyli ją ludzie, ich agresja, rzucanie zadem, opryskliwe uwagi. Z podziwu wyjść nie mogła, że ten sam pacjent, który od poniedziałku do środy był bardzo miłym i zrównoważonym osobnikiem na sali gimnastycznej, dowiedziawszy się we czwartek, iż musi poczekać na zabieg 20 min, bo ona ma teraz przerwę, dostał piany, bo dlaczego nie weźmie go wcześniej, skoro on jest wcześniej?
Kiedyś sądziłam, że taki dysonans miedzy tym, co się dzieje na sali/fizyko a zabiegami balneologicznymi wynika z tzw. podejścia personelu - ile razy przecież tak było, że nie przyjęłam kogoś na zabieg, bo się spóźnił 2 godziny i potem do końca turnusu wyżywał się na mnie za to, ile razy miałam krzywą minę (bo po 5 godzinach wśród oparów siarkowodoru już ciężko udawać, że jest fajnie i miło), byłam niemiła, bo odpowiadam zdaniami prostymi, a nie podrzędnie złożonymi (tak, kiedyś pacjent mi coś takiego zarzucił..), innymi słowy, sami prowokujemy pacjentów do agresywnego zachowania, bo nie rzygamy tęczą. Bo nie kryjemy zmęczenia. Bo nie chce nam się słuchać o kastracji ich kotków. Więc wyczuwając z naszej strony pozorną niechęć, rzucają się z kłami. Okazuje się, że to jednak niezależne od osoby, nie powiem, jest to jakiś powiew nadziei, że ta praca nie zrobiła ze mnie cynicznej służbistki - to pacjentom zwyczajnie odpierdala.

Na koniec tygodnia nasza solenizantka uraczyła nas swoimi wypiekami - tradycyjnie obżarłam się i odetkało mnie dopiero na wieczornych zakupach żywieniowych.. czyli najgorzej, bo rachunek od razu większy ;p

WYZWANIE NA KOLEJNY TYDZIEŃ

Zamówiłam na allegro super-żarło, czyli nasiona chia, amarantus i inne tego typu egzotyczne słowa. Będą puddingi i ciasteczka. Bardzo brakuje mi moich własnych wypieków, kiedyś dużo piekłam, teraz ciężko mi przypomnieć sobie kiedy ostatni raz robiłam muffiny :(

BIEGUSIEM!

Na liczniku: 4,5 km! Yay! 
Mama wyciągnęła mnie dziś do fitness klubu, uznałam więc, że to wspaniała okazja, by realnie ocenić swoje możliwości na bieżni. I realnie jest bardzo źle. Po tych dwóch zasmarkanych miesiącach bardzo ciężko dochodzę do siebie, w tym tygodniu pojawiło się podwyższone ciśnienie, dziś okazało się, ze tętno szczytuje szybciej, niż Anastazja - służebnica Greya - normalnie Ciechocinek. Ale nie poddaję się, jeszcze 4 tygodnie do startu.

PIOSENKA TYGODNIA

Nuta zupełnie nie w moim stylu, ale mam tak czasem, że przyplącze się do mnie jakiś stary hit i męczy. Niech Was też pomęczy ;p GrubSon - Na szczycie. Dużo dziś tych szczytów :)

N.

niedziela, 8 marca 2015

WeekEnd - Lżej


Niedzielny wieczór, w przerwach między warstwami emalii nakładanej na paznokcie (Essie, tak bardzo #nabogato ;p) odpalam bloggera. WeekEnd czas spłodzić. Tymczasem telefon świergoli, że już czas udać się do innego rozpłodowego miejsca - łóżka. Nie tyle celem rozpłodu, co snu, wszak jutro znowu budzę koguty!

No, ale jak to tak iść spać o 21? Poza tym, lakier wciąż mokry ;p

WZLOTY I UPADKI

Pomstowałam kiedyś, że powinnam otrzymywać dodatek do pensji za szkodliwe warunki pracy - siarkowodór. Po tym tygodniu do swoich wniosków dołączam dodatek za obcowanie z ludzką głupotą. 

Pani komercyjna Płacę, to wymagam podważyła siarkowość wody siarczkowej, w której kąpała była się. Wiecie, za mało siarki w siarce.. Zdarza się nierzadko, iż przyjezdni myślą, że nalewamy im wannę kranówy do której dosypujemy siarkę w proszku :) Ale Pani wiedziała, że mamy swoje źródełko. Jakim więc cudem miałam jej szykować za mało siarkową kąpiel? Jeśli jednak zdecyduje się wnieść na mnie skargę (yay, moja pierwsza skarga <3), to kadra znów będzie miała skręt kiszek ze śmiechu.

Pan komercyjny (ale nie generalizujmy..) Płacę, to chcę się nachapać po wejściu do wanny napełnia sobie siareczką plastikowe butelki. To była dla mnie nowość - brać siarki spod swoich jaj.

Nie, koniec FAPów. 
Pozostając jednak w tematyce okołomedycznej, środa znów spędzona jako pacjent. Większym kabaretem, niż ten w poradni onkologicznej okazuje się być sytuacja pod odbywającą się tuż obok komisją lekarską (tym razem weryfikacja kart parkingowych). Rozpoczynając od doktorów medycyny wszelakiej wyuczonych przez google po wielce schorowane elementy, które cudem przy życiu się trzymają, tak słabo, tak ciężko, niepełnosprawni tak bardzo, ale gdy trzeba dobiec do wolnego miejsca na ławce pod gabinetem, to nawet dwie kule nie przeszkadzają. Mam nadzieję, że im te karty parkingowe zabrali.

Czwartek na hardkorze, tak jak lubię. Praca, Lidl, malowanie u Mężczyzny, obiad (kolacja?) i sruu na fitnessy, bo multisport ;p Wybrałam jogę z moim ulubionym joginem, który to znowu wybrał na tamten wieczór tortury na rollerze i opracowywanie punktów spustowych. Dobrze, że było ciemno na sali, łzy leciały strumieniami. Wróciłam do domu przed 23 skonana i szczęśliwa. Bo chyba w końcu etap chorowania mam za sobą! Nie pozwalałabym sobie na taki optymizm, ale to już tydzień bez gorączki, he he ;p

Piątek siarka, sobota siarka. Niedziela słoneczna i na chilloucie. Czuję jak spływa na mnie ten stan whatever i mam nadzieję, że utrzyma się przez cały nadchodzący tydzień. Bez przejmowania się debilami, bez stresu, bez napinki. Janusze życia zawsze się znajdą.

WYZWANIE NA KOLEJNY TYDZIEŃ

W kwestii planowania treningu siłowego jest jak zawsze w takich sytuacjach - im więcej się dowiaduję, tym mniej wiem :) Więc może zacznę po prostu od tego, co lubię.
Z planowanych na ten tydzień dwóch notek, poza WeekEndem, wyszła tylko jedna. Ale to i tak 100% więcej, więc nie narzekajmy! 

NIE-BIEGUSIEM, BO JOGUSIEM

W tym temacie bez większych zmian. Na liczniku całe 0 km.

Nie wiem, czy to dzisiejszy spacer, słońce, czy wracające siły witalne, ale jest mi jakoś lżej. Co prawda daleko mi do wiosennego hurra-optymizmu (kocham zimę, śnieg, mróz, handlujta z tym), nie określiłabym się też mianem meteopaty, jednak wyraźnie jest mi dziś lżej. I wcale nie obraziłabym się, gdyby tak pozostało :)

Miłego i słonecznego tygodnia!
N.

niedziela, 1 marca 2015

WeekEnd - Wacław!


WZLOTY I UPADKI

Pamiętacie jak w zeszłym tygodniu pisałam, że chce mi się ciastka z kremem? Nie? Ja też zdążyłam szybko o tym zapomnieć. Mężczyzna nie zapomniał i gdy pojawił się u mego progu, by zabrać mi kompa na transplantacje dysku, przytargał kremówki i wuzetki :D Om nom nom!

Operacja ASUSka przebiegła pomyślnie, mam teraz szybszy komputer, niż gdy go kupiłam <3 Mam też Windowsa 8 i dopiero ogarniam jego wodotryski. Interfejs jest okropnie infantylny, ale kilka rozwiązań jest jakby dedykowane dla mnie. 

Szeregi dziesiątkowanej chorobami wszelakimi kadry zasilił nowy pracownik - Wacław Urlop. Na razie robi karierę strasząc mnie swoim jestestwem. Po tym dość trudnym tygodniu w pracy znów pojawia się u mnie refleksja, iż kiszę się tam już chyba tylko dla zajebistego towarzystwa.. bo o dziecinadzie pacjentów już nawet nie chce mi się pisać. Nie rozumiem i nigdy pewnie nie pojmę na cholerę zawracać komuś gitarę skoro nie chce się pomocy, tylko wymacania przez męskie dłonie? Męska prostytutka byłaby chyba dyskretniejszym rozwiązaniem.

Z ulgą więc dotoczyłam się do weekendu, katar wreszcie odpuszczał, siły jakby wracały (w pt prowadziłam gimnastykę grupową, zrobiłam 10 ruchów imitujących damską pompkę i miałam zakwasy, lol) - niestety dziś znów uroczy dzień w łóżku, pociągająca, kaszląca, cud malina! :/

WYZWANIE NA KOLEJNY TYDZIEŃ

W sumie nieważne, czy sobie coś zaplanuję i nie zrealizuję tych planów, bo choroba, czy właśnie przekornie nic nie zaplanuję, by nie pokrzyżowała mi tego choroba. I tak jestem ciągle chora, więc sobie chociaż pomarzę o normalnym życiu i coś zaplanuję. Taki myk!

Na pierwszy ogień idą treningi. Na dniach rozpocznę obcowanie z multisportem (wishful thinking), więc dobrze by było wkroczyć na siłownię już z gotowym pomysłem na siebie. Jestem w trakcie ciekawej lektury o treningu siłowym zakładającym ćwiczenie w jednej serii, do upadku mięśniowego i o kilka powtórzeń więcej ;p Wymaga jednak dobrej techniki i co najmniej dwóch miesięcy zwykłego treningu siłowego. 

Drugą palącą sprawą są notki tutaj. Dwie dodatkowe powinny się ukazać - czas na przelanie ich do neta powinnam mieć, także kto wie, kto wie ;p

NIE-BIEGUSIEM

Generalnie ilekroć korzystam z kalendarza (pincet razy dziennie) udaję, że nie dostrzegam rozpisanego tam planu treningowego. Wcale nie przejmuję się tym, że czasu do dyszki coraz mniej, ani troszeczkę! I może gdy w końcu się ocknę, przyznam przed samą sobą, że nowej życiówki w kwietniu nie będzie, że jesienne i zimowe treningi poszły na marne. Ale na razie ciiii, wszystko jest w porządku ^^

Powtórzę się pewnie, iż czas okropnie mi zapierdala. Dni lecą jak szalone, w pewnym utartym schemacie, a jedyne odstępstwa to te zgotowane przez nagłą gorączkę, czy atak wyciskającego łzy kataru. W sumie lubię takie dni, nie mam szans na zamartwianie się wiosną, której jeszcze nie ma, czy innymi średnio istotnymi sprawami spędzającymi sen z powiek ludziom, którym się za bardzo nudzi (co ja się w robocie nasłucham problemów pierwszego świata..) :)
Byle nie przegapić Wielkanocy ;p

N.

niedziela, 22 lutego 2015

WeekEnd - Pinsiont facjat kataru


WZLOTY I UPADKI

Tydzień zapowiadał się lajtowo. Mało pracy (i płacy), za to więcej czasu dla siebie. Poniedziałek nawet taki był - krótka drzemka po kieracie, obiad i inne obowiązki kury domowej, długie godziny przed kompem (chcę zmienić dysk, więc muszę przegrać cały swój dorobek plikowy na dyski zewnętrzne, God bless USB 3.0!) i znacznie więcej niż 30 min poświęcone książce niebranżowej. We wtorek nawet wyszłam do ludzi! Konkretniej, do Mężczyzny, bo przyszło mu Playstation i cała masa gier, w które mogłabym zagrać, ale nie mam czasu i konsoli ;p 

We środę nawiedzili nas panowie rozprowadzający sprzęt rehabilitacyjny. Nasze oczekiwania i wizja pracy fizjoterapeuty okazały się mocno rozbieżne, więc obawiam się, że tym razem do dealu nie dojdzie ;p Przez moment nawet byłam wkurzona o marnowanie mojego czasu (zapowiadając się z wizytą obiecywali zaprezentować urządzenie pomocne do pracy z PNFem, dlatego musiałam tam kiblować. Oczywiście to była wielka bujda, jak na przedstawicieli handlowych przystało..), ale wieczorem czekała na mnie niemała atrakcja, więc bez komentarza ulotniłam się do domu.

Wieczorem wraz Olą i jej koleżankami (dream team na takie eventy!) poszłyśmy na Greya. Czy mi się podobało? Cóż, uśmiałam się lepiej, niż na niejednej komedii, choć może nie jest to do końca zasługa filmu. Czy film jest lepszy niż książka? O trylogii pisałam już jakiś czas temu - KLIK, jeśli chodzi o ekranizację pierwszej części, to oszczędzone nam są monologi wewnętrzne Anastazji, wezwania św. Barnaby, czy inne nużące opisy. Podobnie jak po lekturze papierowej wersji, tak i po wizycie w kinie zastanawia mnie podnieta praktykami Krystiana. Przedstawiony nam na tej podstawie BDSM jest bardzo.. okrojony? Chociaż pewnie nie jestem odpowiednią osobą do wypowiadania się w tej kwestii, nigdy nie brałam udziału w podobnych zabawach, ale moje ich wyobrażenie, szczególnie po lekturze książki Chuć, czyli normalne rozmowy o perwersyjnym seksie, sprawia, że kajdanki/krawaty/linki i pawie piórko w łóżku nie są dla mnie czymś tajemniczym, ciemnym, mrocznym, strasznym. Ot, urozmaicenie życia erotycznego. Jedni zlizują z siebie bitą śmietanę, drudzy krępują sobie kończyny ^^

Czwartek, eh. Dostaję w pracy gorączki. Wiem, bo oczy bolą mnie tak, że nawet nie mogę nimi poruszać. W domu okazuje się, że 38 st już gotowe by rzucić mnie w pościel, związać mi ręce i nos chusteczkami, rozgrzać, rozpalić i tak zostawić - baw się dobrze, Natik! Tymczasem czeka mnie jeszcze wycieczka na USG..

Piątek przesmarkałam. Sobotę przesmarkałam. Dziś wciąż smarkam, choć ten jeden dzień nie w pracy. Jeśli ktoś teraz zastanawia się, czy mu się blogi nie pomyliły, bo przecież dopiero co wyzdrowiałam, to tak, w tym roku, a mamy dopiero ósmy jego tydzień, mam na liczniku już 6 tygodni chorowania :D I tak, za każdym razem słyszę od lekarzy, że to tylko przeziębienie <3 I owszem, pracuję, bo na śmieciówce nie ma L4 :facepalm:

Pozostałych akapitów weekendowego postu nie będzie - raczej nie biegam/ćwiczę z gorączką, katarem, nie mam na to siły. Słuchałam głównie ścieżki dźwiękowej z 50 twarzy Greya, a mam wrażenie, że lubienie czegokolwiek związanego z Greyem jest jakimś faux pas (hejtowanie z resztą też), a jakoś nie mam ochoty na kolejną gównoburzę. 

Mam za to ochotę na ciastko z kremem, raju, ale bym jadła ciastko z kremem! :D

N.

niedziela, 15 lutego 2015

WeekEnd - Zimno mi w stopy


Kolejne siedem dni za mną. Kolejny tydzień przeleciał jak błyskawica. Za każdym razem, gdy piszę te podsumowania, mam nadzieję, że od poniedziałku będzie lżej, trochę się ustabilizuje. Tymczasem czasu dla siebie, dla bliskich brak, ledwo gospodaruję go na przygotowanie się do pracy..

WZLOTY I UPADKI

Zaczęłam tydzień mocno, bo od zakupów w Lidlu - tydzień azjatycki to zło, cieszę się, że ma miejsce dwa razy do roku, choć może gdybym wiedziała, że produkty te będą dostępne częściej, nie wrzucałabym do koszyka właściwie wszystkiego, bo kiedy znowu nadarzy się okazja kupić ten wyśmienity sos z mango za 3 zł!? ;p

W pracy ciężko. Gimnastyka indywidualna, która połowie tych osób jest totalnie niepotrzebna, no ale płacą, to wymagają, a ja się pocę, bo ni cholera nie wiem jak PNFem rozgrzać zmarznięte stopy.. :D To trochę jak rozpalać ognisko pocierając o siebie kciuk i palec wskazujący.

Wspominałam w ostatnim WeekEndzie, że nie zasadzam się na ofertę sportową Lidla, bo nic ciekawego tam nie ma (tzn. czego nie mam ;p), natomiast Biedra zaskoczyła mnie piankowymi wałkami oraz klockami do jogi! Ten pierwszy sobie wzięłam i jestem naprawdę zaskoczona jego jakością, jest bardzo twardy <3 Roluję, łzy płyną mi strumieniami, ale i tak uważam go za zakup tego roku!

Czwartek obfitował też w tonę słodyczy, głównie pączków. Część pracowników uznała, że świętowania nie odpuści, a samemu jeść nie będzie, więc 10-20 szt. powinno być w sam raz. Wystarczy, że pomyślała tak 1/4 personelu i po prostu tonęliśmy w lukrze :) Jak zobaczyłam te góry pączków, to mi się pączko-wstręt włączył i właściwie do wieczora nie byłam w stanie żadnego tknąć :( Także podsumowanie tłustego czwartku: 2 szt (z czego jeden w piątek rano ;p)

Sobotnie walentynki spędziliśmy z Mężczyzną w kinie na 50 twarzach Greya. 
:D 
Oczywiście żartuję, to nie nasze ostatnie wspólne walentynki. Jako zdeklarowani walentynkosceptycy (może bardziej walentynkowego-kiczu-sceptycy) udaliśmy się na doroczne walę-drinki, czyli tour po krakowskich banialukach i pijalniach wódki i piwa oraz innych przybytkach z tanim alkoholem. Zostałam fanką kilku nowych dla mnie szotów oraz piwa Ciechan Wyborne!

Dzisiejszy dzień miał być dniem nicnierobienia, a wyszło tak, że spędziłam go w kuchni, wszak ani obiad, ani jedzenie na jutro do pracy samo się nie zrobi. 

WYZWANIE NA KOLEJNY TYDZIEŃ

Hmm, chodzi za mną jaglane brownie z pekanami, które upiekłam sobie na urodziny, może uda się wygospodarować chwilkę na jego produkcję?

BIEGUSIEM

We środę zaatakowałam ścieżki biegowe ;p Bardzo mi się nie chciało, ale 4,5 km zrobiłam. Drugiego, weekendowego biegu już nie było. W piątek w pracy rozbolało mnie kolano. Dwukrotnie uraczyłam je krioterapią, jednak efekt był tylko kilkugodzinny. Wieczorne sprzątanie mieszkania tylko nasiliło dolegliwości i choć w sobotę było nawet przyzwoicie (lekki ból), tak w niedziele znów spędziłam z lodem na kolanie. Zobaczymy jak będzie jutro, może uda się pobiegać.

Generalnie mam bogate plany na najbliższe dni :) Pracy będzie trochę mniej, może znów coś ponadrabiam z takich błahostek jak manicure, podlewanie kwiatków, czy wypastowanie butów. A być może będzie tak jak ostatnio - praca - jedzenie - sen. Trzymajcie kciuki za pierwszy scenariusz.
Miłego tygodnia!

N.

poniedziałek, 9 lutego 2015

WeekEnd - "powyżej 5 minut"


Meh!
Wytyrał mnie ten tydzień, choć spodziewałam się nadmiaru wolnego czasu ;p Ostatnio martwiłam się nadchodzącym kryzysem zawodowym, tymczasem swoją postawą zasłużyłam na miano pracownika tygodnia! 

WZLOTY I UPADKI

Wstawanie o 5 powinno być wynagradzane trzynastą/czternastą/piętnastą pensją - górnik może, to ja też chcę! W poniedziałek nawet podwójnie. Nim dotarłam do pracy obiłam ciało chyba o wszystkie szafy, framugi, krawężniki itp, które wyrosły na mej drodze, tak byłam nieprzytomna. Otrzeźwiałam jakieś 3 min po rozpoczęciu pracy - pacjent w wannie zabawiał się kurkami, czego robić mu nie wolno, o czym jest informowany w podpisywanym regulaminie, którego nie przeczytał oraz na kartce zawieszonej na ścianie w każdej kabinie. Dostał słowne upomnienie.

Tamtego dnia na zabieg spóźniło się kilka osób. Część nieznacznie, kilka minut, część znaczniej, kilkadziesiąt. Ci drudzy odsyłani byli do biura usług po nowy termin, co oczywiście wywołało burzę bluzgów w stronę nas, zabiegowców, bo przecież panie w zeszłym tygodniu przyjmowały nawet jak ktoś się spóźnił kilka dni, a my co? Tyle, że w zeszłym tygodniu było o jakieś 3/4 pacjentów mniej, więc spoko, teraz mam wszystkie wanny zajęte, a one jednak przez pączkowanie mnożyć się nie chcą ;p

W wtorek doszło do drastycznej sytuacji. Pani miała kąpiel o 8, przyszła 20 min spóźniona, bo ponoć nie miała jak dojechać (a domyślam się, że celowo tak przyjechała, bo musiałaby czekać ok. 30 min na kolejny zabieg, więc wymuszając u nas późniejsze przyjęcie mogła od razu polecieć na ten kolejny..). Miała pecha, bo trafiła na mnie. A ja już byłam w trybie zero tolerancji dla spóźnialskich. Powiedziałam jej, że już jej nie wezmę, niech przeplanuje zabieg. Pani chyba totalnie nie spodziewała się takiego obrotu spraw i mojej stanowczości, więc zaczęła na mnie krzyczeć, na zmianę jęcząc o litość, by znów wlepić kilka epitetów. W sumie jak się na to patrzy z boku, to niezły kabaret ;p Zdegustowana mą posągową postawą i powtarzanym w kółko nie, poszła sobie. Zrobiła kolejny zabieg i wróciła. Tym razem postawiła na inne argumenty - Mieszka na papierze. Rzuciła się na mnie, masakrując kieszeń mego mundurka, próbując upchać tam wyżej wspomniany banknocik. Tak mnie tym wkurwiła, że chyba każdy w jedenastu kabinach kąpielowych usłyszał, że ma sobie zabrać swoje pieniądze i iść do planowania ;D Poszła.

We środę przyszłam do pracy z pendrive'm, z którego wydrukowałam kartkę o treści: Drodzy kuracjusze, osoby spóźnione na kąpiel siarczkową powyżej 5 min nie będą przyjmowane na zabieg. Pani w recepcji, która drukowała mi ten świstek, tak spodobała się ta informacja, że dołożyła mi koszulkę gratis oraz taśmę klejącą i nożyczki :D 

Czwartek rozwalił mi system. Pan kuracjusz, wojujący z kurkami już we wtorek, dał tego dnia takiego czadu, że poszłam złożyć na niego skargę do Kierowniczki. Jeszcze żaden pacjent, a fikało wielu, nie dostąpił tego zaszczytu. No, ale ogarnijcie tę historię. Przychodzi gościu, w jednej ręce bety, w drugiej kubek z czekoladą? kakałkiem? innym napojem z automatu? - łamiąc punkt o nie spożywaniu pokarmów i napojów w trakcie zabiegów. Pyta się, gdzie idziemy. Czasem mówię do pacjentów, że idziemy tu, czy tam, więc początkowo nie zwróciło to mojej uwagi. Jednak pan mówi o sobie w liczbie mnogiej cały czas, gdy nie siedzi w wannie. Natomiast w wannie, a mieliśmy we czwartek wiele okazji do dyskusji podczas jego kąpieli, jest pojedynczym bytem :D 
Po tym jak zaprowadzę pacjenta do kabiny, ma on czas na rozebranie się, wejście do wanny i poinformowanie mnie o tym. Jest to dla mnie znak, że mogę zacząć odliczać mu czas oraz okazja dla niego, by powiedzieć, że woda jest za zimna, za ciepła, takie tam. Po dziesięciu, czasem piętnastu minutach (w zależności od zlecenia lekarza) wkładam rękę pod kotarkę i mówię pacjentowi, że już koniec zabiegu. Ma on wtedy wychodzić, wyjmując korek z wanny, by zdążyła się opróżnić, nim będę ją myć. Oczywiście można sobie najpierw wyjąć korek, poczekać w wannie, gdy siarka spływa i wyjść dopiero po tym - nie wnikamy w to. 
Pan z kakałkiem w dłoni wchodzi do kabiny. Po chwili słychać, że wchodzi do wody. Plum, plum, skrzypienie wanny, plusk, westchnięcie i nastaje cisza. Pytam więc, czy już wszedł, potwierdza, pytany o temperaturę wody stwierdza, że jest w porządku. No to pyk, zegar odlicza. Wykonuję kroki oddalające mnie od kabiny, wnet przypominając sobie, że właściwie to szłam do składziku po płyn... i oto słyszę falującą u niego wodę, skrzypienie odkręcanego kurka! Ha, wyczekał, aż odejdę i przystąpił do kręcenia! Chrząkam więc znacząco (będąc dokładnie za kotarką), ale nie reaguje. Upominam więc słownie, iż ma zakręcić kurki. Pan wchodzi ze mną w dyskusję, że jestem zasadnicza, że go pilnuję, że jemu zimno (tak, 10 sekund wcześniej powiedział, że jest w porządku :>) - a woda cały czas się dolewa. Nie ustępowałam, więc w końcu zakręcił. Postałam tak na nasłuchu przez kilkanaście sekund i łup, gość powtarza akcję z kurkiem. Znów go upominam, tym razem pytając czego nie zrozumiał w mojej prośbie sprzed minuty. Kolejny monolog typu jaka to ja nie jestem, co mi tak zależy, bla bla, zakręcił. I tak się goniliśmy jak mysz z kotem przez 10 min. Gdy zadzwonił zegarek poinformowałam go o końcu zabiegu, na co odrzekł dobrze, dziękuję i zaczął się wiercić w wannie. Chyba myślał, że sobie pójdę ;p Powiercił się moment i dalej cisza. Korka oczywiście nie wyjął, woda nie spływa (to też słychać), a on siedzi sobie dalej. Spytałam, czy mam mu pomóc, czy poradzi sobie z wyjęciem korka ;D Znów wyzwiska, znów epitety, ale słyszę, że korek wyjmuje.... i wkłada kilka sekund później. Co za tupet! Wparowałam mu do kabiny razem z kotarką, wyrwałam ten korek z wanny, wyrzuciłam i kazałam się zbierać. Pan oczywiście wyszedł uśmiechnięty, zadowolony, z kubeczkiem po kakałku, rzucając na do widzenia: Dziękujemy, życzymy miłego dnia! Tak właśnie zachowują się dorośli ludzie w uzdrowisku :>

Piątek trochę mi się przeciągnął za sprawą koleżanki, która nie mogła dotrzeć na swoją zmianę na czas, zakombinowała tak, że już nikt nie wiedział kto gdzie ma być i kogo zastępuję, więc musiałam po swojej zmianie zostać jeszcze 1,5 h na borowinie. 

Ale żeby świat nie był taki ponury, to we czwartek poszłam do fryzjera, przeżyłam (bo trauma, jak kobieta chwyciła za suszarkę to krew mi odpłynęła z twarzy ;p) i nawet mam coś fajnego na głowie. W piątek chodziłam i każdemu machałam ostentacyjnie głową, co skończyło się odblokowaniem C2/C3, strzelającym cały wieczór kręgosłupem i wyciskającym łzy z oczu bólem mięśni przykręgosłupowych w sobotę. Jednak odzyskanie, o tylu latach, pełnego zakresu ruchomości w odcinku szyjnym było tego warte! :D Natomiast w piątek kupiłam tunikę/sukienkę na promocji.

W niedziele Mężczyzna wyciągnął mnie na Kubińską Holę. Pizgało złem, skrótowo podsumowując ten wypad ;p Waliło śniegiem, chłostało wiatrem, widoczność w okolicach -10m, dwa piękne orły zaliczone, z czego pierwszy tak widowiskowy, że aż szkoda, że nie uwieczniony! A na osłodę ostatnia godzina szusowania w pełnym słońcu i po dziewiczym puchu <3

WYZWANIE NA KOLEJNY TYDZIEŃ

Z poprzednich wyzwań nie udało mi się totalne wyjebanie na pracę (ale trochę sobie odbiłam na niesfornych pacjentach, chyba im tego było trzeba, bo im dalej w tydzień, tym mniej spóźnień, pyskówek i innych dziwnych zachowań) oraz spotkania z D. Jak już wspomniałam, inaczej sobie wyobrażałam tamten tydzień, a wyszło jak zawsze. Na ten szykuję już sobie polówkę do pracy, bo właściwie po co wracać do domu ;p

Biegać dalej.
Jak się uda, zrobić badania krwi.
Nie wydać pół pensji na tygodniu azjatyckim w Lidlu ;p O sportowe ciuszki się nie martwię, nic mnie nie zainteresowało :(

BIEGUSIEM

W tym temacie coś delikatnie drgnęło ;p
We środę zrobiłam 3 km rozbiegania i podbiegi. Wciąż jadę na zmodyfikowanym planie i mam takie poczucie, że mogłabym już wrócić na swoje tory, a kilka godzin później nie mam już na nic siły, więc to jeszcze nie czas. Do tego praca, która właściwie jest x razy bardziej wysiłkowa, męcząca, destrukcyjna, niż pyknięcie 20 km w niedziele. Nie potrafię poskładać tego do kupy. Trochę ostatnio o tym myślałam i jeśli kiedykolwiek uda mi się znaleźć czas na te wszystkie posty, które napisałam w swojej głowie, to się dowiecie co wymyśliłam ;p

PIOSENKA TYGODNIA

Ponoć leci w jakieś reklamie w TV, bo jak się zachwyciłam, że zajebista nuta, to mi każdy mówi, że już nią rzyga, bo molestują nią niczym Lisowską swego czasu. No, ale mi się podoba, dobrze się do niej biega, więc podsuwam: AWOLNATION - Sail

I tak z drobnym poślizgiem podsumowałam zeszły tydzień i ochoczo wkraczam w kolejny ;p Właściwie to zostały już tylko 4 dni pracy i znów weekend!

N.

niedziela, 1 lutego 2015

WeekEnd - In your face!


Czy ja przypadkiem nie paradowałam w tym tygodniu z informacją na czole/plecach "weź mnie zgnój, wykorzystaj, wyżyj się na mnie, obraź lub zwyzywaj"? Mam niejasne wrażenie, że połączenie aury za oknem, deficytu słońca, przedłużającego się blue monday powoduje, że ludzie pozwalają sobie na nieco za dużo. Piszę tu konkretnie o pracy, bo poza nią nie mogę narzekać na jakiekolwiek niedogodności.

WZLOTY I UPADKI

Niewątpliwym awansem społecznym było nowe zarządzenie Prezesa, iż mamy się z kolegą rotować na sali gimnastycznej. Takiej małej, do ćwiczeń indywidualnych. Dla mnie super, mam okazję poćwiczyć sobie PNF. Dla pacjentów gorzej, bo jak już się przyzwyczają do terapeuty, to wraz z nowym tygodniem dostaną nowego. W taki właśnie sposób odziedziczyłam pewną panią, która jednego dnia potrafiła mnie totalnie rozsierdzić, by drugiego, gdy już nawet mnie się nie chciało, zaskoczyć sumiennością. Pewnie już wiecie, że nie lubię pacjentów, którzy olewają rehabilitację. A już zupełnie nie rozumiem ludzi, którzy sami za to płacą, nierzadko ciężkie pieniądze, by potem obijać się i snuć historyjki, byle tylko się nie spocić.

Do tej cudownej huśtawki (bo zagłębiwszy się w przypadek pacjentki spędziłam cały wieczór na planowaniu jej terapii, by dowiedzieć się, że właściwie to jej się nie chce, więc znowu straciłam kupę czasu...) doszły nieporozumienia w kwestii na którą godzinę miałam być w pracy, gdzie w danym momencie mam być, dlaczego nie mam ochoty z marszu prowadzić gimnastyki zbiorowej, a w ogóle to nic nie pomagam! Czasem fallus z jasnego nieba mnie strzela, gdy widzę, co się dzieje w moim miejscu pracy, a w tym tygodniu wybitnie strzelał mnie dzień w dzień. Jest jakieś niepisane prawo, iż pracownicy etatowi nie tykają się brudnej roboty (kąpiele siarkowe, borowina) - tej, po której nie wiesz jak się nazywasz, do domu trafiasz na autopilocie, a potem leżysz kilka godzin, bo kręgosłup napierdala tak, że tracisz władzę w nogach. Tylko fizykoterapia i sala gimnastyczna. I im się nie chce poprowadzić gimnastyki grupowej, niech zrobi to Natik, która przez dwie godziny siłowała się z ćwiczenio-oporną pacjentką komercyjną, potem z drugą, ambitną, więc i mnie się bardziej chciało angażować (i zmęczyć), następnie ogarniała zabiegi siarkowe, aquavibrony i ze zwieszonym jęzorem zbiegła na salę gimnastyczną, by zastąpić rzygająco-srającą koleżankę, która dojść do pracy nie jest w stanie (mamy epidemię grypy żołądkowej) - bez jedzenia, bez sikania, bez jakiejkolwiek przerwy. Bo państwo etatowcy są tak bardzo zmęczeni pierdzeniem w stołki. 
Szykuje się kolejny kryzys zawodowy. Jak nic.

We czwartek byłam już tak wkurwiona, że gdyby nie siatkówka, zabiłabym kogoś w piątek.

Bo w piątek zaczęła się sraczka przedwyjazdowa turnusu rehabilitacyjnego. Turnus ten trwa do poniedziałku włącznie. Jednak elementy nie mają zamiaru siedzieć do końca, muszą jechać już teraz, bo kotki w Rumunii stracą futerka, jeśli zostaną do końca turnusu. Zaczęło się wielkie odrabianie zabiegów z poniedziałku i wielkie wyklinanie mnie, bo nie zgodziłam się im tych zabiegów podbić na karcie. Bo jaką mam pewność, że któreś z nich nie zginie w wypadku komunikacyjnym wracając do domu? I co potem powiemy w NFZ? Że w poniedziałek trupa kąpaliśmy w siarce?

Sobota to już było apogeum. Nie chcę mi się o tym pisać. Ludzie są tak rozczarowujący, tak wulgarni, tak zachłanni, kłamliwi, głupi i jednocześnie przekonani o swojej racji, jedynej słusznej, że aż żal z nimi obcować. Na myśl o pójściu jutro do pracy odczuwam niesmak. Gdybym chciała użerać się z trudnymi dziećmi, zostałabym pedagogiem specjalnym, nie fizjoterapeutą. Drodzy kuracjusze, dorośnijcie w końcu!

WYZWANIE NA KOLEJNY TYDZIEŃ

Mieć wyjebane na pracę równie mocno, co etatowcy. 
Spędzić więcej czasu z Mężczyzną.
Biegać dalej.
Skończyć czytać to cholerne Getting things done ;p
Pójść do fryzjera.

BIEGUSIEM

Szau nie ma, ale bieg był. Mój trener z czasów koszykówki w gimnazjum zwykł mawiać Ale Ciechocinek! ilekroć ruszaliśmy się jak muchy w smole. Dziś byłam taką muchą.. ba, ślimakiem w smole, zdyszana, usmarkana (który to już tydzień? ktoś jeszcze liczy?), ale szczęśliwa. Z tego szczęścia skatowałam sobie nogi wbiegając na wszystkie okołowiaduktowe schody ;p

DOKUMENT TYGODNIA

Niewątpliwie w tym tygodniu poświęciłam duuużo czasu na filmiki w sieci. Trochę youtuba, trochę polecanych przez innych filmików, norwescy blogerzy w Kambodży... te klimaty. Jest jednak jeden dokument, który wpadł przed moje oczy nieprzypadkowo - The Climb. 45-minutowy materiał opowiada o Lindsey Vonn, topowej narciarce alpejskiej, wracającej na najwyższe stopnie podium po urazie kolana. Nie wiem na ile orientujecie się w rehabilitacji sportowej, ale różnica miedzy nią, a rehabilitacją zwykłych śmiertelników to po prostu kosmos. Szczególnie czasowy. Po takim urazie (złamanie bliższego końca kości piszczelowej, zerwany ACL i MCL) ja lub Wy wracalibyśmy na narty pewnie ze dwa, trzy lata. Sportowiec wraca do formy po 9 miesiącach. Jednak nie w tym przypadku, gdzie coś poszło krzywo i konieczna była kolejna operacja. Lindsey zaliczyła dwuletnią przerwę w karierze, straciła Sochi, ale znów jest na szczycie, ostatnio pobiła nawet dotychczasowy rekord kobiet w wygranych zawodach - ma 63 złote krążki. Nawet jeśli narciarstwo alpejskie, Lindsey, czy rehabilitacja leżą poza Waszymi zainteresowaniami, zobaczcie, bardzo motywujący dokument!

Mnie czeka dziś jeszcze emaliowanie paznokci i simsy - jak dajo, to biere ;p
N.

niedziela, 25 stycznia 2015

WeekEnd - Czasie, zwolnij!


WZLOTY I UPADKI

Trzeci tydzień smarkiem płynący. I chyba, tfu, tfu, odpukać w niemalowane, ostatni ;p Aura za oknem i prognozy pogody wskazują, że zima wraca (choć na chwilę!), więc nawet jeśli mój układ immunologiczny wciąż niedomaga, to może mróz wykosi te wirusy, które zafundowały mi jakże ciekawy początek roku!

Zasmarkana, czy nie, pracować musiałam. I narzekać nie będę, bo chyba mi się mocno przyfarciło, że w ogóle pracuję w styczniu. Nawet szalenie dużo, porównując do stycznia 2014.. Los i grafik rzucił mną na fasony - stanowisko, od którego zaczynałam swoją siarkową przygodę. Nie ukrywam, że czuję się tam niczym królowa włości i rządzę się jak tylko mogę. Swoją kadencję rozpoczęłam od ustawienia pacjentów - bo się rozleźli jak guma w starych majtach! Ma baba zabieg o 14:30, więc przyjeżdża o 13 i robi rozpierdol na pół uzdrowiska, że nikogo nie ma na fasonach! Ja w tym czasie obsługuję pacjentów w innym gabinecie, a o tej nieszczęsnej 14:30 wracam na fasony, bo dopiero wtedy są tam zapisani pacjenci. Pani zaczęła od wydarcia się na mnie, że ona busa ma raz na godzinę i bla bla bla, więc niewiele przejmując się faktem, że jesteśmy na korytarzu, pod czujnym okiem kamer (bogu dzięki nie rejestrują dźwięków ;p) i innych pacjentów, co se przybywają jak chcą, bo im się w domu nudzi, odrzekłam delikwentce, żeby się przespacerowała do planowania i ustawiła sobie zabiegi tak, by jej się z busami zgadzało, bo NIE CHCE MI SIĘ iść jej na rękę, szczególnie, że kosztować mnie to może posadę, a jeśli zdarzy się jej jakieś nieszczęście, to i pozew cywilny. I niech wyzywa mnie jak chce - nie ona pierwsza i nie ostatnia. Słuchajcie, zadziałało ;p

We wtorek poczułam się na tyle dobrze, że odpaliłam sobie jakiś lajt z Chodakowską. Nie jestem w stanie znieść jej usypiającego sposobu prowadzenia tych ćwiczeń, mam dużo zastrzeżeń do prezentowania pozycji wyjściowych i samego ruchu, ale same propozycje są tak podstawowe, że aż idealne na dochodzenie do siebie po trzech tygodniach bezruchu. Zasapałam się, spociłam, zakwasy na brzuchu zrobiłam - mission completed.

Środa stała pod znakiem zamiany ról - tym razem to ja byłam pacjentem i z zafascynowaniem poddałam się najszybszemu na świecie badaniu palpacyjnemu, którego rzetelność z pewnością bym negowała, gdyby nie fakt, że jego autorka znalazła to, co znaleźć miała, właściwie od kopa, w przeciwieństwie do całego sztabu jej poprzedników, którym sama musiałam wymacać swój problem. Szacun, pani doktor!

Kolejnego dnia realizowałam się na borowinie, w zastępstwie za koleżankę. Ten dzień był tak intensywny, że aż brakło mi czasu na przygotowanie sobie lunchboxa na piątek ;p Wróciłam też na siatkówkę i grało mi się całkiem przyjemnie, choć jakakolwiek wydolność zdaje się być pojęciem obcym dla mojego ciała.

W piątek prawie, powtarzam - prawie znów pocisnęłam tej samej babie, co w poniedziałek :D Gabinet fasonów mieści dwie wanienki. Na każdą godzinę zapisane są wiec dwie osoby. Rzadko jest tak, że siedzi się tam samemu. Fasony są koedukacyjne i nie byłoby w tym nic niestosownego, gdyby nie dziwny zwyczaj pań w pewnym wieku, by zamiast podciągnąć spodnie nad kolana (wraz z kartą zabiegową pacjenci dostają dokładne wytyczne co mają mieć na poszczególne zabiegi, na fasony na nogi ubrane mają mieć krótkie spodenki lub dres z szerokimi nogawkami, tak by ich podciągnięcie było możliwe. No, ale skoro nikt tej kartki nie czyta, to za ch**a nie można wymagać, by się do tego stosowali..)... więc, panie owe wpoiły sobie, że zamiast podciągania spodni, będą je po prostu zdejmować. Już pomijam to, że czasem moje oczy krwawią.. ale szczytem wszystkiego jest odsłaniać tyłek i mieć pretensje, że obok siedzi mężczyzna i one są skrępowane - w dokładnie tej kolejności. Dzień dobry, gacie w dół, czemu ten pan tu siedzi, przecież to niestosowne..
Pan w końcu wyszedł, przyszła druga niewiasta typu gacie w dół i jak zaczęły trajkotać, to ciężko mi było powstrzymać się przed parsknięciem śmiechem. Oczywiście dostało się też mnie, że na coś takiego pozwalam (bo przecież nie powinnam przyjmować mężczyzny na zabieg, nie daj panie, przyjdzie zaraz kobieta i co wtedy!), a jak już na to parsknęłam, to się jedna oburzyła i znów zwyzywała od nierządnic <3 Mówię Wam, praca z ludźmi to niewyczerpalne źródło atrakcji!

Weekend upłynął pod hasłem Dzień Babci i Dziadka, czyli sprzątanie przez pół soboty, nalot na sklep celem zaopatrzenia w prezenty, niedziela już właściwie spędzona z Dziadkami i teraz chwilka dla siebie, a właściwie dla bloga i przygotowania do jutrzejszego dnia. Strasznie szybko mija mi czas, dopiero piłam szampana z gwinta na tarasie przeoratu, a tu już ostatni tydzień stycznia przed nami!

WYZWANIE NA KOLEJNY TYDZIEŃ

Jeśli tendencja bezchorobowa utrzyma się u mnie w nadchodzącym tygodniu, to już chyba czas wdziać buty biegowe. Mam też pełno zaległości z ostatnich tygodni do nadrobienia. Niestety na więcej planów pozwolić sobie nie mogę, bo ten tydzień będzie jeszcze bardziej pracowity, niż miniony i może się okazać, że znów będę funkcjonować w trybie sen - praca - obiad - sen. Oby nie.

BIEGUSIEM - JOGUSIEM

Nie biegałam, to jasne ;p Ale się joguję od dwóch dni i całkiem mi z tym fajnie (fajnie, bo nie mam zawrotów głowy i nie przewracam się przy byle zmianie pozycji). Brak biegania ma też ten plus, że wracam do swojej dawnej gibkości - w końcu skłon w staniu i dotknięcie dłońmi podłogi nie sprawia mi problemu (hell yeah!).

PLAYLISTA TYGODNIA

Nie lubię ćwiczyć w ciszy, ale nijak nie pasowały mi do jogi kawałki, które zapuszczam podczas biegania, czy podłogowych popisów. Z pomocą jak zawsze przyszło spotify i playlisty do ćwiczeń. Te jogowe są dość zróżnicowane - dynamiczne, spokojne, medytacyjne, srakie i owakie. Upatrzyłam sobie jedną, łączącą zarówno kawałki instrumentalne, idealne do praktyk, ale też nieco bardziej żywiołowe, coby sobie popłakać na koniec ;p (serio, zdarzyło Wam się płakać podczas Savasana!?)



Zmykam do książek - trzeba przygotować się na jutro do pracy. Przydałby mi się taki weekend, bym w końcu odpoczęła. Może luty będzie łaskawszy w tej kwestii :)

N.

niedziela, 18 stycznia 2015

WeekEnd - Byle do przodu


WZLOTY I UPADKI

To znów nie był najlepszy tydzień tego roku.. a już tylko 50 kolejnych do jego końca ;p 
Do pracy wróciłam w jeszcze gorszym stanie, niż byłam w poprzednim tygodniu - zamiast gorączki łzy i smarki lały się ze mnie strumieniami, po wyjściu schodami na pierwsze piętro zadyszka nie pozwalała mi mówić, a ściąganiem kubła z borowiną (ok. 20 kg) na ziemię musiałam obarczać innych, bo nie byłam wstanie ustać takiego ciężaru. Wróciłam do lekarstw, by nie utopić się w wydzielinach swojej twarzoczaszki, więc chodziłam tak wytyrana i nieprzytomna, że mój dzień skrótowo można było podzielić na czas pracy i czas spania. Bo jeść nie jadłam za wiele przez ból gardła. 

Dziś jest znacznie lepiej, pomijając ból pleców, ale to zwykłe przeciążenie - tak to bywa, jak po tygodniu leżenia w łóżku, potem drugim tygodniu snucia się niczym zombie, w sobotę zabrałam się za dźwiganie. Niby które mięśnie miały mi stabilizować kręgosłup? Te w zaniku? ;p

Dziś też w końcu się wyspałam, katar już na finiszu (czyli jeszcze tydzień smarkania, ale już jakoś da się funkcjonować), lunchboxy na następny tydzień zaplanowane - prawdziwy chillout! 

W tym tygodniu doszedł do mnie urodzinowy prezent od Mężczyzny. Zażyczyłam sobie nowe pióro. Stare do jakiś wyjątkowych nie należało, kupiłam je, bo chciałam wrócić do pisania piórem, nie wydając na nie od razu całej pensji. Po kilku miesiącach upuściłam je, a spotkanie stalówki z parkietem skończyło się zagiętym dziobem :) Pisać wciąż się dało, ale już bardziej jak nożem po lodzie, niż prawdziwym piórem. Teraz mam tak fajnego Pilota, że siedzę i bezmyślnie bazgrolę po starych rachunkach, bo pisanie znów jest przyjemne. 

WYZWANIE NA KOLEJNY TYDZIEŃ

Okazało się, że to, czy posiadam jakiekolwiek plany, czy nie, nie ma większego znaczenia - i tak nie uda mi się NIC zrobić, bo łóżko, leki i smarki. Lub gorączka. W sumie jedyna rzecz, jakiej w tym momencie pragnę, to powrót do ruchowej codzienności - bieganie, ćwiczenia i więcej jogi. A, i trzymajcie kciuki za środę - to będzie ważny i trudny dzień, o którym oczywiście nic Wam nie powiem, ale trochę szczęścia by mi się przydało :)

BIEGUSIEM - LEŻUSIEM

Wejście w tym momencie w bieg istniejącego już planu treningowego byłby samobójstwem. Muszę zatem nieco zmodyfikować treningi biegowe, rozbić na kilka mniejszych form. Zobaczymy jak zareaguje mój organizm, powinno być dobrze, w końcu między napadami senności mam takie zwyżki energii, że mogłabym zastąpić chomiki w elektrowniach :D 


PIOSENKA TYGODNIA

Kawałek dobry do.. biegania ;p Przynajmniej mnie by się przy tym dobrze biegało (i na mojej biegowej playliście już figuruje) - Eelke Kleijn - Lovely Sweet Divine. Tak, mam już ogromną ochotę pobiegać, dużo większą niż przez ostatnie miesiące. Pobiegać nocą, co się dobrze składa, bo i tak cały dzień będę siedzieć w robocie. Biegać pustymi ulicami.

N.

niedziela, 11 stycznia 2015

WeekEnd - Ruina


WZLOTY I UPADKI

W przeciwieństwie do poprzedniego, ten tydzień ciężko nazwać ciekawym, czy intensywnym. Po dość produktywnym poniedziałku nastał chorobowy wtorek i tak już zostało właściwie do czwartku/piątku. Wszelkie plany biegowe, nordicowe, siłkowe i towarzyskie poszły w odstawkę. Okropny ból głowy, brak akomodacji wzroku (ile nowych siniaków nabytych podczas wycieczek do kuchni, bo szafa przecież stała inaczej..), wkurw i godziny w przepoconej pościeli, której nawet sama nie mogłam sobie zmienić, bo moje serce nie potrafiło ogarnąć nawet minimalnego wysiłku fizycznego. No, i bezsenne noce, bo przecież sypiałam głównie w dzień.

W piątek postanowiłam się ruszyć - mam świadomość, co się dzieje z ciałem, które głównie leży, a jeśli już się przemieszcza, to 5 metrów, do kibla. Odstawiłam pseudoefedrynę, która co prawda pozwala mi nie utopić się we własnych smarkach, ale robi z serca jednobiegową skrzynię biegów. I zasiadłam do jogi. Po kilkunastu minutach praktyki dorobiłam się takich zakwasów, że do dziś nie zelżały. 

Piątek był też dniem moich urodzin. Leżąc zdyszana na macie po Powitaniu Słońca (jakże wysiłkowym..:/) przypominałam sobie o tych wszystkich zajebistych pomysłach na spędzenie tego szczególnego dnia, które błąkały mi się po głowie. Niestety, wyszło jak zawsze - świętowałam w domowym zaciszu. 

Sobota upłynęła po znakiem żeberek z Wieliczki i koteła kuzynki. Alergia na kocie furo nie pomagała, ale ubaw miałam przedni - Bonsai aka Koteł aka Wzdęta Kita ma coś ok. 3 miesięcy (ze schroniska, więc do końca nie wiadomo) i jest tak głupi, że aż zabawny ;p

No, a dziś 3. Bieg Wielkich Serc, który w sumie mogłabym odpuścić, ale potraktowałam jak zwykły trening. Trochę słabszy, bo po chorobie. I cóż, trochę słabszy jest tu dużym uproszczeniem, ale czego się spodziewać, gdy większość mięśni w zaniku?

WYZWANIE NA KOLEJNY TYDZIEŃ

JEŚLI wierzganie kończynami podczas polekowych koszmarów nocnych uznamy za nordic walking, to swoje zeszłotygodniowe postanowienie jak najbardziej zrealizowałam ;p Do wyzwania anatomicznego też dołączyłam, ale nie powtarzałam nic prócz pierwszej lekcji, bo oczy nie współpracowały (za to mam zajęcie na dziś!). A do Lidla nawet bym nie dotarła i choć żałuje, że nie mam maty tej maty do ćwiczeń, to z ciuszków też nic nie kupiłam. 100% skuteczności! ;p

I teraz, jak myślicie, planować cokolwiek i na przekór znów się rozchorować, czy prychnąć na ten podpunkt nosem? :p

BIEGUSIEM

.... :D

Tym sposobem dzisiejszy WeekEnd wyszedł dość ubogo. Nie był to najlepszy tydzień tego roku. Na szczęście przed nami jeszcze 51 do zagospodarowania!

N.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

WeekEnd - Hello styczeń!


Siadłam przed kompem i rozważałam. Pisać postanowienia, czy nie pisać. Sama już nawet nie otwieram postów, których tytuł jakkolwiek nawiązuje do podsumowań i postanowień. Ba, spojrzałam na swoje obiecanki-cacanki sprzed roku i prychnęłam pod nosem - po co pisać, skoro to nie działa ;p

WZLOTY I UPADKI

Był to tydzień wybitnie bogaty w wydarzenia. Poniedziałek zleciał mi na załatwianiu spraw wszelakich, które koniecznie trzeba odhaczyć jeszcze w starym roku. Wtorek spędziłam po słowackiej stronie Tatr oddając się pierwszemu w tym sezonie szusowaniu. Myślałam, że będzie licho, bo wyjazd wyszedł dość spontanicznie i ciężko pisać o jakimkolwiek przygotowaniu, ale na szczęście coś tam się ruszam na co dzień, a i z jazdą na nartach jest jak z jazdą na rowerze - tego się nie zapomina.

Sylwester to był dzień nowych doświadczeń. Od rana buszowałam po galerii, czego w okresie wyprzedaży wprost nienawidzę - nie chodzi nawet o tłum i burdel w sklepach, ludzie dostają jakiegoś dzikiego amoku, przepychają się, rzucają na ciuszki tańsze o 5 zł jak dziady na lidlowego karpia przed świętami! Bogatsza o lukier do pierniczków, dwie pary rajstop i nową koszulkę do jogi wróciłam do domu i odetchnęłam z ulgą. Wieczorem udaliśmy się na imprezę sylwestrową do.. przeoratu. Ja tam lubię wyzwania, choć nie powiem, to mnie przerosło ;p

Zajechaliśmy na miejsce nieco po 20, co normalnie byłoby taktownym spóźnieniem, ale nie tam.. nie było nas na modlitwie :D Pewnie za karę usadzono mnie pod kominkiem (więc ciasno, alem szczupła, zatem nie problem), na którym stała ogromna figura Matki Boskiej. Ok. 22 pozwolono nam zatańczyć. Parkiet znajdował się w osobnym pomieszczeniu, idąc tam zamykało się drzwi, by nie przeszkadzać reszcie. Jak na przyzwoitą imprezę przystało, tańce rozpoczęliśmy polonezem <3

Wiecie, te wszystkie smaczki, przeszywające spojrzenia Chrystusa na krzyżu i Matki Boskiej na kominku, karcące spojrzenia Panien z Wąsem (ja rozumiem skromne, babciowate sukienki u młodych kobiet, nie picie alkoholu, nawet lampki szampana, przerażenie tym, że inni młodzi ludzie dobrze się bawią, ale wąs? Czarny wąs?) - wszystko traktowałam jako pewien rodzaj egzotyki. Wszak nie pierwszy raz spędzałam czas wśród mocno religijnych osób. Ale gdy o 2 w nocy Panny z Wąsem zaczęły zbierać jadło i napitek ze stołów, łącznie z zastawą i obrusami (!!!!), krew mi zawrzała. Bo ksiądz chce już iść spać. Serio? Organizuje u siebie zabawę sylwestrową, pobiera za to pieniądze, niby na jedzenie i picie, ale z tego uświadczyłam tylko rozgotowanego, kwaskowatego i zimnego gulaszu, po czym zamiast powiedzieć słuchajcie, o drugiej kończymy, spadówa, wysyła Panny z Wąsem na grabież stołów. Nigdy nie spotkałam się z taką interpretacją gościnności. A już na pewno nie u wyznawców miłości do Boga i bliźniego :>

Czwartek, tak. Międzynarodowy Dzień Kaca w tym roku tak średnio mnie dotyczył, bo i średnio zabalowałam dzień wcześniej. Jednak leniwa atmosfera udzieliła się i mnie, więc większość dnia spędziłam z książką, a popołudniu poszłam z Mężczyzną wyprowadzić kijki na spacer.

Piątek zleciał mi głównie na sprzątaniu mieszkania i zakupach (w lodówce w końcu zrobiło się pusto!). Zrealizowałam też jedną pozycję z listy must have - czarne czółenka. Moja garderoba tak właśnie wygląda - mam dużo fajnych, ciekawych, przykuwających wzrok ciuchów i butów, ale takich podstaw mi brakuje. I potem muszę gorszyć katolicką brać małą czarną z odsłoniętymi plecami i czerwonymi butami na obcasie ;p

A w sobotę, dla odmiany, naaaarty! I znów Tatrzańska Łomnica, tym razem mróz właściwie minimalny, ale wiatr dawał w kość. Jedna gondola nie działała, drugą miotało tak, że modliłam się o swoje narty, bo co silniejsze podmuchy miotały sprzętem na prawo i lewo :/

Wczorajszy dzień znów z książką i grami. Pojechaliśmy do kolegi Mężczyzny i ciupaliśmy w pociągi. Potem w jakąś dziwną grę karcianą o zombie. Tak nas wciągnęło, że wróciłam późno i dlatego wczorajszy post jest dziś ;p

WYZWANIE NA KOLEJNY TYDZIEŃ

Dołączam nordic walking do treningów. Niby nic, ale tricepsy płoną. Pośladki też. Także 2x w tyg bieganie, 1x nordic walking (ok. 5-6 km).
Dołączyłam do facebookowego wyzwania anatomicznego. I tak obiecałam sobie, że początek stycznia spędzę na powtórkach, bo są takie podstawy podstaw, które za szybko umykają z głowy, a potem jest wstyd ;p
Nie kupię we czwartek żadnych ciuchów w Lidlu.

BIEGUSIEM

Czyli co teraz biegam i po co.
W niedzielę start w 3. Biegu Wielkich Serc, raczej rekreacyjnie, bo jakoś tak wyszło, że więcej chodzę i jeżdżę na nartach, niż biegam ;p Natomiast jestem w trakcie przygotowań do Biegu Nocnego (10km), który odbędzie się w ramach święta biegowego przy Cracovia Maraton. Docelowo chcę zejść poniżej 50 min, ale w sumie wystarczy, jak poprawię swój zeszłoroczny wynik.
Czy będę atakować półmaraton w tym roku? Nie zarzekam się, że nie, bo gdyby rok temu ktoś mi powiedział, że w październiku pyknę 21 km, to pewnie poskładałabym się ze śmiechu. Na razie nie mam na to ochoty, choć czerwcowy Wrocław brzmi nader interesująco ;p

PIOSENKA TYGODNIA

Z piosenkami tłuczonymi tygodniami w radio jest jeden problem - zaczynam je nienawidzić jeszcze zanim rzeczywiście ich posłucham. Chyba tylko Lisowska i jej włączone niskie ceny jest w stanie wkurzyć mnie bardziej. Tak też było z hitem Hozier - Take me to church. Wszyscy to puszczali, wszyscy to kochali, więc puszczali mi, jakbym nie miała radia w samochodzie i nie znała tego kawałka, ewentualnie trawili tekst piosenki i teledysk, bo o co właściwie chodzi. I pewnie dopiero, jak wszyscy o nim zapomną, wezmę i go pokocham.

Jak widzicie, ten tydzień nudą nie trącał. Przede mną jeszcze siedem dni wolnego, potem wracam do kieratu. Zwykle jest tak, że gdy ma się za dużo wolnego, to człowiek tęskni za pracą. Mnie tak bardzo nie chce się wracać, że 12sty jawi mi się jako dzień tortur ;p

N.