Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natik rekomenduje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natik rekomenduje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 czerwca 2016

Serduszka z Manufaktury Zapachu

W zeszły weekend wysprzątałam moją szufladę z dokumentami (wiecie, taką, w której miały być ważne rzeczy, a która z biegiem miesięcy zarastała woskami, pomadkami do ust i innymi bibelotami). Wywalając paragony potwierdzające zakup rzeczy, których już nawet nie mam i na gwarancji też od dawna nie są, znalazłam fakturkę za gwiazdy (yyy, serca?) dzisiejszego wpisu - woski z Manufaktury Zapachu. Chyba już czas najwyższy napisać o nich kilka słów!

Wśród szerokiej oferty wosków moje serce skradły opisy czterech. Jestem zafiksowana na punkcie świeżych zapachów oraz tych cięższych, pobudzających zmysły. Pierwszymi otulam pokój w ciągu dnia, drugimi siebie po zmroku #ifyouknowwhatimean ;p Czy wybrane woski zrobiły na mnie równie dobre wrażenie, co ich opisy? O tym poniżej.

Thai Coconut & Lemongrass
Kremowy tajski kokos z cytrusowym akcentem. Ten akcent to trochę jak cios krzesłem w twarz :D Dominuje cytrus i coś na kształt imbiru - dominuje to dobre słowo, w mym skromnym pokojowym metrażu aż brakło miejsca dla mnie. Nauczona doświadczeniem już nigdy nie ładowałam całego serduszka do kominka, dzięki czemu tajski kokos awansował na jeden z moich ulubionych odświeżaczy powietrza po sprzątaniu pokoju. Mimo trudności z usunięciem jego resztek z kominka.
Przypomniała mi się jeszcze jedna zabawna sytuacja - ojciec wchodzi do mieszkania i pyta czemu zrobiłam herbatę waniliową w środku lata. Oczywiście tylko paliłam ten wosk..podsumowując, trawa cytrynowa, wanilia - jeden kokos!

La Femme
Biały jaśmin, drzewo różane, ylang ylang z nutką imbiu. Zapach, który poszedł na pierwszy ogień. Kwiatowe jego wątki nie wróżyły szczególnej miłości, choć nie powiem, pokładałam ogromne nadzieje w tej nucie imbirowej i nie zawiodłam się. To bardzo przyjemne, choć intensywne połączenie - ponownie nie polecam wrzucać od razu całego serca topiąc je w małym pomieszczeniu.

Steamy Nights
Namiętny zapach z nutami paczuli, drzewa sandałowego i róży damaceńskiej. Przeczytawszy ten opis już byłam zachwycona - toż to moje otulacze wieczorne! Tymczasem wosk okazał się być mocno pudrowy (ale dlaczemuuuuu?) i paczulowy, a mój pokój niczym sklep indyjski - tłoczny i ciasny. To nie do końca to, czego się spodziewałam i chyba przy pierwszym paleniu po prostu nie miałam ochoty na tak zaparowaną atmosferę :>

Meditation
Kadzidło, mirra i delikatne cytrusy, idealny zapach kiedy mamy ochotę oddać się medytacjom. Mój absolutny ulubieniec <3 Obawiałam się kadzidła rodem z kościelnych adoracji (i równie powalającej mocy), a dostałam niezwykle subtelny, relaksujący zapach. Wosk długo się rozkręca, ale też starcza na 2-3 palenia, idealnie usuwa się z kominka i zasługuje na wszelkie superlatywy. Jeśli takie klimaty zapachowe Was kręcą, polecam spróbować medytacji.

Da się zrobić w Polsce bardzo dobre i tanie woski zapachowe? Da się! :)

N.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Habit tracker - moje zabawy z bullet journal


Podczas styczniowej choroby, błądząc w otchłani youtuba, znalazłam kanał Boho Berry. Zaciekawiona korzeniami całego tego bullet journal dotarłam do strony pomysłodawcy. Sam system i jego interpretacja przez osoby ceniące sobie dobrze wyglądające notatniki bardzo mi się podoba, jednak nijak sprawdzałby się w moim przypadku - i tak musiałabym przerysować kalendarz z podziałką godzinową, a po co kopiować coś, co już mam?

Inaczej sprawy się miały u Mężczyzny - papierowe kalendarze zwykle zbierały kurz, a ich cyfrowe odpowiedniki sprawdzały się tylko częściowo. Potrzebował on jakiegoś narzędzia do ogarniania projektów w pracy, więc podsunęłam mu stronę Rydera. Kilka dni później przyszło zamówienie z dwoma notatnikami Leuchtturm1917, czarnym dla niego, malinowym dla mnie :)

Po co mi on, skoro nie zamierzam porzucać klasycznego kalendarza? Ano, na te wszystkie pierdolety, które głównie powodowały mój zachwyt - kolekcje. Powyżej jedna z nich, tzw. habit tracker. Rozpisujemy dni miesiąca, aktywności, które chcemy śledzić i co wieczór odhaczamy to, co udało nam się zrobić. W moim przypadku ta tabelka spełnia dwie role:
  1. Pozwala mi zorientować się, czy coś, co wydaje mi się nawykiem, rzeczywiście nim jest, ewentualnie zobaczyć, jak często wykonuję daną czynność.
  2. Mobilizuje do zrobienia czegoś jeszcze przed położeniem się spać, by nie było dziur w kolorowym szlaczku kwadracików :)
Naprawdę wydawało mi się, że pijam czystek codziennie - jeden rzut oka i wiem, że tylko mi się wydawało. Ba, pijam czystek tylko wtedy, gdy jestem wieczorem w domu (jestem codziennie, ale przeważnie po to, by iść pod prysznic i położyć się spać, nie mam zbyt wielu wolnych wieczorów). W tym miesiącu, z okazji wirusowego przykucia do łóżka, moje statystyki będą znacznie lepsze, ale muszę popracować nad jakimś rozwiązaniem czystkowych wieczorów.

Jeśli chodzi o ruch, to marzec był trudny, o czym już wspominałam przy okazji wpisu o 2. Krakowskim Biegu z Dystansem. Cztery razy wyszłam pobiegać, trzy razy poćwiczyłam w domu, a jogę praktykowałam tylko na zajęciach grupowych - porażka :D Natomiast mnogość zajęć i zobowiązań oraz konieczność przemieszczania się po mieście mocno rozwinęły moje czytelnictwo, choć niestety nie to branżowe. 

Kwietniowy tracker wydłużył się o kilka nowych pozycji do sprawdzenia w regularności, a sam notatnik o kilka nowych kolekcji. To wciąga mocniej, niż kolorowanki dla dorosłych, beware! 

N.

niedziela, 13 grudnia 2015

Praca u podstaw


Im bliżej półmaratonu, tym więcej części mojego ciała dawało o sobie znać. Kręgosłup trzeszczał, mięśnie stękały, a narządy wewnętrzne wiązały na kokardki. Obiecywałam sobie wtedy, że gdy tylko odwieszę ostatni w tym sezonie medal na wieszak, biorę się za siebie. Tak na poważnie.

Rachunek sumienia

Abstrahując od biegowych potrzeb, mocne centrum to podstawa wszystkiego. Moje centrum nie jest mocne. Słabe mięśnie brzucha i grzbietu dawały o sobie znać głównie w pracy - robię dużo kończynami, na dużych dźwigniach, z niekoniecznie smukłymi pacjentami :D Jeśli nasuwa Wam się teraz pytanie o ergonomię, to w moim miejscu pracy ciężko o czymś takim mówić, gdy żadna leżanka nie ma regulacji wysokości (a ile można klęczeć na ziemi?). Nawet zakładając, że zacznę pracować w fizjologicznych pozycjach, tułów trzeba wzmocnić. 

Kolejny do roboty zgłosił się prawy bark. Mija już rok lub więcej od pamiętnej gry w siatkówkę z ziomkami z pracy, gdy serwując naderwałam mięsień nadgrzebieniowy (czego, co zabawne, zupełnie wtedy nie skojarzyłam ;p). Pobolało, przestało, poszło w niepamięć. Wróciło kilka miesięcy temu w postaci ciasnoty podbarkowej i zajebiście obkurczonego mięśnia piersiowego mniejszego. Obecnie jest nieźle, ale jeszcze pełni zdrowia nie ma (bo zachowuję się jak typowy pacjent - nie boli = przestaję ćwiczyć).

Chyba wspominałam kiedyś o niedawnych problemach z przeponą podczas biegania. Ból, skurcze, dyskomfort przerywały mi treningi i doprowadzały do szału. Kolega z pracy dużo pomógł, choć to było tylko zamiatanie problemu pod dywan. Przed daniem mu zielonego światła, by zrobił z moim ciałem porządek powstrzymywała mnie tylko myśl, że to będzie bolało, a chyba więcej kłód przed półmaratonem nie potrzebuję.

Przygotowania

Głównym celem mojego roztrenowania było rozluźnienie. Buhaha. Gdy biegam okropnie spinają mi się przywodziciele ud i cała górna połowa ciała (dlaczego? bo słabe centrum!), ale wyładowuję się psychicznie, więc jestem spokojna. Gdy nie biegam nogi mam luźniejsze, ale złe emocje, które nie zawsze mogę od razu rozładować (bo mnie nie wypada powiedzieć kurwa w miejscu pracy, choć pacjent może, szczególnie jako epitet w moim kierunku), kumulują mi się w odcinku szyjnym kręgosłupa i wciąż chodzę jak pokurcz. Z której strony nie spojrzeć - tam zadek :) Na jodze doszłam do momentu, gdy przed postępami hamuje mnie już tylko mało elastyczne czucie końcowe w stawach i uznałam, że to idealny moment, by położyć się na kozetce.

Dzień zero

Zamiatanym problemem okazała się być zrotowana miednica, jak się okazało po rozmowie z Mamą, już od maaaałego dziecięcia. Każdy rehabilitant, w którego ręce trafiłam w przeciągu pierwszego roku życia, czy kolejnych, gdy owe ustawienie miednicy zaczęło dawać o sobie znać, trafnie diagnozował mój przypadek ("pani, ona nie ma krótszej nogi, to biodra są tak ustawione"), ale żodyn nie zalecił wizyty u terapeuty manualnego. Choć obawiam się, że gdyby sytuacja miała miejsce w obecnych czasach, byłoby dokładnie tak samo.

I tak sobie żyłam przez 26 lat z krzywą miednicą, pozornie skróconą prawą nogą, mocniej przez to obciążoną, a więc mamy już odpowiedź na pytanie skąd chondromalacja w stawie rzepkowo-udowym, skąd koślawy paluch. Nie wspominając już o kompensacyjnej rotacji kręgosłupa i nękających mnie okresowo ograniczeniach ruchomości - hitem był skręt głowy w prawo, tak znikomy, że pływając kraulem zamiast powietrza wciągałam wodę xD

Po czarach mojego kolegi po pierwsze zobaczyłam swoje kolce biodrowe przednie górne w tej samej linii - cud, panie, cud! Wyraźnie też przeszkadzała mi moja lewa noga - wydawała się za długa, wszak całe ciało miałam pokrzywione i teraz musi się przyzwyczaić, że takie ustawienie jest prawidłowe. Strzelało mi wszystko, ciągnęło, bolało, wracając do domu musiałam się zatrzymywać co kilka minut. Na szczęście z godziny na godzinę było coraz lżej, wieczorem już musiałam się pilnować, by nie poruszać się ze swoją zwykłą gwałtownością. Co prawda kolega zapewnił, że jak coś zgrzeszę, to mnie poustawia jeszcze raz, ale każde kichnięcie/kaszlnięcie przypominało mi, że moje spojenie łonowe wolałoby nie powtarzać tego procederu!

W poszukiwaniu mięśni

Na pierwszy trening zdecydowałam się cztery dni po nastawianiu. Wybrałam nordic walking, by zmęczyć mocniej ręce, niż nogi, choć zakwasy na tyłku dopadły mnie już następnego dnia. Z bananem na twarzy wydłużałam krok, nie czując przy tym, ani oporu, ani bólu. Do dziś każdego dnia stojąc po pracy na przystanku z podziwem dla kolegi odnotowuje, iż nie boli mnie krzyż. Rozochocona możliwościami swojego ciała z przytupem rozpoczęłam grudzień i wzorcowo zrealizowałam drugi tydzień nowego planu biegowego. Nie migałam się od prowadzenia gimnastyki grupowej w pracy, katując swój i pacjentów korpus (jedna pani przestała się uśmiechać na mój widok - jeśli bolało ją tak samo, jak mnie, to nawet jej się nie dziwie ;p), każdy nie zrealizowany przez smog trening biegowy zastępuję domowymi fikołkami. Odnajdę swoje mięśnie, na pewno!

Joga

Pisałam jakiś czas temu, że po pół roku stagnacji coś drgnęło i lepiej mi się praktykowało. Chyba wykrakałam, bo jak wspaniale żarło, tak zdechło. Frustracja nie jest najlepszym kompanem asan. Zrotowana miednica także. Moje ciało nie od razu zaczęło wracać do normy, pierwsze oznaki poprawy zauważyłam dwa tygodnie później. Nie mogłam się ułożyć do relaksu, z kocem źle, bez koca jeszcze gorzej, wałek jakiś nierówny, podłoga pofalowana :> Na następnych zajęciach było już cudownie - mam dużą różnicę między rozciągnięciem prawej i lewej strony ciała, jednak po raz pierwszy czuję, że mogę rozciągnąć się bardziej, bo trzymają mnie tkanki miękkie. Gdy leżę na ziemi moje stopy są tak samo ułożone. Pies z głową w dół otworzył nowe, nieznane mi dotąd możliwości. W końcu mam nad czym pracować.

A co z bieganiem?

Chyba za mało mam kilometrów na liczniku, by z całą pewnością napisać, że jest lepiej. Jest inaczej, jak ze wszystkim. Najbardziej cierpią stopy i stawy skokowe, obciążane teraz w zupełnie innej osi. Natomiast kolano i przepona milczą - to dobry znak, a ja jestem dobrej myśli, więc musi być dobrze :)

Dziś nawet Mężczyzna zauważył, że wstałam z łóżka i a) nie wzdrygnął mną ból, b) nie kulałam przez kilka pierwszych kroków, c) zrobiłam to energicznie. Nowa ja :)

N.

środa, 11 listopada 2015

Moleskine i Leuchtturm1917 - moje kalendarze


W 2013 roku, dzięki uprzejmości przyjaciółki mojego Mężczyzny, Ki, w moje ręce trafił mój pierwszy kalendarz Moleskine. Miałam na niego ogromną chrapkę, chociaż wizja wydania więcej niż 10 zł na kalendarz budziła u mnie duże opory. Równie duże, jak zdziwienie mojego otoczenia, gdy rok temu zachwycałam się upolowaniem tegoż kalendarza za pięć dyszek, edycja limitowania z Małym Księciem (<3), zakup roku :D Pewnie gdybym po roku stwierdziła, że nie różnią się one niczym szczególnym od egzemplarzy z hipermarketu, wróciłabym do tych tańszych. Ale zabujałam się w Moleskinach!

Wspomniany pierwszak był kalendarzem średniej wielkości, w pięknej fioletowej, twardej oprawie, w układzie dziennym - czyli jeden dzień na jednej stronie. I tak, był ogromny i ważył tonę, przynajmniej takie miałam wrażenie po taszczeniu go ze sobą cały dzień. Rok 2013 to końcówka studiów, więc w torbie, oprócz fioletowej cegły, miałam ciuchy i buty sportowe, ciuchy i buty szpitalne, jakiś zeszyt, książkę i jedzenie wraz z piciem na cały dzień. Gdy teraz o tym myślę, zastanawiam się jak mój kręgosłup to wytrzymał :D


Uciążliwość związana z rozmiarem pierwszego Moleskina skłoniła mnie do wyboru mocno okrojonej wersji na kolejny rok. Rozmiar kieszonkowy, układ tygodniowy z notatkami. Nie było już wtedy problemu z zamówieniem tych kalendarzy przez internet, w rozsądnej cenie. Gdy otworzyłam przesyłkę, zatkało mnie - ten kalendarz naprawdę był kieszonkowy. Miniaturowy wręcz :) Po lewej wyszczególnione dni tygodnia, po prawej strona na notatki. Na zapisanie na którą zmianę mam do pracy oraz rozpiskę treningów biegowych miejsca było w sam raz, jednak jako teczka na istotne kartki już się nie sprawdził i szybko zaczęłam tęsknić za fioletową cegłą..

Ten rok spędzam więc z Małym Księciem, znów w rozmiarze średnim, znów w twardej oprawie, choć pozostałam przy układzie tygodniowym z notatkami. Mam teraz miejsca w sam raz na wszystko, co chcę w nim umieścić. I gdy, wydawałoby się, znalazłam swój ideał, na horyzoncie zamajaczyła firma Leuchtturm1917. Majaczyła już w zeszłym roku na Targach Książki, ale po upolowaniu Moleskina przeszłam obok ich stoiska dość obojętnie. W tym roku skusiłam się na pomacanie papieru i... małą zdradę.


Na przyszły rok zamówiłam na allegro (bo w czwartym dniu targów na stoisku nie było już wyboru..) moje nowe cudo. Znów rozmiar średni, znów twarda, czarna oprawa, tym razem układ tygodniowy, ale horyzontalny. Takiego czegoś jeszcze nie miałam! Leuchtturm1917 i Moleskine mają kilka elementów wspólnych - zaokrąglone rogi, tłoczenie z tyłu okładki, materiałowe zakładki (ten pierwszy ma dwie, już go za to loffciam ;p) i porządny papier. Różnią się wielkością - Leuchtturm w rozmiarze średnim jest formatu A5, Moleskiny są węższe. I mają naklejki :)

Nowy kalendarz mam już uzupełniony o urodziny i imieniny najbliższych (co generalnie nie idzie w parze z moim o nich pamiętaniem), zobowiązania, kursy i biegi. Nie mogę się doczekać jego codziennego używania - zobaczymy, czy robi równie dobre kolejne, co pierwsze wrażenie. Macie jakieś doświadczenia z kalendarzami Leuchtturm?

N.

sobota, 10 października 2015

Reklamacja obuwia w CCC


Jedyny plus mojego obecnego stanu (nie) zdrowia to przyoszczędzone, kosztem aktywności fizycznej i towarzyskiej, godziny do zagospodarowania. Mogę poczytać książkę. Mogę pomalować paznokcie. Mogę usiąść przed kompem i napisać drugą w tym tygodniu notkę.

W sierpniu zeszłego roku kupiłam buty w CCC. Spodobały mi się uwiecznione na zdjęciach baleriny od Lasockiego, skóra, przecena - wzięłam. Dopisałabym, że wygodne, ale co się namęczyłam, by je rozchodzić, to moje ;p Pohasałam w nich kilka dni i zrobiło się za zimno, więc wylądowały w pudełku. Kilka miesięcy później, w marcu, ochoczo wróciłam do hasania, jednak moja radość nie trwała długo - odpadł jeden z elementów ozdobnych.


Nie wiedząc za bardzo co począć, zabrałam buty i dowód zakupu do salonu w Bonarce. Pani przyjmująca moją reklamację na wstępie uprzedziła, że elementy ozdobne nie podlegają reklamacji. Ale reklamacje przyjęła. Wnioskowałam weń o naprawę obuwia - nie zwrot pieniędzy, nie nową parę.

Po ustawowych dwóch tygodniach dostałam SMSa, bym pocałowała się w rzyć, bo me roszczenia są bezpodstawne. Miałam odebrać swe pantofle po uprzednim telefonie, czy aby powróciły już do salonu od rzeczoznawcy. Dzwonię, buty są, git, jadę (na pełnej ku*wie). W salonie okazuje się, że nie, nie ma moich butów, widać ktoś mnie wprowadził w błąd <3

Po tygodniu przepychanek buty doszły. Pani nr 2 ruszyła na magazyn i po jakiś 20 min cała w skowronkach lokuje przede mną pudło jakieś 3x większe od tego, w którym oddawałam swe trzewiki i oznajmia, że kozaki zostały naprawione. Nie wiem jaką musiałam mieć minę, więc uchyliła wieka, a tam beżowe, ażurowe kozaczki na szpilce. 

Gdy odzyskałam głos, poinformowałam panią nr 2, iż oddawałam baleriny i jeśli dobrze zrozumiałam zwrot pani roszczenia uznane zostały za niezasadne, chyba nie zostały naprawione. Pani nr 2 wczytała się głębiej w kartkę A4 z reklamacją i przyznała mi rację - coś tu nie gra. Kolejna niezwykle kompetentna osoba przydzieliła ten sam numer reklamacyjny dwóm parom obuwia. Po kolejnych 20 min oczekiwania pani nr 2 wróciła, już nie w skowronkach, ale burzy gradowej i zarzuciła mnie makulaturą z uzasadnieniami. Z pisma od rzeczoznawcy dowiedziałam się, co robiłam z obuwiem, że jest w takim stanie, w jakim jest i że to moja wina i mam się bujać. Wiecie już, że nienawidzę spóźnionych i kłamiących pacjentów. Jest jednak coś, co wku*wia mnie dużo mocniej - gdy ktoś mówi mi co myślę, co robiłam i wmawia czyny lub sytuacje, których autorką nie byłam. Teraz, gdy patrzę na to pismo, zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz - jakim cudem rzeczoznawca otrzymał moje buty (ponoć w Warszawie przesiaduje, stamtąd też wracały zawsze moje buty) i ocenił już na drugi dzień po złożeniu reklamacji? 

Wychodząc z salonu spytałam tylko, ile mam czasu na odwołanie się. Dwa tygodnie, ale szkoda zachodu, uszkodzeń mechanicznych się nie reklamuje, nic to pani nie da. Wtedy mnie wkurzyła ta odpowiedź, ale z perspektywy czasu mogę już powiedzieć, że pani nr 2 była dla mnie najmilsza z całej tej ekipy.

W tym czasie byłam już po lekturze połowy internetu w temacie reklamacji obuwia z CCC. Wiedziałam, że pisanie odwołania skończy się jedynie kolejnym rozstaniem z balerinami i zmarnowaniem kolejnego drzewa na tonę makulatury. Zaczęłam podpytywać szewców i panie w pasmanteriach, czy może coś podobnego mają, przykleję sobie na kropelce... i wtedy mnie natchnęło!

Wysmarowałam maila do Federacji Konsumentów (KLIK) z opisem mojej sytuacji, zdjęciami butów i korespondencji z CCC. Jeszcze tego samego dnia wparowałam do Bonarki i wysmarowałam na kolanie odwołanie. Próbowałam być kulturalna w mych wywodach, ale wiecie jak jest w afekcie :)
Poinformowałam rzeczoznawcę, iż nie zahaczyłam nigdzie butem, więc uszkodzenie nie jest natury mechanicznej, a sądzę, iż klej mają wujowy i po prostu puścił :)

Wróciłam do domu i zaczęłam odliczać 14 dni. Gdy po 17-stu dalej nie było odzewu od CCC, chodziłam z większym bananem, niż mi się na twarzy mieści. Jeśli nie ustosunkują się w przeciągu tych dwóch tygodni, muszą uznać Twoją reklamację i tyle. W końcu przyszedł SMS, czytałam go kilka razy, nim dotarło do mnie, że mi te buty naprawią!

W czerwcu w końcu odebrałam moje baleriny. Dostałam też zwrot 20% ich wartości oraz bon na zakup kolejnej pary w CCC (phi, teraz to wy całujcie mnie w rzyć!). Zastanawiał mnie ten obrót spraw, nie posądzałabym mego jadowitego odwołania o taką moc sprawczą ;p Odpowiedź przyniosła lektura kolejnej tony makulatury (dostałam reklamówkę gratis, bo się te papiery w pudełku nie mieściły..) - otóż interweniowała wyżej wspomniana Federacja (choć do mnie nie odezwali się wcale!), sugerując takie właśnie zażegnanie konfliktu, jakiego doświadczyłam. 

Dlaczego o tym piszę?
Obok mnie stała matka dwóch dziewczynek, wykłócając się z inną ekspedientką o reklamacje i jakieś 10 odwołań, wszystko odrzucone. Kiedyś ta kobieta sobie odpuści. Będzie miała dość stresu, chamskich odzywek personelu, ciągania dzieci po galerii kilka razy w tygodniu itd. Ktoś inny odpuści już po pierwszym odrzuceniu jego roszczeń. A jeszcze inna osoba uzna, że szkoda zachodu i walk z CCC o buty za 50 zł. Tymczasem z nimi da się wygrać i do tego gorąco namawiam. Grzebiąc po necie znalazłam stosunkowo krótką drogę, dzieląc się nią mam nadzieje, że ktoś kiedyś będzie mógł paradować z podobnym bananem na twarzy, co ja, gdy odzyskałam swoje cichobiegi.

Cały proces ciągnął się od marca do czerwca. Jak się domyślacie, nie miałam za bardzo w czym chodzić, co jeszcze podsycało mój gniew. Dodatkowo zaskoczyła mnie postawa pracowników CCC Bonarka. Rozumiem, że firma ma jakąś popapraną politykę odrzucania każdej reklamacji z powodu bo tak, ale dlaczego automatycznie wiąże się to z mało kulturalnym stosunkiem pracowników do klienta? Składając reklamację byłam neutralnie nastawiona, choć pani przekonywała, że zajmuję tylko swój i jej czas, bo i tak nic z tego nie będzie. Przy składaniu odwołania i odbieraniu naprawionego obuwa panie wręcz warczały na mnie i rzucały kartkami tu podpis, czytelnie!!!, jakbym im urlop odebrała na najbliższe dwa lata. Co zabawne, gdy buty w końcu zostały wysłane do fabryki Lasockiego, ci bez mrugnięcia uznali moją reklamacje i dokleili brakujący element. Dało się bez szopki? Dało.

I na koniec pytanie - gdzie kupujecie buty? :D Przyzwyczajona, że w CCC zawsze coś się znajdzie, właściwie nie odwiedzałam innych sklepów obuwniczych. Nie wiem, gdzie warto inwestować, które lepiej omijać. Wszelkie dobre rady na wagę złota!

N.

środa, 1 kwietnia 2015

Nie musisz iść dziś na trening


Nim cokolwiek z siebie wyrzucę, pragnę wytłumaczyć się z tych dwóch tygodni milczenia. Choć właściwie wiele do tłumaczenia tu nie ma - nie miałam czasu pisać, więc nie pisałam :) Niemniej żyję, nic mi się nie stało, blogowania też nie porzuciłam (bez słowa). Ot, życie mnie pochłania.

Temat dzisiejszej notki chodził za mną od wielu miesięcy. Wił się, dojrzewał, kiełkował i w końcu dziś pękła skorupka. Bo dziś środa, dzień biegania, 12 km do pyknięcia. Problem w tym, że trochę piździ za oknem. Każdy doświadczony biegacz z maratonami, koronami, ultra biegami w CV, znawca życia i tego pięknego sportu na tego typu problemy odpowie: I co z tego!? Musisz być twardy, biegać w każdych warunkach, zawsze, wzmacniać charakter, budować silną wolę! Nie ma złej pogody, jest tylko zły ubiór! Znasz to, prawda?

Podejrzewam, że nie tylko w biegowym światku królują takie poglądy. Musisz to, czy tamto, inaczej żaden z ciebie sportowiec. Nawet jeśli pocisz się amatorsko, rekreacyjnie. Oczywiście takie nastawienie zrozumiałe jest w przypadku zawodowców, to ich praca, ale amatorzy? Serio?

Nie biegam, bo pizga złem
Tak jak wczoraj, tak jak dziś. Jasne, nie jest jakoś wybitnie zimno, pada sporadycznie, ale jeśli podmuchy wiatru przesuwają mnie już nawet podczas chodu, to co będzie podczas biegu? W fazie, gdy żadna ze stóp nie ma kontaktu z podłożem? Czy to jest rozsądne, by narażać się na niebezpieczeństwo w imię budowania silnej woli? Już pomijam to, że silną wolę, charakter budują właściwie wszystkie sytuacje w naszym życiu - nie tylko bieganie. Ktoś, kto pyka tempówki przy wietrze 36km/h, bo taki z niego kozak, niekoniecznie potrafi radzić sobie w innych dziedzinach życia, np. kompletnie nie potrafiąc brać odpowiedzialności za swoje czyny. Tutaj nawet comiesięczne maratony nie pomogą. 
W moim skromnym przypadku dochodzi jeszcze zerowa odporność organizmu. Podejrzewam, że jestem jedyną osobą, która te 12 km, w tym wietrze, przypłaciłaby grypą :)
Podejrzewasz, że warunki atmosferyczne uniemożliwią ci trening? Masz dwie opcje - przemęczyć dystans na bieżni lub dać sobie spokój. Zastanów się, czy ewentualne problemy, które możesz napotkać i konsekwencje takiego biegu (przy silnych podmuchach, podczas burzy, po oblodzonych chodnikach itp.) są warte upierania się, by trening odbyć. 

Nie biegam, bo coś mnie pobolewa
Ze strategicznego punktu widzenia nie powinnam w ogóle o tym wspominać. Im więcej osób będzie biegać z drobnymi kontuzjami, robiąc z nich większe kontuzje, tym więcej hajsu wpadnie do mej kieszeni. ALE, szlag mnie trafia, gdy znawcy życia, Janusze biegania, czyli wspomniani wcześniej eksperci, bo korona na głowie, dyskredytują kogoś, bo dał sobie czas na regeneracje. Więcej, ostatnio przeczytałam w pewnej znanej biegowej gazecie, by jeśli bolą mnie uda, łydki, ścięgna Achilesa powinnam dołożyć sobie więcej treningu! Na przeziębienie zastosować.. kolejny trening, a już na pewno go nie ograniczać. Przeraża mnie taka lekkomyślność, przecież tego typu złote rady chłoną głównie świeżynki, osoby, które jeszcze nie znają dobrze swojego ciała, będą parły do przodu, bo tak im mówią doświadczeni koledzy i kolorowa prasa, a potem będzie żal, bo kontuzja.
Jeśli coś cię boli podczas treningu lub po nim, o ile nie są to typowe zakwasy, idź do lekarza lub fizjoterapeuty. Ani kolega biegacz, ani internet, ani gazeta nie zbadają twojego narządu ruchu. 

Nie biegam, bo nie mam siły
Ten punkt jest prawdopodobnie totalnie niezrozumiały dla korpoludków i innych klepiących w klawiaturę po 8 h dziennie. I studentów, uczniów - sama nimi byłam, to wiem. Jednak po kilku godzinach pracy fizycznej, w bardzo nieergonomicznych pozycjach, w dużym stresie, ciało zaczyna reagować dość ostro, po prostu odcinając ci możliwość przemieszczania się. Głównie po to, byś dał mu w końcu czas na relaks. I co z tego, że jest chęć, jak jest problem z utrzymaniem pionu?
Jeśli nie masz siły na trening, nie rób go. Chyba, że masz tragarza, który zawlecze twoje omdlałe jestestwo do domu ;p

Nie biegam, bo nie mam czasu
Ponoć najczęstsza wymówka leni i jestem pewna, że eksperci zaraz zabiorą się za organizacje twojego dnia tak, byś mógł pobiegać. Może się okazać, że rzeczywiście masz tego czasu dużo, tylko spędzasz go na pierdołach typu internet i telewizor, ale w momencie, by wygospodarować choć godzinę na trening musisz rezygnować z posiłków lub snu, względnie uciekać z pracy (;p), to znaczy, że naprawdę nie masz na niego czasu. I trudno, pobiegasz kiedy indziej. 
Żaden miszczu w koronie nie zastąpi cię w pracy, nie ugotuje za ciebie obiadu na kilka dni, nie posprząta, wypierze, wyprasuje, nauczy na kolosa/sesję, upiecze 5-ciu ciast na Wielkanoc. Szczególnie, że w porażającej większości owe miszcze to panowie, za których wszystko robią kobiety :>
Nie masz czasu, ale tak naprawdę nie masz czasu? No, to nie masz czasu i już.

Po co nam ten tekst? Głównie po to, by dać minimalny bodziec do zastanowienia się nad sobą. Osoby początkujące często w wyniku zagubienia w temacie, szukają pomysłu na swój trening u innych, odnajdując ogólne prawidła, frazesy. Dobrze, jeśli zamiast ślepej wiary w nie, pojawiają się przemyślenia, próby dopasowania ich do siebie, swojego stylu życia. Ci bardziej zaawansowani teoretycznie mają łatwiej, bo dłużej siedzą w temacie, więcej widzieli, jeszcze więcej słyszeli. Ale też chcą więcej osiągnąć, więc szukają pomysłu na nowy, lepszy trening. I tak w kółko. Ważne, by tej pogodni za lepiej, bardziej, mocniej towarzyszył rozsądek. Zarówno w krytycznym spojrzeniu na siebie, jak i innych. Nie chciałabym, by ktoś kiedyś doradził mi coś, dzięki czemu stanie mi się krzywda - dlatego pytana o bieganie, czy częściej kwestie fizjoterapeutyczne, sporadycznie udzielam wyrokującej odpowiedzi. Każdy człowiek jest inny, siłą rzeczy każdemu służyć będzie coś innego. Z dużym prawdopodobieństwem coś zupełnie innego, niż służy mnie. Trzeba tylko poszukać co to jest i uszanować ową odmienność.

N.

wtorek, 3 marca 2015

Rok dobrych nawyków - luty!


Budowania dobrych nawyków ciąg dalszy! Po styczniowym fiasku postawiłam na coś przyjemnego. Bo czytanie jest dla mnie przyjemnością. Niestety z rodzaju tych przyjemności, na które sobie pozwalam dopiero, gdy uporam się z obowiązkami (choć chętnie zastępowałabym nim owe obowiązki, ale na dłuższą metę takie zamiatanie problemów pod okładkę książki doprowadza do większego chaosu, niż był..). Łapię się więc na tym, że czytam, owszem, ale głównie artykuły naukowe, książki branżowe i internety, a zakupione/otrzymane tomiszcza obyczajówek sięgają sufitu.

Wyzwanie na luty miało to zmienić. Uznałam, że wygospodarowanie 30 min dziennie na czytanie czegoś, co nie jest anatomią, fizjologią lub artykułem nie będzie stanowiło problemu. Niestety czytanie w komunikacji miejskiej odpada - za krótko się nią poruszam, by to miało sens. W domu też ciężko o chwilkę dla siebie - najprościej było mi czytać przed snem, co czasem kończyło się zarwanymi nocami, bo z 30 min zrobiło się 3 godziny :D

Jednak coś się ruszyło. Dokończyłam Getting Things Done (o, ironio, myślałam, że tej pozycji nigdy nie odhaczę jako done..) oraz przeczytałam Gone Girl. Jak na mnie dwie książki w miesiącu to żenujący wynik, ale pocieszam się, że to przez literaturę fachową (tak, na pewno ;p) - no trzeba poświęcić trochę czasu na samokształcenie. Mam nadzieje, że uda mi się podtrzymać ten nawyk także w marcu - muszę stopić ten książkowy lodowiec pod ścianą :)

W marcu pracować będę nad regeneracją <3 Czyli olewka na pacjentów, oaza spokoju, miej wyjebane, a będzie ci dane (przezwisko służbista roku ;p) - te klimaty. Będę też kładła się spać przed północą - nie wiem jak w weekendy, ale w tygodniu to mus. Lata lecą i funkcjonowanie po 4-5 godzinach snu już takie żywiołowe nie jest #smuteczek

N.

środa, 11 lutego 2015

Rok dobrych nawyków - styczeń!


Styczeń minął, pół lutego prawie też, zatem czas najwyższy na krótkie podsumowanie pierwszego miesiąca starań o wdrożenie w życie dobrych nawyków. Na dobry początek wybrałam sobie coś.. łatwego. Picie szklanki wody po przebudzeniu. Idąc spać biorę ze sobą jedną, bo w nocy często budzi mnie pragnienie, to co za problem wziąć dwie?

Problemem okazała się nie sama logistyka, co spożycie tej szklanki wody..

Jak widzicie na zdjęciu na początku posta, przez tydzień sumiennie wypijałam swój poranny przydział. Z dnia na dzień coraz bardziej się do tego zmuszałam - nie miałam na nią ochoty, była mdła, z dodatkami typu cytryna, miód - wręcz odrzucająca. Pojawiły się problemy z jedzeniem i przede wszystkim trawieniem śniadań. Postanowiłam więc zrobić kilka dni przerwy... i wyszedł mi ponad tydzień :D

Potem znów zaczęłam pić. Wodę ;p Momentalnie wróciły problemy trawienne i ociężałość. Zaczęłam więc myśleć. Głównie o tym, jak bardzo głupi to pomysł. Wypić, dajmy na to, 250 ml wody (może nie duszkiem, ale za jednym posiedzeniem) na pusty żołądek - duża jej część zostanie więc przetransportowana do krwi, zwiększając jej objętość i dokładając pracy sercu (zapewne stąd ospałość i wzrost ciśnienia), a wiadomo, że o 5 rano nikt nie lubi pracować, serce też ;p

Drugi dzwonek alarmowy to rozcieńczenie soków trawiennych (głównie tego żołądkowego..). Jak miało mi się dobrze trawić śniadanie, skoro w żołądku miałam głównie wodę?

Z ulgą odnotowałam koniec stycznia. Od ponad tygodnia nie piję już wody rano i czuję się dużo lepiej, niż gdy to robiłam. Jednak żeby nie rujnować teraz nikomu światopoglądu - być może takie nawadnianie ma sens, być może oczyszcza z toksyn, być może daje kopa energii. Niestety nie mnie. Nie dysponuję z rana taką ilością wolnego czasu, by spokojnie wypić sobie szklaneczkę, odczekać aż się ona wchłonie, przeleje przez nerki i ją wysikam, a soki żołądkowe skoncentrują, bym mogła zjeść celebrowane, blogerskie śniadanie. Być może wtedy byłoby inaczej. Choć doświadczenia mam raczej negatywne, cieszę się, że spróbowałam. Przynajmniej wiem, że to nie dla mnie.

Ciekawi mnie, czy ktoś z Was również nie przekonał się do picia wody po przebudzeniu, może miał podobne objawy? Docierają do mnie głównie głosy zachwytu, względnie umiarkowanego zadowolenia, bo udało się wdrożyć zdrowy nawyk. Czuję się osamotniona w mojej wodnej abstynencji :D

A w lutym postawiłam na pół godziny dziennie poświęcone na lekturę niebranżową. Na razie idzie mi.. tak sobie.

N. 

wtorek, 13 stycznia 2015

Gdzie na narty? Tatrzańska Łomnica!


Dwa lata temu dzieliłam się z Wami swoim zdaniem odnośnie zjeżdżonych stoków narciarskich (część 1, część 2, część 3). Były to ośle łąki, bardziej zaawansowane trasy, mekki warszaffki na feriach oraz opuszczone samotnie dla takich aspołecznych typów jak ja ;p Dziś kilka zdań o miejscu, w którym mój but narciarski stanął po raz pierwszy - tak, wszystkich to dziwi ;p - Tatrzańska Łomnica.

Od nieśmiertelnej Kotelnicy Białczańskiej to tylko dodatkowe 30 min drogi. W sumie jadąc z Krakowa nie robi mi już większej różnicy, czy stracę ten czas w samochodzie, czy w kolejce do krzesła na Kotelnicy. Natomiast widoki i trasy definitywnie ową różnicę robią ;p Jedyne o czym trzeba pamiętać, to bezwzględna trzeźwość kierowcy (nie ma, że grzaniec na stoku), dobre opony, napęd na cztery koła lub łańcuchy na wyposażeniu. Na parkingu pod stokiem nie było problemu z miejscem, nawet gdy pojawialiśmy się tam dopiero koło godziny 10 (wysadzaliśmy część wycieczki w Popradzie do aquaparku). Parking jest oczywiście darmowy.


Ból dupy cebulaka i krakowskiego centusia odzywa się dopiero przy kasach, gdzie trzeba (szczególnie w szczycie wysokiego sezonu... na szczęście od wczoraj jest już po tym szczytowaniu) wyskoczyć z ponad 30 euro.. Zakupiony skipass oczywiście uprawnia nas do śmigania także w Starym Smokowcu i Szczyrbskim Jeziorze, no, ale te 36 euro bolało.. Na szczęście w cenie otrzymujemy kilka tras o różnym stopniu zaawansowania, ileś tam krzeseł i dwie gondole. 

http://www.vt.sk/pl/

Ze względu na iście lipną zimę w tym roku, nie dane nam było poszaleć na trasie nr 7. Wujek opowiadał mi, że jest to dość stroma trasa (co za eufemizm ;p), bardzo podobna do kotła w Gąsienicowej (Kasprowy Wierch) - Mężczyzna potwierdził, że dzieje się tam mocno, tym bardziej żałuję, że nie było mi dane tam wjechać. I zjechać.

Bujaliśmy się głównie na czerwonych trasach pod gondolką. Jak na początek sezonu, brak przygotowania i niedomagające kolano - idealne trasy. Można się srogo zmęczyć, jednocześnie nie obawiając się, że ktoś wzorem patafiana, który kiedyś zmiótł mnie z nart na Kasprowym, straci kontrolę nad sprzętem i poleci w dół. Zabijając nas. Bardzo podoba mi się możliwość mieszania tras - raz jadę gondolką nad Skalnate Pleso i zjeżdżam aż do dolnej stacji niebieskiego krzesła (z pożarem w udach ;p), by po wjechaniu krzesłem tym stoczyć się, lajtową już trasą, pod stację pierwszej gondoli. 


Jedyne, czego definitywnie nie polecam, to korzystania z pomarańczowego krzesła - nie dość, że dojazd do niego jest trudny dla snowboardzistów, to jeszcze każdy łazi sobie tam jak chce, więc o wypadek nie trudno. Potem stanie w mega tłumie, bo wszystkie bachory tam jeżdżą. No, chyba że się za lekko ubraliśmy, mróz dupkę ścina, to podgrzewane siedziska troszku poratują ;D

W kwestii żywieniowej jest tam podobnie jak z karnetami - drogo. Herbata 1,9 euro, frytki 2,7 euro, pizza (dla 1 os) 7,6 euro. Toaleta za darmo, jak to zwykle na Słowacji - papier, mydło i ciepła woda w standardzie.

PLUSY:
- zróżnicowane trasy
- system GOPASS (którym muszę się bardziej zainteresować, jeśli chcę jeździć na Słowację!)
- panie w kasach multijęzyczne - dogadacie się nawet mieszając polski z hiszpańskim ;p
- prócz pomarańczowego krzesła, umiarkowane lub żadne kolejki

MINUSY:
- drogie karnety (co ciekawe, kupno karnetu na 3 dni z góry wcale nie jest opłacalne, lepiej brać codziennie nowy)
- drogie jedzenie/picie
- brak oświetlenia stoków
- taki malutki, bo wynikający z warunków atmosferycznych - silny wiatr nawiewał kamienie z nieośnieżonych partii gór, byłoby miło, gdyby obsługa zareagowała i kamienie owe usuwała. 

DLA KOGO?
Hmm, w sumie... Niebieskie trasy, szczególnie u dołu, świetnie nadają się do nauki. Jak ktoś tylko się zwozi, neptykuje od bandy do bandy - ma duuużo miejsca. Dla amatorów stromizny są trudniejsze trasy, jak pogoda da, mocno oblodzone. Jeżdżąc kilka razy z samej góry na dół można się porządnie zmęczyć. Dla każdego coś miłego!

N.

czwartek, 8 stycznia 2015

Rok dobrych nawyków!


Śmiać mi się chce (yy, raczej płakać), gdy czytam swój poniedziałkowy post i zawarte w nim słowa. W przeciągu kilku/kilkunastu godzin zmieniło się dosłownie wszystko. Na dobry początek ostatniego tygodnia wolnego, zadzwoniła szefowa, żem potrzebna, bo kadrę znów zdziesiątkowało. Więc od środy znów pacjenci! Yay! We wtorek zmiotło mnie.

Co? Nie wiem do dziś, jakiś wirus, może to tylko grypa w wersji light, może jakieś inne krakowskie cudo. Stawiłam się wczoraj w pracy i momentalnie okazało się, że nie ma AŻ tyle roboty, by obecna w pracy kadra nie ogarnęła, więc zostałam odesłana do łóżka. No, i tak leżę, fallus mnie strzela z nieróbstwa, czytać się nie da, bo oczy bolą, internety też bolą, tego posta piszę od wtorku na raty ;p 

Od poniedziałku zmieniła się jeszcze jedna rzecz. Pisałam, że straciłam wiarę w sens postanowień, bo realizuję je raczej.. mniej niż bardziej. A wieczorem przeczytałam wpis Marysi z Żony Modnej o wyrabianiu dobrych nawyków i klasnąwszy w dłonie rzekłam: to jest to!

Niezależnie od tego, czy bliższa Wam teoria, iż powtarzanie pewnych czynności wchodzi w krew po 12-stu dniach, czy po 20-stu - miesiąc jest wystarczającym czasem, by wpoić sobie pewne nawyki lub raczej przekonać się, czy w ogóle jesteśmy w stanie je realizować (dla przykładu, u mnie codzienne jedzenie owsianki skończyłoby się trwałym przeniesieniem zacnego jestestwa na porcelanowy tron).

Początkowo chciałam przypisać poszczególne cele do konkretnych miesięcy, ale nie mogłam się zdecydować. Zatem wypiszę je tu tylko, a w styczniu kontynuować będę wypijanie szklanki wody rano (bo i tak już zaczęłam):

wypijać szklankę wody rano ~ kłaść się spać przed północą ~ nie słodzić herbaty i kawy (w przypływie słabości słodzić stewią) ~ 6 min jogi wieczorem ~ konsumować jeden owoc lub warzywo extra ~ odświeżyć sobie niemiecki z Pawlikowską ~ balsamować zwłoki ciało ~ ścierać kurze co drugi dzień ~ poranny zestaw brzuch + plecy ~ pić max 1-2 kawy dziennie ~ pić herbatę z imbirem (korzeniem, nie herbatkę aromatyzowaną ;p) ~ wygospodarować przynajmniej 30 min dziennie na książkę niebranżową 

Jeśli uda mi się wcielić w życie chociaż połowę z tego, będę koniem! :D
Jeśli chcecie coś zmieniać w swoim życiu, to wiadomo, małymi krokami, na pewno będzie łatwiej, niż nagle narzucić sobie wodę rano, potem herbatę z imbirem, którego akurat nie mamy w domu, 30 min czytania, ćwiczenia, joga i jeszcze kurze w pokoju.
Jeśli chcecie się przyłączyć, to Maria zaprasza :>

N.

piątek, 19 grudnia 2014

Książkowe wyzwanie 2015!

A cóż to ja znalazłam na kwejku! Zważywszy na moje tegoroczne żenująco sporadyczne sięganie po książki inne niż branżowe, nosiłam się z zamiarem jakiegoś wyzwania, np. jedna książka niemedyczna w miesiącu itp. Jednak to wyzwanie podoba mi się bardziej! Jeśli dobrze liczę, do przeczytania jest 29 książek, czyli 2-3 miesięcznie.. hmm, jak wyzwanie, to nie może być łatwo, prawda? :D



Swoje postępy będę odhaczać w tym poście. Przyłączacie się do zabawy? :>

Jak jesteśmy w temacie książek, to mam drobne ogłoszenie - postanowiłam rozstać się z kilkoma pozycjami z mej biblioteczki (choć właściwsze byłoby określenie - graciarni). Pierwotnie myślałam o sprzedaży, ale w sumie wymiana na inne tytuły lub produkty pierwszej potrzeby, jak domowa nalewka, także wchodzą w grę ;p 
Poniżej lista książek, wszelkie szczegóły w wiadomościach prywatnych (mail: natiksidletalk@gmail.com):

  1. Jane Sigaloff – Imię i nazwisko zastrzeżone
  2. Candace Bushnell – Piąta Aleja
  3. Lena Oskarsson – Plac dla dziewczynek
  4. Lena Oskarsson – Czarne tango
  5. Dorota Wellman, Janusz Leon Wiśniewski – Arytmia uczuć
  6. Piotr Łopuszański – Sławni ludzie
  7. Cecily von Ziegesar – Plotkara cz. 12 Zawsze będę cię kochać
  8. Eric-Emmanuel Schmit – Tajemnica Pani Ming
  9. Larry McMurtry – Ostatni seans filmowy

N.

środa, 17 grudnia 2014

Zapachy spod choinki

Przeglądnęłam statystyki bloga. Od kilku tygodni wśród wyszukiwanych haseł królują te dotyczące wosków i świec. O ile o świecy wodnej napisałam już wszystko, co chciałam w tym poście, tak o woskach mogłabym pisać jeszcze całe opowiadania ;) Z mej zasobnej kolekcji (redukuję, naprawdę ją redukuję..) wybrałam kilka niuchów, pfu!, propozycji na mroźne, zimne grudniowe wieczory. Albo z braku zimy w tym roku, po prostu grudniowe wieczory. 


Typowo świąteczną propozycję, jak Christmas Memories, zna już chyba każdy woskomaniak. Ja swoją tartę mam jeszcze z zeszłego roku - nie dałam rady spalić jej całej, bo to bardzo intensywny zapach. Wytrawy, świąteczny, ale trzeba dawkować go z umiarem. Taki grzaniec dla nosa :)

Snow In Love podobnie pokutuje od zeszłego roku. Rozczarował mnie jego zapach, więc nie sięgałam po niego zbyt często. Dużo pudru i słodyczy, słodkich świąt Ci Natik życzy ;p Dużo pudru i słodyczy sprawia, że bardziej pasuje mi do postawienia kropki nad i po świątecznych porządkach, niż do umilania sobie nim wieczorów po zabieganym dniu.

Innym rodzajem cukru pudru charakteryzuje się Season Of Peace. Ma w sobie jakąś ostrą, mroźną nutę, naprawdę lubię go palić, nawet w kwietniu :)

By dokończyć mroźne opowieści, słów kilka o Cranberry Ice. Om nom nom! Powtórzę kolejny raz - to zapach podgrzewanej w garnuszku mrożonej żurawiny, bez transformacji zapachu, bez zaskoczeń. Bardzo mocny aromat, wręcz powoduje ślinotok. Jak widać na zdjęciu wyżej - też pokutuje.

Aby osłodzić nieco klimat, rzucam się na ciasteczka, kawy i herbaty. Vanilla Chai co prawda miała rozgrzewać jesienną porą, ale to tak fajny zapach, że nie widzę przeciwwskazań, by zaparzyć ją też teraz. Mój początkowy bulwers z powodu braku obiecanej nazwą wanilii nieco zelżał. Znalazłam ją wśród korzennych przypraw, gdzieś tam jest!

Ochotę na słodkie podbijam świeczką (ale wosk też jest w ofercie!) Pumpkin Latte. Cudowne połączenie mleka, dyni, cukru i cynamonu. Czasem naprawdę ciężko mi powstrzymać się od zjedzenia go ;p

Z ciastek do polecenia mam trzy warianty: Snowflake Cookie - kruche ciasteczka gotowe do lukrowania, Vanilla Cupcake - słodki, waniliowy, mnie nie zachwycił, ale trzyma się w klimacie, Red Velvet - którego chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, najbardziej ciasteczkowy zapach Yankee Candle!

Jeśli ciasteczkowo-herbaciana wanilia to dla kogoś za dużo, idealnym wyborem będzie Vanilla Satin. Niby wanilia, ale nie trąca żadnymi olejkami do pieczenia i syropami. Lubię ten zapach za stonowanie, delikatność. Sprawdzi się, jeśli potrzebujecie tła dla przedświątecznego spotkania ze znajomymi.

Podobnie sprawy się mają z woskiem Black Coconut, który do świątecznych zapachów stanowczo nie należy, ale jest tak delikatnie słodki i kojący.. więc czemu nie?

Na zakończenie jeszcze dwie propozycje: Red Apple Wreath - moje ukochane jabłuszko, czerwone, soczyste oraz Peppermint Twist - narkotyzująca mięta, ostra, słodka, nie wiem, czy sprawdzi się na rodzinnym spotkaniu (jest baaardzo intensywna), ale do indywidualnego wąchania prosto z opakowania - jak znalazł ;p

Więcej świątecznych wosków nie posiadam. Tegoroczne propozycje nie ujęły mnie na tyle, bym je przygarnęła, a chcę stopić posiadane woski, więc nie kupuję tych, które moją być. Muszą być genialne ;p Mam nadzieje, że duszyczkom błądzącym po tym blogu w poszukiwaniu wosków choć odrobinę pomogłam (mniej klikania).

* Mój umiar i często opisywane uczucie zaduchu przy paleniu wosków związane jest z małą powierzchnią pomieszczenia, w którym oddaję się aromaterapii. 

** Linki do moich poprzednich wpisów o wspomnianych w notce woskach:

N.

wtorek, 4 listopada 2014

Jak prać buty biegowe?


Celibat biegowy jeszcze do jutra! Już od niedzieli mnie nosi, ale jestem twarda, gdy napotkam na swej drodze buty lub legginsy, odwracam wzrok :D A buty już wyschły, więc właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, bym pomyliła środę z wtorkiem i pomknęła polem, lasem już dziś :)

Nim to nastąpi, słów kilka o praniu obuwia biegowego. Już od jakiegoś czasu moje cichobiegi dopominały się czyszczenia, szczególnie po treningu, gdy musiałam zdejmować je na bezdechu i wynosić na balkon, by domownicy mnie nie eksmitowali. Spreje i cuda antybakteryjne dawały radę przez jakiś czas, no ale ile można myć włosy suchym szamponem?

Moje pojęcie odnośnie prania butów ograniczało się do wiedzy, iż producenci tegoż stanowczo je odradzają. Bo się zniszczą. Bo siateczki się potargają. Jeśli są klejone, to klej puści. Jeśli szyte, to szwy puszczą. Tymczasem buszując po sieci, między stronami przekonującymi, iż śmierdzący but to taki element charakterystyczny dla biegacza i cóż, trzeba z tym żyć (yyy?), a stronami przestrzegającymi, podobnie jak producenci obuwa, przed drastycznym wpływem wody i proszku do prania na delikatną strukturę buta (który jakimś cudem wspaniale radzi sobie w deszczowe dni i w błotnistym terenie..), znalazłam kilka słów rozsądku od osób, które zastraszyć się nie dały i bezceremonialnie wrzuciły buty do pralki.

Gdybym miała podsumować kilka złotych rad:
  1. Przed praniem czyścimy buta z błota, piasku, kamyków w bieżniku - dla bezpieczeństwa pralki.
  2. Wyciągamy sznurówki, wkładki, sensory :)
  3. Sznurówki pierzemy w woreczku na bieliznę - znów by nie zniszczyć pralki, gdy końcówki powtykają się w dziury w bębnie.
  4. Buty natomiast powinniśmy prać, albo ze szmatami (chyba czystymi, bo nie wyobrażam sobie traktować buta mieszanką cifa, domestosa, pronto, spreju do szyb itd ;p), albo w starej poszewce. U mnie był to podkoszulek ojca, przeznaczony na szmaty, z długimi rękawami, dzięki czemu zrobiłam z niego worek i do środka upchałam buty - cały ten cyrk również dla ochrony bębna pralki, choć znam osoby, które się tak nie certolą.
  5. Co dodać do prania? Ograniczyłam się do proszku do prania, ale jeśli posiadacie preparat do prania obuwia sportowego, no to chyba jasne :) Płyn do zmiękczania tkanin jest zbędny.
  6. Wybrałam program do prania wełny, wyłączyłam też wirowanie. O ile to drugie polecam, tak program do prania wełny to była przesada - buty ociekały z wody dwa dni, schły prawie tydzień, a i tak nie były zupełnie czyste. W przyszłości wypiorę je jako syntetyki w 30st :)





Choć buty wymagały dodatkowego, ręcznego czyszczenia z plam po błocie, to główny cel prania został osiągnięty - NIE ŚMIERDZĄ. Nic się nie rozkleiło, żadne nici nie puściły, siateczki są całe.
Prałam model Nike Revolution.


N.

środa, 6 sierpnia 2014

Czytaj KRK! - edycja sierpniowa

Trochę książkowo zrobiło się na blogu :) Ostatnie dni spędzam gapiąc się w mój mikro-ekranik telefonu komórkowego, głównie za sprawą projektu Czytaj KRK! Więcej o akcji można poczytać TUTAJ.


Po ściągnięciu aplikacji na smartphona, skanujemy QR kod i cieszymy się przez 30 dni darmową książką. Gdy już ją przeczytamy, skanujemy kolejny kod i wymieniamy na kolejną pozycję. W edycji sierpniowej mamy 10 tytułów do konsumpcji: 

Ości – Ignacy Karpowicz
Witajcie w Rosji – Dmitry Glukhovsky
Jony Ive - Leander Kahney
Kiedyś o tym miejscu napiszę -Binyavanga Wainaina
Drzewo migdałowe – Michelle Corasanti
Kongres futurologiczny – Stanisław Lem
I jak tu nie biegać! – Beata Sadowska
Haiku. Haiku mistrzów – Ryszard Krynicki
Zamień chemię na jedzenie – Julita Bator
Magiczne drzewo. Czerwone krzesło – Andrzej Maleszka

Ponieważ I jak tu nie biegać! już czytałam, w pierwszej kolejności skusiłam się na książkę Julity Bator. Pamiętam, że niedawno był na nią ogromny boom, każdy bloger musiał ją mieć i przeczytać, pewnie nikła część z nich zastosowała się do promowanej w niej reedukacji żywieniowej (czemu akurat się nie dziwię), ale pojawiło się wiele głosów, że w sumie to nie warto. I pod tym się podpisuję - nie warto jej kupować, lepiej przeczytać e-book. Gdybym była zakręcona na punkcie zdrowego odżywiania się i pałała chęcią rewolucji, po lekturze Zamień chemię na jedzenie dalej nie wiedziałabym co i jak mam zrobić. Jako osobę mocno dociekliwą, nie zadowalają mnie też lakoniczne tłumaczenia czemu dana substancja jest szkodliwa/karcerogenna/teratogenna/po prostu zła. A już stwierdzenie, że wszystko co jest GMO jest złe, bo jest modyfikowane (i to genetycznie! drżyjcie narody!), oczywiście bez podania na czym dana modyfikacja polega i co potencjalnie miałaby zmodyfikować w naszym organizmie, utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że to pozycja nie dla mnie. 

Jeszcze kilka słów odnośnie samego czytnika. Bardziej denerwujące, niż treść nietrafionej książki jest jej czytanie. Co prawda mamy do wyboru i wielkość i rodzaj czcionki oraz kolor tła, ale te udogodnienia odchodzą w niepamięć w momencie dobrnięcia do końca rozdziału. W Zamień chemię na jedzenie tych rozdziałów, wstępów, tabel, załączników jest chyba ponad dwadzieścia i raczej są krótkie. I tak, po 3 min lektury chcemy przejść do następnego rozdziału, a czytnik ładuje nam znowu ten sam rozdział - nieważne, czy smyramy ekran, czy wybieramy kolejny rozdział z menu. Dopiero cofnięcie się do głównego menu aplikacji lub jej restart pozwalały załadować wybrane treści. O ile nie jest to szczególnie uciążliwe przy obszernych książkach i dłuuugich rozdziałach, tak nawigacja po Zamień.. zmordowała mnie bardziej, niż ten mikroskopijny ekran telefonu zmęczył moje oczy ;p

Mimo tych niedoróbek programistycznych, sam pomysł bardzo przypadł mi do gustu, więc lecę skanować kolejny kod :)

Z nosem w telefonie, 
N.

wtorek, 15 lipca 2014

Gdy nie ma prądu..


Sobotnim wieczorem skończył się prąd :) Gniazdka w domostwie uschły, pozbawiając nas życiodajnego 230V. Początkowe jęki na brak internetu i nadzieja, że zaraz wszystko wróci do normy, po ok. 20 min zamieniły się w martwą ciszę (i jęki i nadzieja ;p). By nie zwariować, konieczne było wymyślenie sobie jakiegoś zajęcia na te długie godziny ciemności. Poniżej kilka pomysłów - do realizacji w towarzystwie i w samotności :)

sobota, 12 lipca 2014

Helioterapia


W naszym przybytku siarką płynącym dysponujemy lampą UVB, która wraz z jajeczną cieczą stanowi dość popularny i skuteczny sposób leczenia łuszczycy. Choć smród, który zostaje w pomieszczeniu po takim naświetlaniu powoduje u mnie srogi odruch wymiotny, nieśmiałe zapewnienia pacjentów, że już jest lepiej skłaniają (jak zawsze) do przemyśleń. 

czwartek, 22 maja 2014

Zafiksowałam się

Każdy ma swoich ulubieńców - w różnych dziedzinach życia. Kupujemy nową płytę i zarzynamy ją w odtwarzaczu do znudzenia. Chodzimy w jednych butach cały sezon, bo są mega wygodne i pasują do wszystkich jeansów w naszej szafie. Jadąc autobusem spoglądamy tęsknym wzrokiem w stronę zajętych miejsc na tyłach pojazdu - każdy wie, że tam siedzi elita :D

Nie inaczej jest ze mną. Okresowo dopadają mnie także fazy (lub przyzwyczajenie) na robienie/używanie konkretnych rzeczy. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy wynika to jedynie z zafascynowania ową rzeczą, czy z czystego lenistwa..

MAKIJAŻ

Na pewno pamiętacie moją wishlistę i opory przez zakupem pędzli do makijażu, które tak bardzo chciałam. Otóż, pędzle zakupiłam, zakochałam się w nich, używałam jakiś tydzień, a potem... potem była promocja w Rossmannie..

Wyniosłam z niej prasowany pigment, tak gorąco polecany przez innych (a teraz i przeze mnie), który po licznych próbach nakładania pędzlami okazał się najlepiej współpracować z palcem. Więc nakładam go palcem. Spodobało mi się, jak ładnie prezentuje się z prostą kreską i wytuszowanymi rzęsami i od tego czasu mój makijaż wygląda codziennie tak samo. A pędzle czekają :)

MANICURE

To, co mam na paznokciach zależy od stanowiska pracy, które akuratnie piastuje. Jeśli jest to siarka, nie ma co nawet sięgać po kolorowe emalie - odpadną wraz z rozdwojonym paznokciem jeszcze tego samego dnia. Wtedy zdaję się na Essie Mademoiselle - nawet jak odpadnie, to tak nie widać, a pomalowane nim paznokcie wyglądają na normalne.

Lecz gdy przychodzi weekend lub brak siarki pozwala, maluję paznokcie przyjemniaczkiem od Golden Rose (52), idealną alternatywą białych lakierów. Próbowałam jeden na sobie, ale czułam się źle. Rozbielony róż/beż jest o niebo lepszy!

MUZYKA

Hmm, nie wiem, czy powinnam o tym pisać, ale spodobał mi się kawałek Donatana i Cleo :) Ja, naczelna hejterka My słowianie, zachwycam się wersją in inglisz..

ŚWIECZKI ZAPACHOWE

Woski poszły w odstawkę. I to nie z lenistwa, bo kominki stoją puste, umyte i z gotowymi tealightami - nic, tylko kruszyć wosk i palić! Tymczasem ja wypalam zapasy świec zapachowych, tych z IKEA, maleństw z Bolsiusa i nawet bożonarodzeniowych (cynamonowych..) z Tesco.

SŁODKIE ŚNIADANIA
I na dobicie (zdjęcia brak ;p) - śniadanie miesiąca! Dwie kromki chleba z twarożkiem i miodem. Nie, nie mam dość, widać mój organizm domaga się sporej dawki cukru z rana. Natomiast w ciągu dnia nie ciągnie mnie tak bardzo do tony czekolad, które mamy w pracy (co innego kruche ciasteczka!), drugie śniadanie tylko na słono. Nie dbam jakoś bardzo o linię, ale redukcja słodkości w diecie jeszcze nikomu nie wyszła na złe - jeśli moje miodowe śniadania mają w tym pomóc, to już szukam pasieki :)

Teraz kolej na Was - pochwalcie się swoimi fiksami ostatnich dni!

N.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Dziewczyna Azika

Ruch może zastąpić każde lekarstwo, ale żadne lekarstwo nie zastąpi ruchu - ta złota myśl Wiktora Degi wryła mi się w mózg za sprawą wielu godzin spędzonych w wilgotnych lochach, o sorry, korytarzach i salach naszej miejscówki przy placu Sikorskiego. Fizjoterapeuty znajo temat.

Jakkolwiek można poddawać w wątpliwość praktyczne zastosowanie tej rady przy, powiedzmy, masywnej biegunce (latasz do kibla, więc ruch jest, ale sraka nie przechodzi..), tak po pięciu latach na CMUJ wiem, że na moją nerwicę idiotogenną nic nie pomaga lepiej, niż sweaty workout.

Wykładowca trwoni mój czas? Pacjenci wylewają na mnie swoje frustracje? Najbliżsi organizują mi czas bez mojej zgody? Oh, 5 km biegiem powinno dać radę. I daje. Tylko zrobiło się zimno, któryś z pacjentów zaraził katarem i bieganie (na razie) się skończyło. Na szczęście wzięłam się i przekonałam do karnetu w Aziku (taki osiedlowy fitness klub i siłownia) i 21 listopada wylądowałam na swoich pierwszych zajęciach tam.

Pilates. Prowadząca, dość zachwalana przez Rodzicielkę, dała mi (bo reszta ćwiczących nie wyglądała na tak styranych jak ja) niezły wycisk. Tak bardzo niezły, że następnego dnia w duchu dziękowałam losowi, że mam fizyczną pracę i brakuje mi czasu na odpoczynek, bo jakby mi się te zakwasy skondensowały, to prawdopodobnie udusiłabym się nie mogąc bezboleśnie oddychać :D
Nie muszę Wam chyba pisać, że pilates od razu wylądował w grafiku na cały miesiąc? Bo postanowiłam przelecieć wszystkie zajęcia w klubie i zorientować się co mi najbardziej odpowiada i skupić się tylko na tym (od razu przyznam się, że chodziło mi o TRX - poniżej zobaczycie co z tego wyszło ;p).

TRX, czyli przyczynek mego członkostwa w klubie. Pierwotnie miałam zamiar zaszczycić siłownie swoją obecnością, ale po co przerzucać żelastwo, gdy można przerzucać swój własny ciężar? Dwa niedzielne poranki spędziłam więc uwieszona na linach, rozpaczliwie szukając swojego gorsetu mięśniowego, którego najwyraźniej nie posiadam, bo miota mną jak szatan. Szczególnie w podporze przodem z nogami w uchwytach liny, przyciągającą kolana skośnie do siebie - widok bezcenny ;p
Lubię wyzwania, więc TRX także wchodzi do grafiku.

No, i moje ulubione zajęcia - Indoor walking. Tutaj należy się podwójne tło historyczne dla zrozumienia ogromu emocji, które mną miotają. Na początek moje wyobrażenie o spacerach z indykiem - więc, jest bieżnia, chodzimy sobie po niej, raz szybciej, raz wolniej, to znowu biegniemy, no bo cóż innego można robić na indoor walking!? O, ja głupia..
W momencie, w którym wylądowałam na tych zajęciach, byłam już po jakimś tygodniu, dwóch niebiegania, z ogromnymi problemami ze ścięgnami Achillesa (praca), więc cieszyłam się jak dziecko, że taka delikatniejsza forma pozwoli mi wykurować ścięgna i nie stracić kondycji. Więc możecie sobie wyobrazić kurwy, które przemykały przez moją głowę w trakcie zajęć, oczywiście totalnie odmiennych od mojego wyobrażenia. A jeszcze jak po ok. 5 min dotarło do mnie kto prowadzi te zajęcia, miałam ochotę wyjść. Serio, spadam stąd, auf wiedersehen!

To teraz ta druga historyjka - prowadzącego miałam przyjemność poznać jakieś pół roku/rok temu, gdy podszywając się pod moją Matkę (miała karnet na 4 albo 8 wejść i kończyła się jego ważność, a właścicielkę rozłożyła choroba i szkoda było tracić wejścia ;p) wbiłam na BPU Mix. Niewiele z tego nielegala pamiętam - prowadzącego właśnie - gość ma coś takiego w sposobie prowadzenia zajęć, że nie potrafisz odmówić mu kolejnej serii, kolejnych powtórzeń, choć wiesz, że to za dużo, zaraz zemdlejesz, ale katujesz się dalej; że po zajęciach siedziałam pół godziny w kiblu, bo świat wirował tak bardzo, że nie mogłam wstać; powrót do domu na piechotę slalomem gigantem i generalnie obchodząc całe osiedle dookoła :D 

I tak stoję naprzeciw prowadzącego, słucham o chwytach dłoni nr 1,2 i 3, twarz jakby znajoma (choć pracując z ludźmi ciągle ma się wrażenie, że się kogoś zna), ruchy ciała, gdy przemieszcza się po sali też znajome.. Pewności nabrałam dopiero po pięciu minutach, gdy usłyszałam znajome "Azik!" O, motyla noga, to on, to nie będzie spacer.. I nie był. Co prawda te zajęcia nie zniszczyły mnie tak bardzo, jak pamiętny BPU mix, ale połowę zajęć dyszałam gdzieś z boku, smarkałam nos i wycierałam zalane potem oczy. 
Oczywiście indoor walking jest w grafiku, nawet 2x w tygodniu ;p

Przede mną jeszcze ten tydzień - w piątek kończy mi się karnet, a następny planuję już po nowym roku (osobiście chętnie dalej latałabym na zajęcia, ale za długo żyję na tym świecie, by nie wiedzieć jak naprawdę będzie wyglądać mój świąteczno-sylwestrowy czas..). Dziś (prawdopodobnie teraz) seans masochistycznego spacerku z drobiem, we czwartek eksperymentalna zumba (strasznie jestem ciekawa, czy nie zabiję się o własne nogi ;p) i w piątek kolejny indoor walking na dobicie. W sumie przez miesiąc odwiedzę Azika dziesięć razy. To chyba nie tak źle?
A potem wracam do biegania.

wtorek, 10 grudnia 2013

Sok z buraka

Tak, dziś na blogu o soku z buraka :D

Moje pierwsze skojarzenie z tym tworem, to oczywiście "lek na raka" - ucinając nadchodzącą dyskusję o tym, że tonący brzytwy się chwyta, o medycynie naturalnej i magicznej mocy ziół, nie mam nic przeciwko pojeniu nim pacjentów onkologicznych, o ile idzie ono w parze z tradycyjnym leczeniem, a nie jako cudowny zamiennik takiej chemio-, czy radioterapii.

Zatem sok z buraka, o mocach niezwykłych, sile cofania karcynogenezy (dobra, już się odczepiam ;p), wspomagacz naszej odporności, skusił mnie sobą właśnie z powodu flawonoidów, które pomóc mają w walce z infekcjami, a te w okresie jesienno-zimowym są u mnie na porządku dziennym. Burak ma jeszcze kwas foliowy, trochę witamin i błonnik. Oraz jeden poważny mankament - ten cholerny, barwiący wszystko wkoło sok ;p


Na niepełny dzbanek soku potrzebujemy (można zmieniać proporcje, te są dla mnie idealne):
- 3 buraki
- 5 marchewek
- 2 jabłka
- sok z 1 cytryny

Buraki, marchewki i jabłka maltretujemy w sokowirówce, następnie wyciskamy sok z cytryny i całość mieszamy. Sok smakuje ciekawie, nie czuć jakoś mocno tego buraka, raczej marchewkę, ale nie tak intensywnie, jak w przypadku soku jedynie z marchwi i jabłka, do tego co jakiś czas pojawia się kwaskowatość cytryny. Gdyby nie tona elementów sokowirówki i pół kuchni do umycia po takiej zabawie, piłabym ten sok codziennie!


sobota, 9 listopada 2013

Rozrywka w październiku

Minął już pierwszy tydzień listopada, a ja ociągam się z publikacją tego posta. Wracam z pracy i jestem trupem, przeziębiłam się, więc jestem podwójnym trupem (i zombie) i tak sobie leżę i dogorywam, więc dlaczego nie dokończyć tych kilku zdań? :>
Zatem książki i filmy października!