Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieganie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bieganie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 kwietnia 2018

Powroty


Nadrabianie wspomnień biegowych startów szło mi tak źle, że po pół roku blogowej ciszy postanowiłam dać sobie siana.

I nagle znów zachciało mi się tu pisać :) Niestety nie dowiecie się, co było po niepołomickich żubrach, jak sprawdził się plan pod krynicką dychę oraz czemu nie biegałam od półmaratonu. Życie pisze swoje scenariusze - można z tym walczyć, można się cisnąć w (nie)skończoność, a można też przystanąć, wziąć głęboki wdech i wybrać mniej raniącą drogę.

Dość filozofii. 

Za kilka dni krakowska nocna dyszka - ta, którą tak uparcie każdego roku wpisuję w kalendarz biegowy. I dzięki której pewnie w ogóle rozpoczynam kolejny sezon, bo jak po październikowym półmaratonie robię sobie tydzień przerwy, tak pół roku później wciąż nie chce mi się wracać :) Zwykle mniej lub bardziej starannie przygotowuję się do tej dyszki, napalam na życiówkę (tu można parsknąć śmiechem pod nosem) i przestaję spożywać alkohol na tydzień przed startem. Na ten rok jedyne założenie, jakie kiełkuje mi na ten bieg, to go ukończyć, najlepiej w limicie (szkoda byłoby nie mieć w kolekcji kolejnego pięknego krakowskiego medalu!). Nie ma ciśnienia, bo nie ma formy, śmiem twierdzić, że i zdrowia nieco niedostatek, ale od czegoś trzeba zacząć wychodzenie z marazmu. Ulubiony bieg jest chyba dobrym początkiem.

W zeszłym tygodniu cisnąc polem, lasem (przyszłym parkingiem przy centrum jp2) zaliczyłam spotkanie z ziemią wkrótce świętą, bo inaczej jak cudem nazwać nie można faktu, że przeżyłam to i sama do domu wróciłam (trening też dokończyłam, ha!). Zawiódł mój sposób wiązania butów, który dotychczas dawał sobie rady w każdych warunkach - jednak wiosennego pociągu sznurówki do korzenia/gałęzi/czegoś co z ziemi wystawało nie pohamował. Ba! Uczucie to wyhamowało mnie i swój gazeli skok zakończyłabym w szpagacie (a potem na szyciu i to nie spodni..), gdyby nie rozpaczliwe wachlowanie ramion, utrata równowagi i prawen-dupen-klapen. Co w pierwszej kolejności sprawdza biegacz, gdy się tak widowiskowo wypierdzieli? Czy zegarek jest cały ;p Żartuję, pierwsze w panice patrzyłam, czy nikt nie widział.

Niestety, następnego dnia poczułam, że wachlowanie, choć na darmo nie poszło, darmowe też nie było. Maglowałam się ile mogłam, ze skutkiem żadnym, więc następnego dnia wparowałam koledze do gabinetu i poprosiłam o wystrzelanie. Ze skutkiem też żadnym. Trochę mnie to zaczyna mrozić w kontekście klepania 10 kilometrów, bo już po kilkunastu minutach wysiłku mam obręcz bólu na klacie. Moje następne buty biegowe będą na rzepy.

Zatrzymam się na moment w tym miejscu. Widzicie tu pewien zgrzyt? Przestałam pisać, bo nie chciało mi się pisać o bieganiu, a pierwsze akapity po przerwie są o czym? O bieganiu. To chyba Mężczyzna (jeśli nie, to przepraszam, ale nie pamiętam kto) spytał mnie kiedyś co się stało, że z względnie aktywnej osoby stałam się obolałym, zmęczonym, zawiniętym w czerwony kokon pledu kłębkiem nie-chce-mi-się. Od kilku tygodni wiem, że wypadło mi z życiowego równania właśnie to bieganie, które zmuszało mnie do pozostałych form ruchu - jogi, rolowania, ćwiczeń siłowych, było także wentylem wkurwu nagromadzonego w ciągu dnia. Miałam dość biegania i zamiast podmienić je na coś innego, siadłam z książką i tyle mnie świat widział.

Mam jednak z tego siedzenia w domu kilka perełek - pochłaniam wręcz książki Tess Gerritsen z serii Anatomia Zbrodni i jaram się za każdym razem, gdy podczas sekcji dwie ukośne linie idące od obojczyków schodzą się na wysokości wyrostka mieczykowatego i nie muszę czytać przypisów, bo wiem co to :p Kolejna, to seria dokumentów na Netflixie - Brudna forsa, polecona mi przez Mężczyznę. Obejrzałam 3 z 6 odcinków, o krótkiej sprzedaży, chwilówkach i obchodzeniu prawa w Stanach oraz dieslowym szwindlu Volkswagena - ten ostatni podobał mi się najbardziej, o ile można napisać, że robienie ludzi w bambuko może się podobać. Posprzątałam w szafie i komodzie (ktoś chciałby tonę ubrań i dwie książek? zamienię na wino/milkę oreo!), co ostatecznie przekonało mnie do ruszenia tyłka, bo na lato nie mam ciuchów wystarczająco szerokich, by nie musieć odpowiadać na pytania oj, który to miesiąc? I kolejny maraton ślubny przede mną, więc muszę zmieścić się w moje weselne kiecki!

Tym krótkim tekstem mówię witajcie ponownie i jeśli przetrwam sobotni wieczór, to odezwę się znowu.

N.

sobota, 18 listopada 2017

IX Bieg w pogoni za żubrem

W mym uzupełnianiu biegowych wpisów nastał czerwiec, a z nim kolejny start. Wraz z Olą, zachęcone zeszłorocznym odkrywaniem Puszczy Niepołomickiej, postanowiłyśmy spróbować swych sił na dłuższym dystansie - 15 km. 


Podobnie jak w ubiegłym roku, zostawiłyśmy auto przy szkole, w której mieściło się biuro zawodów, odstałyśmy swoje po pakiet, strzeliły selfiaczka i udały na start. Początek biegu jest taki sam dla wszystkich startujących, dopiero w puszczy następuje rozwidlenie ścieżek. Naprawdę cieszyłyśmy się na dwa razy dłuższe bieganie wśród drzew! Tymczasem po sześciu kilometrach wylądowałyśmy przy torach kolejowych, a dwa kilometry i skur****ki podbieg dalej w środku miasta :) Nachylenie tego podbiegu mnie pozamiatało! Do tego ciepełko i byłam ugotowana. Na końcu wspinaczki była kurtyna wodna, dzięki której kolejny kilometr pokonałam w dreszczach i ślepo (dosłownie) podążając za Olą. Takie ekstremalne saunowanie ;p Potem było już z górki, nawet udało nam się wrócić do puszczy. Byłam już zmęczona i przebierałam nogami bez większej werwy, byle dotoczyć się do mety. Tempo drastycznie spadło, a ostatnie 1,5 km męczył mnie jakiś gościu, usilnie pragnąc wyegzekwować ode mnie przyspieszenie. Czasem taki doping naprawdę dużo daje, ale tamtego dnia, gdybym tylko mogła, ruszyłabym sprintem, byle tylko facet się odczepił. Niestety, nawet gdy ruszyłam, tuż przed metą, gościu nie dawał za wygraną i napierdzielał mi przez ramię durnymi frazesami. Mam nadzieję, że chociaż poczuł się spełniony w swojej nachalnej roli motywatora :)

Na mecie blackout, potem helikopter, potem w końcu woda! W tym roku nie było piwa bezalkoholowego, więc moi rodzice postanowili obdarować mnie i Olę pełnoalkoholowym Żubrem :D Tematycznie.

Po żubrach nastąpiła u mnie biegowa przerwa - praca po kilkanaście godzin dziennie, szkolenia, wysyp ofert pracy i negocjacje - na trening nie starczało już doby. Potrzebowałam prawie miesiąca na powrót do regularnych treningów. Przestałam też wtedy słuchać Polara i rozpisałam plan pod nadciągającą krynicką Życiową Dziesiątkę. Ale o tym przy okazji kolejnego wpisu!

N.

niedziela, 24 września 2017

5. Bieg Swoszowicki

Przed każdym kolejnym biegiem obiecuję sobie, iż pouzupełniam zaległe wpisy - i tak kolejka co miesiąc narasta. Ilekroć zasiadam przed komputerem, by chociaż zacząć, okazuje się, że nie pamiętam większości tych arcyważnych momentów, które chciałam spisać. Chyba muszę zacząć biegać z dyktafonem :)


Bieg Swoszowicki nie figurował w moim kalendarzu startowym (co chyba nikogo nie zaskakuje ;p) - został tam wepchnięty siłą, więc od początku nie nastawiałam się na inne bieganie, niż reklamowe.

Biuro Zawodów miałam dosłownie 20 metrów od zaparkowanego auta :) Niestety kończyłam pracę 1,5h przed jego otwarciem, więc musiałam pofatygować się do Swoszowic drugi raz, a potem galopem zasuwać na imprezę u Babci. Niedziela także nie sprzyjała biegowym przygotowaniom, choć zasuwanie z porannych warsztatów do domu po buty i spodenki, a potem do Swoszo, by gorączkowo szukać przechodniej koszulki startowej, można chyba zaliczyć jako rozgrzewkę? Tak, tak właśnie zrobiłam, bo na start dotarłam może 2 minuty przed odliczaniem!

I teraz żałuję swojego pośpiechu - spokojnie mogłam poczekać jeszcze kilka minut i wystartować na końcu, bo ledwie ruszyłam, musiałam się zatrzymać.. wąskie gardło na początku? Genialny pomysł :) Ale luz, mam czas, duuużo czasu, więc gadam z ziomkami i powoli idę w stronę ul. Chałubińskiego. Tam już ruszam z kopyta i po kilku sekundach w pełnym słońcu, znowu zwalniam. Reklama, Natalia. Nieprzytomny pracownik to słaba reklama - zakołatało mi w głowie, więc patatajałam sobie, byle o własnych nogach dotrzeć na metę. Po pierwszym kilometrze wypatrzyłam mój punkt kibica, gdzie obiecano mi wodę, ale wtedy nie była mi potrzebna. Minęłam jeszcze kilka znanych mi uliczek i zaczęła się zabawa - trasa jest bardzo fajna, zróżnicowana, dotychczas znana mi z nocnych manewrów pt. omijam korki, ale pojęcia nie mam gdzie jestem, więc podziwiałam. Topiłam się w upale i upajałam widokami. Potem już niewiele na oczy widziałam. Dotruchtałam do punktu kibica, dostałam kubeł wody, tak lodowatej, że ostatni kilometr miałam dreszcze - bez tego chyba zemdlałabym na ostatnim podbiegu. 

Na metę dotarłam tak późno, że sama byłam zdziwiona :) Ale potem wpadłam w wir rozmów, zdjęć, formalnych pogaduszek i jakoś tak czas przeleciał, że bliscy zaczęli się niepokoić, że nie daję znaku życia. Ale przeżyłam :) I w końcu mogłam zacząć wypoczywać przed kolejnym biegiem, całe trzy tygodnie!

N.


niedziela, 18 czerwca 2017

III Bieg Wadowicki

Jak zwykle, z drobnym poślizgiem wjeżdża na bloga pobiegowy wpis! Choć minął już miesiąc, wciąż mam wrażenie, że to jeszcze nie czas na podsumowanie, że powinnam jeszcze chwilę nad nim pomyśleć. Tyle, że im dłużej rozmyślam, tym więcej szczegółów umyka..


W tym roku jakoś częściej mówię biegom: TAK! Po części dzięki Oli, którą wessało na maksa (;p), i która regularnie namawia na różne starty, po części dlatego, że Kraków już mi się trochę obiegał - trasy się powtarzają, Błonia muszą być, ewentualnie Lasek Wolski i po kilku latach wydaje się, że biegam ciągle ten sam bieg. Wadowice nęciły mnie już rok temu, ale stchórzyłam. W tym roku postawiłam na najpierw się zapiszę, potem zastanowię co dalej. Co więcej, wymyśliłam, że całkiem fajnie byłoby zrobić tam życiówkę, na szczęście praca tyra mnie nieprzerwanie od kilku miesięcy, więc nawet nie nastawiam się na takie cuda :D

Tydzień przed biegiem przetyrał mnie wybitnie (zmieniłam nawet na potrzeby chwili moje powiedzonko: jesteś zmęczony/a po 12h pracy? bicz pliz... :p), więc te 40 min dojazdu do Wadowic w pozycji siedzącej to był najlepszy odpoczynek ostatnich dni. Kiedyś przed półmaratonem miałam mikro napad paniki, iż nie dam rady przebiec 21 km. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy podołam dyszce. 

Na szczęście pogoda się do nas uśmiechnęła - wyjeżdżałyśmy z Olą z Krakowa w upalne sobotnie popołudnie, a dojechałyśmy w pochmurne, wietrze i chłodnawe. Wciąż popołudnie :) Udało nam się zostawić samochód na parkingu tuż przy rynku (i starcie) - za to lubię Wado, nie ma stref parkowania! Odnalazłyśmy schowane biuro zawodów, odebrałyśmy pakiety i spędziłyśmy czas pozostały do startu na doglądaniu atrakcji. 


Gdy wybiła godzina zero, po rozgrzewce, która zafundowała tętno wyższe niż 100 ;p, ruszyłyśmy! Pierwsze metry z górki, potem ostry zakręt, a właściwie nawrót i w sumie dość szybko zrobiło się luźno. Zrobiło się też pod górkę i mniej do śmiechu. Tak szczerze, to mi się zupełnie odechciało - patrzyłam na zegarek, sekundy uciekały w oczach, a przecież trzeba pobiec w mniej, niż godzinę, bo przypał, a tu 6:30 na liczniku..

Gdzieś chyba na trzecim kilometrze piłowania słyszę przekleństwa Oli, myśląc, że jak ona już ma dość, to nie uciągnę tego dalej sama. Tymczasem wiązanka miała swój ciąg dalszy i dotyczyła Pana Oszusta z Kijkami. W tym samym czasie, na tej samej trasie odbywały się też mistrzostwa w nordic walking. I Pan Oszust w tej kategorii właśnie się prezentował. Techniki brak, gołe kije na asfalcie i chyba tylko koszulka z nadrukowanymi sponsorami miała świadczyć o jakimś jego profesjonalizmie (?). Gość nakurwiał tymi kijami, jęczał i udawał, że idzie, choć faktycznie truchtał - dlaczego wolontariusze na trasie nie reagowali? Szkoda trochę innych zawodników, przygotowania do zawodów na 10 km to duże wyzwanie, a trofea idą do takich cwaniaków.

Musiałyśmy więc cisnąć mocniej, bo Pan Oszust szedł szybciej, niż my biegłyśmy, a ten stukot doprowadzał mnie (i chyba nie tylko mnie) do rozstroju nerwowego. W połowie trasy i jej najwyższym punkcie czekało picie. Mimo niskiej temperatury i generalnie komfortu, chciało mi się baardzo pić. Tyle, że na horyzoncie zbieg, a żołądek pełny wody + zbieg = użyźnianie gleby w najbliższym rowie :) Zatem wiele nie popiłam. Tej części trasy nie pamiętam zbyt dobrze - leciała w dół, leciałyśmy na tyle szybko, by dogonić Kijobiega i przegonić. Nogi sunęły mi same, chociaż ostatnie 3 kilometry bolało już wszystko. Uczepiłam się jakiegoś gościa i gdy wbiegliśmy do miasta napotykani kibice kłaniali mu się w pas, pozdrawiali, piąteczki i w ogóle. Później okazało się, że zrobiłam sobie zająca z burmistrza :D Tuż przed ostatnim kilometrem ruszyłam mocniej, parsknęłam tak bardzo na widok ostatniej chorągiewki (ostatni kilometr dzielił mnie od kremówki!), że potknęłam się o płytę chodnikową i niewiele brakło, a zostawiłabym swój krwawy ślad pod kościołem. Organizatorzy wspominali coś, że końcówka to mocny pobieg, zakręt i ostatnia prosta do mety. Tuż przed podbiegiem rozjechałoby mnie auto (policja puszczała pojedyncze samochody, instruując, aby poruszały się lewą stroną, prawą zostawiając dla nas, niestety kierowca nie ogarnął stron i wyjechał mi prosto pod kopyta), więc z wrażenia za późno zabrałam się za przyspieszanie i nim wrzuciłam piąty bieg, już była meta :(

Podbieg na finiszu zniszczył mnie totalnie, pamiętam tylko medal, klepnięcie po plecach przez Olę, flaszkę wody i twardą płytę rynku, na której dogorywałam. 

Zabrakło dla nas arbuza, ale były pierogi z nadzieniem serowo-truskawkowym i kremówka, oczywiście. Końcówka tak bardzo mnie zmęczyła, że jakoś udało mi się wcisnąć te pierogi, ale ciastko wzięłam sobie na później do samochodu. Co było z nim dalej pewnie wiecie już z fejsa, ale dla potomności: podmuch wiatru wprawił w lot moją kremówkę czekającą cierpliwie na dachu auta, drugi podmuch wiatru zawiał cukier puder do otwartego bagażnika, a samo ciacho skończyło swój żywot na parkingowej kostce brukowej. 10 kilometrów na darmo!

Bieg będę miło wspominać, głównie przez trasę, dość wymagającą, ciekawą, malowniczą, zieloną i z dłuuugim zbiegiem, gdzie można wszystkich wyprzedzać (i umierać na drugi dzień od zakwasów na skosach..), ale też za atmosferę, po prostu podobało mi się tam :)

N.

poniedziałek, 8 maja 2017

Nudna Dycha z Wawelem


Właściwie mogłabym w ramach opisu tego biegu przekopiować wpis sprzed trzech lat. Znów padało, znów Wisła bulwary zalała, znów trzy kółka na Błoniach. To jest tak przykre, że aż zabawne.

Zabawna też była tegoroczna lokalizacja expo :) Odwiedziłam biuro zawodów już we czwartek, na tyle wcześnie, iż z pewnym zrozumieniem przyjęłam fakt, iż żadnych stoisk nie dostrzegam. Cóż, bywa, pewnie rozłożą się później. Tymczasem wystawcy czekali w pustawym namiocie na parkingu przed stadionem i musieli walczyć o powrót na stare śmieci. Kraków jak zawsze na poziomie.

Poziom mojego adrenalinowego uniesienia (potocznie zwanego wkurwem), podobnie jak w przytoczonym wyżej poście, eksplodował na wąskiej alejce w okolicach drugiego kilometra. Jakaś łania zlękniona całkowicie zalaną drogą dębem stanęła. Z małą gracją i niemałym zdziwieniem wylądowałam jej na plecach (ustała, skubana!). Z zapewne nie mniejszym zdziwieniem i srogim impetem na moich plecach hamował jakiś facet. Tego niestety łania nie ustała, ale przynajmniej problem przemoczonych butów miała już z głowy. 

Nie, nie zabiłam jej. Nie wiem dlaczego.

Nie wiem dlaczego mam takiego pecha do tego biegu. Kolejne kilometry wchodziły mi gładko, w końcu uwielbiam biegać nocą! Nie miałam też z kim gadać, więc przyoszczędziłam 4 min w stosunku do marcowego biegu koleżeńskiego :) Być może któregoś roku nic nie stanie na przeszkodzie, by pobiec na nową życiówkę.

N.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

V Bieg Wielkich Serc

Od dwóch lat już nawet nie pisałam o tym biegu, w tym roku nawet nie zamierzałam biec! I chociaż życie częściej płata mi figle w drugą stronę (chcę biec, ale nie pobiegnę), tak tym razem miałam siedzieć w domu, a wylądowałam na Bulwarach.


Nie zamierzałam biec, bo nie czułam biegowego flow (po prawdzie, dalej nie czuję), nie trenowałam, nie ruszałam się zbyt wiele - mocno skupiałam się na dojściu z moim ciałem i układem immunologicznym do ładu. Wtem po świętach Mama stwierdziła: biegniesz bieg serc, prawda?, a na moje raczej średnio entuzjastyczne tłumaczenie, że nie wiem, nie zapisałam się, otrzymałam reprymendę, iż chociaż te 5 km pobiec powinnam, wszak cóż to dla mnie. 

To zapisałam się, cóż to dla mnie przebiec 5 km?

Bez przygotowania :D

W istocie słaby pomysł, nie róbcie tego w domu.. Przed biegiem zastanawiałam się tylko, jak się przebiera nogami, jak nie popłynąć z tłumem na początku (to mi się udało, pikny bieg narastającym tempem ;p) i nie wbiec do Wisły, gdy naparzający śnieg zalepia mi oczy <3 Nie chciało mi się okrutnie, byle do Smoka i nazad. Widocznie potrzebny mi był taki wymuszony start, bo od zeszłego poniedziałku wiernie trzymam się polarowego planu treningowego. Oczywiście tego pod październikowy półmaraton! I na maj już hasanie zaklepane, ba, przecież za niecałe 3 tygodnie kolejny bieg! To całe biegactwo to lawina nie do zatrzymania.

Co do samego biegu, to właściwie powielanie opisu przed lat - jest to bieg charytatywny, opłata startowa idzie na WOŚP, w związku z czym w pakiecie jest jedynie zwrotny numer startowy i tona makulatury od sponsorów (w tym roku jeszcze dostałam lizak, bezglutenowy, za to z cukrem i syropem glukozowym na dwóch pierwszych pozycjach w składzie ;p), rozgrywany na dystansie 5 km (i od tego roku także 10 km), w którym uczestniczyć moją także osoby z kijkami (zawsze ustawione w pierwszej linii, także zabawa w slalom gwarantowana!). Dobry bieg na rozruch po zimowym letargu - bez presji, bez walk o życiówkę, za to w szczytnym celu.

N.

niedziela, 30 października 2016

3. Cracovia Półmaraton Królewski

Kopce wyznacznikiem tego, jak będzie na półmaratonie.
Tymi słowami kończyłam ostatnią notkę. Nie mogę powiedzieć, by zawsze to się sprawdzało, bo ileż ja tych kopców i półmaratonów przebiegłam!? Ale sprawdziło się - 3 min gorszy czas na obu imprezach :D


W tym roku nie celebrowałam całej półmaratonowej otoczki - w sobotę popołudniu wróciłam do kraju, odwiozłam walizkę do domu, zjadłam obiad, pojechałam po pakiet startowy i jedyne, co wyniosłam z expo to zapas dekstryny, tej, której tak bałam się na Kopcach. Sprawdziwszy wieczorem, iż mój układ pokarmowy nie widzi problemów w jej spożywaniu, oddałam się w objęcia Morfeusza.

Niedzielny poranek upłynął mi na niespiesznych przygotowaniach - ciuszki, ciuszki na przebranie, upinanie numeru startowego, upychanie miodu po kieszeniach bluzy, oklejanie kolana - takie tam. Deszcz się rozkręcał, rodzice gonili, bo korki na drogach, a ja ponownie odnosiłam wrażenie, jakbym oglądała cały ten dzień z boku - pewnie dlatego, że ilekroć chciałam przywołać się do porządku, wymusić większe skupienie, ogarniało mnie przerażenie, że nie dobiegnę. I znów odcinałam emocje. 

Na starcie dłuuuugo walczyłam o zdjęcie kurtki. Było mi tak zimno i tak bardzo nie mogłam się rozgrzać, że rozważałam dołożenie kolejnej warstwy w postaci pakietowej koszulki. Jednak myśl o zdjęciu bluzy, by pomysł ten urzeczywistnić, obudził rozsądek. Żadnej zmiany, ubrana jestem dobrze, amen. 

A na półmaraton idę tak!

W końcu ustawiłam się w przedostatniej strefie startowej, tam grzali mnie inni :) Odczekałam swoje, doszłam do linii startu i sruu, lecim! Dość szybko złapałam rytm, pewnie dzięki stosunkowym luzom na końcu stawki (widziałam fotki, wcześniejsze strefy miały straszny ścisk!) i zrównałam się z grupą biegaczy w biało-pomarańczowych koszulkach, gdzie prym i wodzirejkę objął pan w czerwonej (?) czapce/chustce - no mistrz! Jego opowieści i narracja biegu zajęły mi czas do ok. 12-go kilometra i gdyby nie to, że za bardzo zwolnili, biegłabym z nimi do końca. Pozdrawiam, jeśli jakimś cudem tu trafiliście - szczególnie panią Majewską, bardzo dobra robota! :) Tak więc moje głębokie przemyślenia z półmaratonu zaczynają się dopiero na wodopoju na Błoniach - fajnie się leci, ale trochę nuda, trochę już bym sobie usiadła, trochę skoczyła na cizika do Maka :D

Udawanie szybowca przed obiektywem powinno być karalne ;p

Na Rynku jak zawsze odzyskuję siły i przez kolejne 3 kilometry jest git, lecę na życiówkę! Na 16-tym km marznie mi ojciec z colą do popicia. Przechodzę do marszu, popijam, oddaję butelkę i sunę dalej. Sunę, sunę, kurde, co jest!?

Prawy staw skokowy zgłosił obecność. Przeważnie robi to przy nierównej nawierzchni, ma prawo, wszak wiele z biernej stabilizacji już tam nie zostało. No, ale bulwary to płaski asfalt, więc szanowna kostko, czego wyjesz? Biegnę dalej, mimowolnie przenosząc ciężar na lewą stronę, co już po kilku minutach czuję w stopie. I potem zaczął się show. Przeszywający ból w prawym ścięgnie Achillesa, aż mnie zatkało i zatrzymało w miejscu. Ruszyłam powoli, wróciłam do biegu, ból wrócił, tym razem po obydwu stronach. Wspaniale! Muszę skrócić krok, inaczej prawa noga eksploduje bólem. I tak sobie drepczę wolniej niż marszem, nogi mi zamarzają, beton dosłownie, tętno leci. Na szybko organizuje dwie teorie - te kilkanaście sekund, gdy zatrzymałam się koło ojca spowodowały, iż mięśnie mi się schłodziły, co na logikę jest dość mocno naciąganą teorią, ale jest. I druga - zaraz jebnie mi Achilles. Akurat to prawe ścięgno kiedyś uszkodziłam w górach, to były niewielkie naderwania włókien, ale mam świadomość, że ono szybciej puści w mechanizmie mikrourazów, niż jak to zazwyczaj bywa - raz, a dobrze. I gdy pomyślałam o operacji, o rehabilitacji, to tylko Dąbie wie, co z mych ust poleciało :) Ostatnie 5 kilometrów pokonałam więc czymś, co przypomina skakanie na jednej nodze i salsę <3


Na ostatniej prostej dopadł mnie pacemaker na 2:10 (który już odprowadził podopiecznych ma metę i poganiał resztę), krzyczy do mnie, krzyczy na mnie, mam ochotę kazać mu się odpierdolić, ale z bólu zaciskam tylko zęby, twarz mam mokrą od deszczu, więc nie widać, że ryczę z bezsilności. Ale to i tak nic, za zakrętem pod Arenę stoi moja mama z aparatem, macha i nawołuje - podniosłam rękę, jęknęłam nieee i na zdjęciu wyszłam jakbym właśnie zaczynała bieg, a nie kończyła torturę - radośnie. Kosmos. Wpadam na metę i padam pod barierkę - szybka palpacja i już wiem - nie skręcona, brak pęknięć, Achilles cały. Brawo ja.


Potem dzieje się dużo rzeczy, brakuje medali wolontariuszom, więc dają nam pudła, byśmy się poczęstowali. dopadam makaron, popijam herbatą, zostaję odnaleziona przez rodziców, idziemy do samochodu, jadę do domu, a w głowie mam tylko jedno uczucie - nic mnie nie boli.

Możecie sobie wyobrazić jak bardzo wkurzałam się na siebie przez resztę dnia. Gdybym zacisnęła zęby i nie zwolniła, dobiegłabym wg planu, a jak widać, nic złego się nie działo i bez sensu się nakręcałam.

Cała ta złość przeszła mi już w poniedziałek, gdy wstając z łóżka przewróciłam się na ścianę. Potem na podłogę. Znów przeszywający ból ścięgna. Brawo ja, po raz drugi. Rozchodziłam, poszłam do pracy, od razu na fizykoterapię ;p Wpakowałam w siebie chyba wszystko prócz fali uderzeniowej, bo nie mamy jej na stanie, z resztą, w stanie ostrym to chyba słaby pomysł. Gdy ból zelżał udało nam się dojść przyczyny - rozcięgno podeszwowe, tadam! We środę już było po sprawie, gojenie w toku, przy opracowywaniu strzelają grudki, uznaję więc, że wolne od biegania do końca tygodnia, a potem zobaczymy (potem zobaczyłam infekcję wirusową daną w prezencie od kuracjuszy, ale rozcięgno działa!).

Tak wyglądał mój trzeci półmaraton. Rodzice opowiadają każdemu, że wyglądałam jakby ten dystans nie zrobił na mnie wrażenia - a na pewno dużo lepiej, niż za pierwszym razem. Nie narzekałam też potem na zakwasy, jedynie następnego dnia miałam trochę zmęczone mięśnie. Na pewno przez ostatnie 5 km odpoczęłam sobie krążeniowo i oddechowo, z całą pewnością nie dałam z siebie 100%. Może i wyglądałam nieźle, ale czułam się zdezelowana psychicznie. Znam tylko takie kryzysy, gdy ciało pewnie pociągnęłoby dalej, ale głowa się poddała - odwrotna sytuacja jest dla mnie nowością, frustrującą nowością. Trawienie w toku.

N.

wtorek, 18 października 2016

10. Bieg Trzech Kopców

Świerzbią mnie palce, by napisać coś o półmaratonie.
Ale nie. Jeszcze kilka oddechów, jeszcze kilka dni na sprecyzowanie mojego stanu.
Zatem chronologia zostanie zachowana i na pierwszy ogień lecą kopce!


Tydzień przed startem odbywam swój przełomowy trening. Czyli niedzielne wybieganie - mam z tym duży motywacyjny problem, po całym tygodniu zapierdolu ostatnie o czym śnię, to masakrować się na treningu. Moje znajomki z endomondo mogą potwierdzić, że od wielu tygodni nie biegałam w niedzielę, czasem przesuwałam taki dłuższy trening na poniedziałek, ale odkąd wpakowałam się w kolejną pracę, doba za krótką mi jest.

Przełomowy nie tylko dlatego, że odbył się w niedzielę :) Miałam obawy, ogromne, że nie podołam. Często wracałam skonana z ledwie godzinnego truchtania po okolicy, a gdzie tu znaleźć siły na górki? Bosz, a zaraz półmaraton..

Wiecie, że jestem mistrzem nakręcania się :D

Jednak wracając do samego biegu - zapisałam się, to pobiegnę, nie czas na miękką bułkę. W sobotę ogarnialiśmy z ojcem opcje dojazdu pod Kopiec Kraka (budowa łącznicy kolejowej trochę mąci życie), a na koniec wstąpiliśmy po pakiet startowy. W niedzielę walczymy z korkami i docieram na start pół godziny przed wystrzałem. Kręcę się jak smród po gaciach, uświadamiając sobie, że właściwie to muszę się wysikać. NATYCHMIAST, nie za 1,5h ;p A toiki na dole.. Biegnę więc w dół, przebijając się przez morze biegaczy napierających w przeciwnym kierunku i melduję się w półkilometrowej kolejce <3 Odsikana, jakieś 3 min przed startem wbiegam pod kopiec, a tam okazuje się, że rodzice, zaniepokojeni moją długą nieobecnością, wysłali Mężczyznę na obczajkę, także zbiegłam znów kawałek w dół, nim nasze telefony nawiązały połączenie :D To ja już kopiec trzy razy zaliczyłam, mogę iść do domu? xD


Nie mogę - jeszcze medal trzeba odebrać, a ten kołysze się na wieszaku 13 km dalej. Na starcie jakieś zawirowania, ktoś nie dostał na coś pozwolenia, niestety nie wiem ocb, bo tkwiłam pod toi-toi'em. Ruszamy w końcu, nim doszłam do bramy, nad nami zawiśli spadochroniarze - to miała być atrakcja i przynajmniej dla mnie była (startowałam na końcu), gdy jeden z uskrzydlonych lądował nam nad głowami (docelowo oberwał jakiś gość z aparatem..). Po chwili skupiam się na przebieraniu nogami - analizując swój bieg sprzed dwóch lat znalazłam kilka fragmentów, które nawet przy gorszej formie byłam w stanie pobiec lepiej - jedną z nich był pierwszy kilometr. W tym roku nie cackałam się z innymi biegaczami, leciałam swoje i uleciałam w minutę krócej. Odhaczone! Kolejne to podbiegi - Aleją Waszyngtona oraz ten w Lasku Wolskim - mniej łażenia, więcej biegu, nawet jeśli to trucht. Też siadło. Ostatni element - od Zoo nie ma, że boli, biegnę do końca. Także zrobione! 

Jakie więc było moje zdziwienie na mecie, gdy okazało się, że pobiegłam o 3 minuty gorzej!?

Od Kładki strasznie się męczę. I psychicznie i fizycznie. Jestem zmęczona i to wychodzi właśnie wtedy - męczę Bulwary, męczę Salwator, ul. Bronisławy w większości maszeruję, mając jeszcze w pamięci swój upór sprzed dwóch lat i cennik potencjalnych implantów zębów ;p Od asfaltu biegnę, sapię, stękam, przeklinam, dogaduję kwiaciarkom przy cmentarzu i męczę się dalej. Dopadam w końcu wodopój i szlag jasny trafia mię. Nie ma jedzenia (przypominam, biegam, by móc jeść - w domu, na mecie, na trasie), jest dekstryna. Nie podejmuję ryzyka spożywania nieznanych mym jelitom substancji chemicznych. Biegnę o pustym baku, z niebezpiecznie bulgoczącą w brzuchu wodą, a ostania nadzieja wbiega w las, niestety w przeciwnym, niż ja, kierunku.

Zaliczam kolkę na zbiegu, na szczęście to tylko kolka, przepona spokojnie pracuje, więc z miną srającgo kota frunę dalej. Potem idę, potem truchtam, znów idę, coś ten podbieg długi, chyba dwa lata temu był krótszy (tja ;p), wychodzę na prostą, spinam poślad i zatrzymuję się dopiero na mecie. Tam spoglądam na zegarek i zrozumieć nie mogę, dlaczego tak wolno?

Czas na analizy znalazł się dopiero wieczorem - po drodze musiałam jeszcze zaliczyć imprezę u Babci (te miny, gdy wpierdzielałam enty kawałek śmietanowca z zerowymi wyrzutami sumienia!). Prócz wymienionych wyżej zrealizowanych założeń, trzeba było resztę pobiec co najmniej tak szybko, jak dwa lata temu. A pobiegłam wolniej - tyle analiz :)


Zerknęłam jeszcze do starego kopcowego wpisu, miałam tam pewne wnioski na kolejny start: Tydzień wolnego przed biegiem (;p), trzeba poćwiczyć trochę bieganie po Tatrach, oprócz kolana otejpować sobie także plecy. Tydzień wolnego.. co ja sobie myślałam! Chociaż dzień wolnego! Na bieganie po Tatrach czasu nie znalazłam - z przykrością stwierdzam, iż w ogóle nie byłam w tym sezonie turystycznym w górach. Oprócz kolana nie musiałam tejpować nic więcej - ten efekt autoterapii napawa mnie mikro-dumą! A jakie wnioski po tegorocznych zmaganiach? Kopce moim wyznacznikiem tego, jak będzie na półmaratonie. Niestety, sprawdziło się, ale o tym w kolejnym poście.

N.

piątek, 16 września 2016

V Bieg Charytatywny Fundacji Tesco Dzieciom

Wpadam na metę z soczystym Czyj to był, kur*a, pomysł!? i momentalnie odpowiadam sobie sama - twój, głupia ;p


Piękne mamy lato tej jesieni! A w sobotę 10-go września, to już w ogóle - słoneczko, upał i chętniej rozwaliłabym się nad Bagrami, niż leciała w trupa 10 km. No, ale skoro już wszystko dograne i umówione..

Umawiamy się z kolegą chwilę po 9-tej, jedziemy w okolice Błoń i tam zostawiamy samochód. Ostatnie sprawdzanie, czy wszystko mamy, czy chipy dobrze zawiązane i ruszamy w okolice mety w poszukiwaniu toi toia. Potem podróż za jeden uśmiech i na śledzia w okolice startu i można zacząć się rozgrzewać.

Kolega biega od niedawna, a ten start ma być jego debiutem (niestety nie mam muffsów na metę..), więc między kręceniem biodrami a wymachami ramion opowiadam mu co i jak, że lewa wolna itp ;p Tętno 100 na pokładzie, można biec! :D

Kilka chwil po starcie okazuje się, że kolega nie żartował z tym, że pyka dyszkę w 50 min (mieszka na tym samym osiedlu co ja, a to nie jest płaski teren..), postanawiamy więc się rozdzielić (nie będzie popychu na mecie). Sunę Bulwarami, trochę mi się dłuży, nogi mnie bolą, a zabrana butelka z wodą przeszkadza. Przed mostem Dębnickim postanawiam zrobić z niej użytek i oblewam sobie wodą plecy. Nie mija 100 metrów i muszę przejść do marszu, bo zaczyna mi się kręcić w głowie (yyy?) - myślałam, że to może wina tego oblania się wodą, ale z premedytacją ominęłam głowę i szyję, więc czemu? Do tego mrowią i drętwieją mi ręce <3 Stan ten utrzymuje się kilkanaście sekund i jak ręką odjął, mija. Biegnę dalej. Tzn, przeplatam bieg marszem :) Jest ch*jowo, ale stabilnie, jak mawia klasyk. Przy wodopoju załapuję się na prysznic (brawa i ogromne dzięki dla tego pana, który oblewał!), popijam wodę, resztę wylewam na siebie. Ruszam jakby na pełnym baku, przebiegam przez most i.. ups, podbieg.


Ten podbieg. Kolega mówi, że też wymiękł, chociaż sadzimy podobne przy każdym treningu na osiedlu, to jednak wtedy combo temperatury i zniechęcenia powaliło nawet jego. Wyszłam na górę i puściłam się biegiem. W przeciwieństwie do większości mijanych biegaczy, nie mam zahamowań przy takich zbiegach - modliłam się tylko w duchu, by nie trafić na piasek, bo przyczepność moich butów nań określa tylko jeden parametr: zero, brak, ni mo przyczepności. Na szczęście piasku nie uświadczyłam, zawrotne 3:30/km rozwinęłam, a przede mną ostatni (mój najukochańszy!), stały element krakowskich biegów - kółeczko! Tak bardzo już mi się nie chciało przebierać nogami :(

Po kilkunastu minutach widzę metę. Trochę przyspieszam, cała się trzęsę, choć nie wiem, czy z zimna (oblałam się cała wodą, a co!), czy znów mnie coś zaczyna brać, ostatnie metry na oparach, ale oto jest! Rząd wolontariuszy z medalami, jeden dla mnie, woda w garść i sru do barierki. Wiszę na niej tak długo, aż znajduje mnie kolega (zameldowany na mecie od 10 min..). Próbuję się przywitać z jego strefą kibica, ale pod kopułą znów helikopter, więc dalej wiszę na barierce :D Już widzę oczami wyobraźni siebie tak odwodnioną i zniszczoną, że rzygam całą resztę dnia.. I spoko, tylko za trzy godziny mam być w pracy! o.O

I wtedy nadchodzi feta Tesco. Trochę się z kolegą dziwimy, że tego jedzenia nie widać (biegamy dla żarcia, żeby było jasne ;p), ale po odkryciu strefy gastro na stadionie już nie ma dla nas ratunku. Jem chyba wszystko prócz jajecznicy, w tak dzikich konfiguracjach, że do dziś nie wiem dlaczego ostatecznie nie rzygałam do końca dnia ;D Spróbowałam też nowego wedlowskiego karmelowego kremu i przepadłam <3 Gdy koledze w końcu ustaje gastrofaza, ładujemy się do samochodu i odjeżdżamy (nażarci i machając medalami do innych kierowców) w stronę zachodzącego słońca.

Dwa pobiegowe wnioski:

  1. Laska, ogarnij się, za miesiąc półmaraton, a ciebie niszczy dyszka w upale?
  2. Nigdy nie biegaj, gdy potem musisz iść do pracy - dramat murowany.
SMSa z wynikiem dostałam dopiero parę dni temu, dlatego czuję więcej, niż dumę, że z tym wpisem wyrobiłam się podobnie, jak organizatorzy z oficjalnymi czasami :) A teraz dopijam wino ze szklanki i nastrajam na ostatni wolny, acz imprezowy weekend tego miesiąca i życzę Wam luzu w nogach na niedzielnych wybieganiach!

N.

środa, 7 września 2016

VIII Bieg w pogoni za żubrem

Dziś ostatni z zaległych biegowych wpisów! Wyszłam na prostą, a już w sobotę kolejny start, kolejny kontent będzie :) 


Ten bieg to znów inicjatywa Oli! O ile wspomnienie Biegiem na Bagry 2 jakoś nie grzeje mego serca, tak niedzielne południe 26 czerwca wciąż wywołuje uśmiech na mej twarzy - z dwóch powodów.
Pierwszy to otoczenie - z dala od Krakowa i trasa po Puszczy - tam jest naprawdę pięknie i tylko bułkowe lenistwo powoduje, że nie biegam tam co weekend.
Drugi to pogoda, ale o tym poniżej :)

Moje przygotowanie do startu ograniczyło się do styrania się w pracy, potem zniszczenia na imieninach rodziców i regeneracji podczas 3 h snu <3 Dobra baza pod 8 km! Do tego żar z nieba i tętno w kosmosie jeszcze przed startem #teamhr100 - stojąc w tłumie biegaczy rzucam jeszcze Oli, że teraz stoimy i się odwadniamy każdym cm ciała, potem pobiegniemy miastem, gdzie asfalt wytopi z nas ostatni tłuszcz, a pewnie puszcza zamiast chłodem, powita nas deszczem, bo przecież zapowiadali ulewę.

O, jak bardzo, kutwa, byłam blisko w swych żarcikach..

O 12:00 ruszamy, jest spoko, opowiadam Oli heheszki z pracy i tak leci nam czas do pierwszej kurtyny wodnej na granicy Puszczy. Mniej więcej tam wyprzedza nas pani na wózku elektrycznym, takim bardziej 'Murica Style, niż Hawking's Style, chociaż żadna z tych karoc prędkości świetlnych nie rozwija :D Troszku przypał. Na niebie już same chmury, w oddali pomruki burzy - powinnam zatrudnić się w tivi i przepowiadać przyszłość ;p

Dalej trasa prowadzi wśród drzew. Gdyby mnie ktoś spytał jak biegliśmy, no to takie jakby kółko, jajko, tu jakiś ostry zakręt - tyle. Zrzut z endo niżej :D


Można mnie wysadzić w lesie i jest więcej niż pewne, że z niego nie wyjdę bez pomocy ludzi lub elektroniki <3

Nadchodząca nawałnica jakby pozbawiła las tlenu, biegło mi się tragicznie, nie mogłam normalnie oddychać. Chociaż patrzyłam na Olę i to chyba nie była wina powietrza, tylko wyczerpanie. Gdy dopadłam wodę, jednocześnie piłam z jednego kubka, a drugi już wylewałam na głowę. Chwilę później pojawiły się pierwsze krople z nieba, Oli kazałam biec szybciej, niebo się otworzyło i zaczęła się impreza.

Właściwie to nie mam jakiegoś problemu z burzami, nie boję się ich, o ile nie jestem właśnie w górach - spieprzam wtedy w takim tempie, że pewnie niejedna życiówka mi pęka. Natomiast tamtego dnia łamane wiatrem i spadające nam pod nogi gałęzie zrobiły mi taki skok adrenaliny, że momentalnie ruszyłam w pogoń za Olą. Ona pewnie miała swój skok, bo znikała mi na horyzoncie szybciej, niż ja przebierałam nogami :D

Na 6,5 km, przy krańcu lasu miał być drugi wodopój, Ale nie był potrzebny, więc wszyscy wolontariusze siedzieli w karetce (?), a ja łącząc w zwojach mózgowych zastane fakty: asfaltowa droga, którą płynie rzeka po kostki + skraj lasu + walące wkoło pioruny, już widziałam siebie usmażoną. Z tym pozytywnym nastawieniem wykręciłam ostatni, najszybszy kilometr. Gdy dobiegałam do mety z nieba posypały się ostatnie krople, a 10 min później wyszło słońce.
Cudownie.

Choć biegłyśmy za żubrem, na mecie czekał na nas ciepły lech free (bo wywaliło prąd w Niepołomicach i lodówki nie chłodziły). Po raz pierwszy, korzystając z faktu, że jestem na biegu samochodem (Oli), zabrałam sobie rzeczy na przebranie, ręczniki itp., nie chciałam jej przepocić tapicerki - możecie sobie tylko wyobrazić ja bardzo cieszyłam się po, że w miarę suchych ciuszkach wracamy do Krk.

Po tym biegu nastąpiła przerwa w startach - trochę mi się nie chciało biegać na siłę, trochę miałam inne rzeczy do zrobienia, bardzo biegi kolidowały mi z weselami. Ale tak, jak pisałam na początku posta, już za kilka dni czeka mnie dyszka i choć z czasem na treningi u mnie słabo, to jakoś tak już nie mogę się doczekać! :)

N.

czwartek, 25 sierpnia 2016

3. Bieg Nocny

Helloł!
Sierpień prawie minął, to można w końcu wrzucić wpis :) I to nie byle jaki - wspominki z trzeciego biegu mokrego! nocnego! 


Szalenie mi się nie chciało. Bo piątek trzynastego, który dla potwierdzenia porzekadła był dla mnie jakąś masakrą w pracy. Deszcz, który mało nie zawrócił mnie na starcie. Wizja zrywania się o 5 następnego dnia, bo przecież praca nie poczeka aż się wyśpię. No, i definitywny brak przygotowania.
I tak stałam na minuty przed rozpoczęciem biegu pod parasolem Mężczyzny, po raz kolejny zastanawiając się po co mi to? oraz cholerne krakoskie centusie, nawet koszulka bawełniana, bo tańsza, jak nasiąknie, będzie ważyć drugie tyle co ja! :) W końcu wychodzę na ten deszcz, odliczamy do startu i w drogę!

Trasa była taka sama, jak w zeszłym roku. Tylko trochę bardziej mokra, a deszcz ograniczał widoczność. Piesi włazili na trasę, prosto pod rozpędzonych biegaczy, na moich oczach jeden gościu trącony przez biegnącego, niekoniecznie szybko, innego gościa, przeleciał przez jezdnię i wyrył w barierki o.O A nie dobiegliśmy nawet na Planty..

Tam jak zawsze szarpanie tempem i wyprzedzanie ziomków biegnących ławą obok siebie, omijanie zbłąkanych przechodniów i wysłuchiwanie przekleństw tych, którzy utknęli za barierkami - czyli klasyka biegów ulicznych. Deszcz cały czas przybierał na intensywności, ciuchy chlupotały, ale było mi przyjemnie chłodno.

Z pisaniem postów po tak długim czasie jest jeden problem - szczegóły umykają, zostaje tylko ogólne wrażenie. Sprowadza się ono do senności, zmęczenia i wody, która zbierała mi się w rękawach koszulki i musiałam ją wylewać średnio co kilometr :D Reszta to po prostu bieg, całkiem przyjemny, ale nie tak ekscytujący, co dwa lata temu. A, i jeszcze rozwiązane sznurówki na Bulwarach, tuż przed wodopojem, na którym wychyliłam duszkiem dwa kubki, taka byłam spragniona, choć jak wyżej wspominałam, cały bieg czułam się miło schładzania.

Z Bulwarów za Mostem Dębnickim pamiętam jeszcze to niesamowite skupienie (twarz mnie bolała od mrużenia oczu!) - ulewa pokryła asfalt warstewką wody, która mieniła się dokładnie tak samo, jak Wisła.. non-stop miałam w sobie lęk, że wbiegnę do rzeki :D

Potem już tylko etap dobiec i obiec Błonia. Niejednokrotnie pisałam, jak bardzo męczy mnie psychicznie błoniowe krążenie i mam wrażenie, że mój mózg w końcu postanowił wymazywać wspomnienia mojej obecności tam - gdy próbuję sięgnąć pamięcią do tej majowej nocy, pojawiają się obrazy, owszem, ale z pierwszego lub drugiego biegu nocnego - z tegorocznego - nic. Tylko meta, kolejka po medal i ulga, że Polar zaśpiewał czas poniżej godziny.


U progu mieszkania czekała na mnie Matka z miednicą. Rozebrałam się jeszcze na wycieraczce, dostałam wódkę z herbatą w dłoń i wlazłam do wanny pełnej gorącej wody. Jak można się domyślić, ledwo wyszłam z tej wyskokowej kąpieli (;p), ale cud się stał - nie byłam chora! Ledwo też wstałam następnego dnia do pracy, ale kto powiedział, że biegactwo czyni życie prostszym/lepszym?

Na pewno czyni życie bardziej kolorowym.
N.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Biegiem na Bagry 2, czyli Natik tańczy w błocie

Jak obiecałam, nadrabiam zaległe wpisy-opisy startowe. Cofnijmy się zatem dwa i pół miesiąca wstecz, do pewnej pochmurnej niedzieli, gdy okutana we wszystkie kurtki świata, stawiłam się nad Zalewem Bagry. 

Ładny medal, c'nie?

Udział w tym biegu był pomysłem Oli i gdyby nie ona, na pewno bym nie startowała - krążyć 3 razy wokół zalewu, by wytuptać dyszkę? No, na pewno, już biegnę! Biec 3 km? A co to za dystans? Dystans adekwatny do ówczesnych możliwości Oli, więc miałam pobiec towarzysko, jako słynny popych na ostatnich metrach. 

Zatem okutana w kurtałkę, wraz z ojcowskim wsparciem, melduję się z dużym zapasem czasowym w biurze zawodów - totalnie niepotrzebnie, bo kolejek, przed którymi ostrzegano, nie było. Pół godziny później przybywa Ola, następnie jej kuzynki i robi się nam niezła ekipa :) Przed startem powtarzam nasze założenia na bieg, czyli dwa kilometry po 5:20, ostatni na pełnej pycie. O, ja naiwna! xD

Startujemy! Rozgrzewka mnie nie rozgrzała, nogi mam jak ze stali, lecz oto na pierwszy ogień leci plaża i piasek. Dobra, już mi cieplej. Potem liczne wąskie i kałużami zwężane gardła, kolejki i atrakcje na trasie. Ale to nic. Ola sadzi, ja tańcuje. Ola w obuwiu terenowym, ja w starych najeczkach, stanowczo asfaltowych. Ola robi dwa kroki, ja w tym czasie z dziesięć :D Ślizgałam się niczym włamywacze w Kevinie na zamarzniętych schodach :D Uczucie komiczne, widok pewnie też. Jakimś cudem nie zaryłam dupskiem w to błoto, ani nie wjechałam do wody, jednak, jak łatwo się domyślić, utrzymać 5:20 raczej nie utrzymałam. Gdzieś w połowie kazałam Oli biec, a sama szlifowałam swoje umiejętności z zakresu utrzymywania równowagi. 

Na mecie melduję się po 19 minutach, jakieś pół minuty po Oli. Szau ni mo, popychu tyż, za to są muffinki na mecie #biegamdlamuffsów. Namawiam jeszcze na posiłek pobiegowy, ale większą furorę niż makaron z koktajlem truskawkowym robi zwykła herbata - bo jest ciepła! Generalnie plan na resztę dnia wyglądał tak: herbata z wódką, koc i sen - byle się nie rozchorować. To mi się udało :)

N.

niedziela, 12 czerwca 2016

O patatajaniu

Jedna majówka, druga majówka i bum! Już prawie połowa czerwca :) Nazbierało się trochę nienapisanych postów - obiecuję uzupełnić. Tymczasem jaram się patatajaniem i muszę, wręcz palce mnie świerzbią, by o tym popaplać.


Patatajanie w moim prywatnym słowniku oznacza wybitnie wolne bieganie. Do tego stopnia powolne, że niewiele już odróżnia je od chodu - chyba tylko markowe ciuszki i zegarek na ciele patatającego :) I tak właśnie teraz trenuję - jeszcze nie biegam, patatajam!

Ale #ocokaman?
Rok temu cieszyłam się jak dziecko, że wszystko z moim zdrowiem wraca do normy, że biegać się da, że byle wysiłek mnie nie zabija, że kolega przeponę naprawił i generalnie teraz już tylko progresssssssss! I tak pięknie żarło, aż w sierpniu zdechło, gdy kupiłam zegarek i zobaczyłam na jakim tętnie biegam..
Obiecałam sobie, że po półmaratonie zajmę się tym na poważnie. Zaopatrzona w literaturę, z jasno określonymi strefami tętna, jedyne co opanowałam do perfekcji, to wyciszanie zwracającego mi uwagę sygnałem dźwiękowym Polara. W końcu chciałam biegać, nie spacerować! Efekt był taki, że na przełomie grudnia i stycznia moje średnie tętno poszybowało do 185 uderzeń, a maksymalne..no cóż, zegarek gubił się w wyliczeniach, bo przecież powinnam już nie żyć :D
W lutym były Smogowe Ostatki - na tym spektaklu nie dało się biec, tłum patatajał, a ja wraz z nim. Po biegu było mi mega zimno, fakt, ale to była jedyna niedogodność - żadnego zmęczenia, bólu nóg, nic. Średnie tętno 165, tempo 8:54/km :D Wtedy po raz drugi obiecuję sobie, że coś z tym zrobię. Oczywiście nie robię nic aż do Biegu Nocnego, szkoda mi zwalniać. 

Jak czytam teraz swoje słowa, że było mi szkoda tego, czy tamtego, jest mi wstyd. Czemu własnego serca nie było mi szkoda?

Już 15go maja idę na pierwszy bieg z nowym planem treningowym. Planem pod półmaraton. Planem, który rozpisałam już na początku roku. Planem, który odrzuciłam w 3 sekundy po tym, jak w Polarze pojawiła się nowa funkcja :) Chyba to był ten impuls, ten moment, w którym stwierdziłam, że nie może mi być wiecznie szkoda formy. Na stronie mojego polarowego dzienniczka odpowiedziałam na kilka pytań, określiłam swoje cele i chwilę później miałam zgrany na zegarek nowy, błyszczący i patatający plan przygotowania do półmaratonu. Wspomniany pierwszy trening zakładał 40 min biegu, które, by zegarek nie wył, że mam za wysokie tętno, pokonywałam marszo-biegiem w tempie 7 min na kilometr. A i tak wył. Z wrażenia nie biegałam potem przez tydzień.

Po weselu kuzynki wzięłam się w garść i zaczęłam poważnie realizować ten polarowy plan (oprócz biegów są jeszcze rozgrzewki, trening siłowy i trening core), Z osłupieniem patrzyłam na statystyki, w których średnie tempo poprawiało się o 10-15 sekund z treningu na trening! Przy średnim tętnie 170. Ja pitole, to działa. I to szybciej, niż sądziłam. Oczywiście jak zaczęło żreć... :D Trochę zniszczyła mnie praca w poprzednim tygodniu, więc treningów było mało, ale teraz tym mocniej cieszę się na każde patatajanie <3

Ihhaaa, N.

niedziela, 24 kwietnia 2016

4. Bieg Pamięci


Pewnego słonecznego dnia koleżanka z pracy namówiła mnie na udział w Biegu Pamięci. Wraz z mężem zamierzali uczynić ten start motywacją do regularnych treningów biegowych. Trochę pokręciłam nosem, ale właściwie czemu nie biec? I zapisałam się.

Pierwsze schody zaczęły się z grafikiem w pracy - każde zawirowanie personalne, a zawirowań w minionych tygodniach nie brak, powodowało, że któraś z nas lądowała na sobocie i musiałyśmy pielgrzymować i prosić o zmianę :) Potem mąż koleżanki skapitulował. A na dokładkę, na kilka dni przed startem okazało się, że koleżanki nie ma na liści startowej, bo.. nie. Kosmos.

Po pakiet startowy wybrałam się w piątek wieczorem. Byłam tak umęczona robotą, że jeszcze o 16 mówiłam znajomej, że nie zabiorę się z nią samochodem, bo jadę w stronę miasta (najwyraźniej kojarząc, że mam tam COŚ do załatwienia), po czym skończyłam, poszłam się ogarnąć, wyszłam z pracy i.. wróciłam do domu. Tam zorientowałam się, że COŚ miałam zrobić po pracy, tylko co to było?

W sobotę, na szczęście, szło mi znacznie lepiej - jednak co tlen i sen, to sen i tlen :) Plan na bieg prezentował się następująco: biec z koleżanką. Ta zarzekała się, że o ile dobiegnie, to w jakieś 45 min. Ja uznałam, że udowodnię jej, że dobiegnie szybciej ;p Gdy tak sunęłam przez miasto, nie myśląc o tempie, tętnie, ile za mną, ile przede mną, przypomniały mi się moje wycieczki biegowe na Kaszubach - ten spokój i błogość. Czasem żałuję, że wciągnęłam się w uliczne biegi i presję życiówek, pobiegałabym sobie tak jak wtedy. Na Łobzowskiej odkryłam sklep z winami, który koniecznie muszę odwiedzić, na Plantach z trawnika wyrastają jakieś kamienne posągi, na Wiśle da się uprawiać stand up paddling, a rowerzyści na Bulwarach dali taki pokaz buractwa, że masowo z mych ust leciały życzenia usmażonych na siodełku jaj :D To też fajnie biec tak komfortowym tempem, że gdy jakiś pedałujący wyzywa mnie od klepiącego beton ścierwa, mogę mu prawilnie wyjechać równie dennym epitetem i podziwiać zdziwienie na twarzy!

Na metę wpadłyśmy po 35 minutach. A NIE MÓWIŁAM!? Co prawda koleżanka wciąż uważa, że to zasłucha popychu na kilkuset ostatnich metrach, ale ja wiem, że ziarno zasiane, już szuka sobie kolejnej motywacji do regularnych treningów :D

Jeszcze nigdy nie byłam taka zrelaksowana i wypoczęta po starcie - nic, tylko biegać towarzysko!

N.

wtorek, 29 marca 2016

2. Krakowski Bieg z Dystansem


Dla Małych Serc

Niedzielę Palmową spędziłam w tym roku na biegowej trasie, bez palmy, rzecz jasna :D Za to z chęcią sprawdzenia, jak cienko ma kondycja piszczy. W marcu ciężko mi było znaleźć czas na treningi, więc czekałam na ten start jak na promocję na orzechy nerkowca - w pełni podjarana.

Dzień wcześniej pojechaliśmy z Mężczyzną po pakiet startowy. Niewątpliwie jego hitem była koszulka, o czym już snapowałam i na fejsie pisałam, nie ja jedna, z resztą ;) Od jakiegoś czasu, mimo noszenia koszulek w rozmiarze S, w zgłoszeniach do biegów wybieram eMkę, z dwóch powodów: 1) gdy potrzebuję ubrać coś pod ową koszulkę, rozmiar M jest w sam raz, 2) gdy na liczniku wagi odnotowuję +2kg, zmagazynowane jakże niefortunnie w okolicy brzucha, rozmiar M pozwala mi uniknąć tłumaczenia się z ciąży spożywczej ;) Także na ten bieg zadeklarowałam rozmiar M, który może i eMką był, ale w rozmiarówce dziecięcej. Wymiary podane przez producenta nie do końca pokrywały się z tym, co otrzymałam (tak +/- 4 cm), a o wymianie na większy rozmiar nie było mowy. No, trudno, jak ktoś chce marzannową koszulkę, to oddam, mnie się nie przyda.

Ciekawym smaczkiem z pakietowej makulatury był bon rabatowy (całe 5%!) na badanie DNA pod kątem predyspozycji sportowych. 

:D

W niedzielę, wraz z męską tym razem, drużyną dopingującą, stawiłam się na starcie. Trasa biegu rozpoczynała się na ostatnich 10 km półmaratonu, czyli Bulwary na wysokości Mostu Grunwaldzkiego. Rozgrzewka postępowała bardzo mozolnie, głównie z uwagi na zajebisty wiatr, ale też mikro zawał, który miałam tuż przed startem. Truchtam sobie prawilnie, aż tu prawa noga w dość dosadny i bolesny sposób informuje, że chyba dziś nie pobiegamy. Pierwsza myśl - nerw kulszowy, o w mordę, to poleciał kręgosłup, o w mordę, co ja mam im powiedzieć, że wracamy do domu!? Druga myśl - to nie nerw, to je*ana taśma tylna! Ta druga opcja, może niezbyt przyjemna, może ciut bolesna, ale wielkiej krzywdy przez 10 km sobie nie narobię, zatem biegnę. Tak jeszcze trochę pęcherz wzywa, jednak kolejka do tojka ma chyba kolejną dyszkę, więc zaciskam zwieracze i ustawiam się na starcie. 

3,2,1... start!
Idę spokojnie do linii startu, letki trucht, odpalam Polara, biegnę kilka metrów i.. stop. Trasa zaczynała się od podbiegu alejką w kierunku Smoka Wawelskiego, zrobiło się wąskie gardło i stoimy. Pierwszy kilometr zamknęłam w 6:30 min, więc możecie sobie wyobrazić poziom do którego wywindowało mi adrenalinkę :> Na szczęście dalej było już tylko przyjemniej, Rynek, Planty, jakoś tak mnie niosło, nawet wyprzedzanie szło gładko, choć trochę poszarpałam. Tak sobie pykałam po emerycku aż wróciliśmy na Bulwary. Chwyciłam za kubek z wodą i nie trafiłam do ust, oblewając sobie twarz xD Chwilę później zrównałam się z chłopaczkiem, na oko 10-11 lat, który uskuteczniał marszobiegi - sumarycznie cały czas trzymał moje tempo 5:45/km - ogromny szacunek. Na Salwatorze uznałam, że bolą mnie nogi. Ostatnie 3 km, w oddali ktoś śpiewa Adele, wiatr wali mi w nerki, ale to już tylko Błonia, to już prawie koniec. Po nawrotce dostaję strzała w twarz, mielę nogami w powietrzu i stoję w miejscu :D Ostatni. Kilometr. Do. Cholery! Chcę cisnąć, ale tak wieje, że nic z tych pocisków nie wychodzi. Wpadam na metę z zawrotnym czasem netto: 00:58:14. 

Panowie wciskają mi wodę, izotonika, banany, czekoladę, ale nie korzystam. Opatulona kurtałką zmierzam po posiłek regeneracyjny - zimna herbata i gorące danie, prawdopodobnie grochówka. Nad talerzem mym rozgorzała męska dyskusja o wojskowym jedzeniu - ojciec wychwalał sobie znaną polową strawę, Mężczyzna z błyskiem w oku wspominał dziecięce smaki. Tymczasem ja dochodziłam do wniosku, że to naprawdę nie jest ważne, czy grochówka jest gęsta, rzadka, ile jest grochu, ile mięsa - istotą dobrej grochówki są okoliczności, w których została spożyta, ejmen. Ta była wyśmienita - stwierdza to osoba, która nie lubi grochówki :D

Na początku notki wspominałam o sprawdzianie kondycji. Rok temu biadoliłabym, że słabo, że geriatria i Ciechocinek w jednym, w tym roku, w zastanych okolicznościach cieszę się z kadencji 80-82 o/m i tętna, które wspaniałomyślnie nie przekracza 200! #drobneradości
Gdyby kogoś zastanawiało, co było dalej z prawą nogą... no cóż, funkcję stopy pt. wspięcie na palce odzyskałam dopiero w Wielki Piątek. Ruch to zdrowie, c'nie? ;p

Na horyzoncie już majaczy kwiecień, a w nim dwa biegi, jeden dla towarzystwa, drugi.. dla towarzystwa, ale dopiero na mecie. Już nie mogę się doczekać!

N.

sobota, 23 stycznia 2016

Smogowe bieganie


Niezły mamy syf w powietrzu, nie?
Jeszcze kilka lat temu nie mówiło się głośno o smogu, czasem widziało się go wjeżdżając do miasta, czasem dumało nad mgłami, które dziwnym trafem atakowały tylko Kraków. Nie było alarmów, stacji pomiarowych, aplikacji na telefon. Człowiek czuł, ze coś wisi w powietrzu dopiero w trakcie treningu, gdy szukając spokoju wbiegał w okolice domów jednorodzinnych - bo waliło tam palonym topielcem. 

Mamy 2016 rok, ustawy antysmogowe, maseczki przeciwpyłowe i dostęp do danych. Mamy też modne bieganie i sezon wiosennych startów za pasem. Z trwogą patrzę na mijających mnie ludzi trenujących przy 6-7x przekroczonych normach! Nie wiedzą? Zapomnieli maseczki? Nie czują tego smrodu? (ja kiedyś porzygałam się na ul. Cechowej, tak tam smrodzą w piecach!) Nie przejmują się swoim zdrowiem i życiem?

Największe przekroczenia odnotowują pyły zawieszone o średnicy poniżej 10 i 2,5 mikrometra. Pierwsze zasyfiają nam płuca, te drugie krew. Jeśli w swoim zacnym składzie mają jeszcze substancje toksyczne: słynny benzo(a)piren (ten od raka i mutacji DNA), metale ciężkie, furany i inne fakapy, to wróżę rychły rozwój torakochirurgii w naszym mieście :( 

Moje kombinowanie z treningami, by przesunąć je na nieco czystszy dzień, przeważnie kończy się na siłowni i bieżni mechanicznej. Nienawidzę tego, z całego serca! Ewentualnie kumulują mi się trzy treningi biegowe dzień po dniu :) To też bez sensu.

Macie jakieś sposoby na smog? Maska? Przymierzam się do zakupu takowej, chociaż do biegania średnio się nadają, tzn. nie ułatwiają sprawy. Podciśnienie, które z jednej strony uszczelnia maskę na naszej twarzy, wymusza więcej pracy przy wdechu, a to z kolei czyni interwały kosmicznym wyzwaniem. Choć niewątpliwie takie treningi w trudnych warunkach przyniosą lekki oddech w czyste dni, zatem może warto się wymęczyć w imię profilaktyki POChP i nowotworów?
A może przestać biegać? Jeździć na rowerze? Spacerować? Oddychać? Przecież czasem trzeba wyjść z domu.

N. 

poniedziałek, 28 grudnia 2015

2. PZU Cracovia Półmaraton Królewski


Znowu przebiegłam półmaraton.
Sklecenie tej notki zajęło mi dwa miesiące! Najpierw musiałam ochłonąć, potem odpocząć, wreszcie wydostać się z wiru pracy i oto mam chwilę wolnego czasu. Po pakiet startowy udałam się dzień przed startem. Byłam srogo zmęczona po robocie, chciałam więc zawinąć mój szczęśliwy nr 1000 i udać się na spoczynek. Tymczasem w tłumie wypatrzył mnie i wywołał kolega Mężczyzny, Kamil. Przedstawił mi swoją siostrę, Martę, której start w tej imprezie był kolejnym klejnotem w Koronie :) Po sesji na ściance pożegnałam towarzystwo i wróciłam do domu. 


W tym roku nie miałam problemów ze snem :) Tak, jak wspominałam w poście o sypiącym się sezonie, miałam już mocno obojętną postawę wobec tego startu - oczywiście, chciałam wypaść jak najlepiej w obecnej sytuacji, ale miałam też świadomość, że jest ona (sytuacja) dość pogmatwana, więc nie ma co się cisnąć na siłę. Niskie oczekiwania = mniej stresu. Dodając do tego ogromne zmęczenie fizyczne po tygodniu zapierdolu w pracy... to spałam jak niemowlę ^^ Następnego dnia też odnosiłam wrażenie, że więcej przejmują się moi Rodzice, niż ja. 

Stres pojawił się dopiero w drodze na start. Mężczyzna spytał mnie, czy się denerwuję. Jasne, tętno trochę podniesione, ale w tamtej chwili dopadło mnie wrażenie, że mogę nie dać rady dobiec do mety. Jestem miszczem we wkręcaniu się w tego typu wątpliwości, więc przez cały bieg odliczałam ile jeszcze do końca i sprawdzałam jakie mam tętno..

Start i meta tegorocznego Półmaratonu Królewskiego miały miejsce pod i w Tauron Arenie. Skłamałabym twierdząc, że nie napaliłam się na finisz na stadionie :D Jednak zanim, trzeba zrobić 21 km. Po rozgrzewce ustawiłam się w blokach startowych i cierpliwie czekałam, aż moja strefa ruszy. Bieg Aleją Pokoju wspominam dobrze - pilnowałam tempa i tętna, podziwiałam opustoszałe Dąbie. Problemy zaczęły się na Rondzie Grzegórzeckim. Wbiegliśmy w dość wąskie gardło, które jeszcze się zwęziło na Moście Kotlarskim. Wybiłam się z rytmu i nie mogłam go znaleźć aż do Bulwarów. Z resztą, na tamtym odcinku trasy dużo się działo. Ogromnie zaskoczyli mnie mieszkańcy Zabłocia, który tak głośno dopingowali z okien i balkonów swoich mieszkań, iż niejeden zorganizowany punkt dopingu robił mniejsze wrażenie. Przeważnie przy okazji tego typu imprez (zamknięte ulice, problemy komunikacyjne) mieszkańcy życzą uczestnikom zdechnięcia w smogu, a tu proszę, tyle pozytywnej energii! Punkt odżywienia na Bulwarach opuściłam uryczana ze śmiechu - oprócz wody, wódy i innych płynnych wspomagaczy, wolontariusze oferowali też zagrychę - banana, czekoladę i kokainę :) Humor nie opuszczał mnie do ósmego kilometra, niestety potem zaczął się etap "Błonia". W tym roku byłam przygotowana na niż motywacyjny czekający mnie przez następne 3,5 km - postanowiłam zajeść stres. Tym razem nie miałam problemów z otwieraniem miodu, więc prawilnie sobie skonsumowałam jedno opakowanie, dobiłam czekoladą, a potem zgarnęłam całego banana, bo wolontariusze nie nadążali z obieraniem i krojeniem. Jakoś udało mi się dobiec do Rynku, choć przez moment chciałam ułożyć się do drzemki dla trawienia :D Tam, jak zawsze, mocny doping. Zakręt energii, jak kto woli. Grodzka i zbieg na Bulwary także miło wspominam. Było mi już ciężko, ale wciąż miałam poczucie, że kontroluję swój bieg. 


Na szesnastym kilometrze zaczęło mi się nudzić. Poczułam jak bardzo jestem znużona całym moim biegactwem. Ten i następny kilometr mimowolnie poświęciłam na szukanie sensu w dalszym uprawianiu tej dyscypliny. Gdy dobiegałam do ustawionego na trasie Ojca, by wlać w siebie trochę coli, byłam przekonana, że to mój ostatni bieg - sensu dalszego klepania kilometrów nie stwierdziłam. Przeszłam na czas picia do marszu, coś tam pogadałam i ruszyłam dalej. Jeszcze 5 km i kawałek. Trasa znana mi z wielu nordiców popełnionych na studiach, nie sądziłam, że będzie mi się tak okrutnie dłużyć, mimo iż pokonywałam ją biegiem, nie marszem z kijami. Do tego wąskie alejki Bulwarów Kurlandzkich, zawalidrogi, jakieś laski w typie podbiegnę 10m i przejdę do marszu, powtórzę 100x, agrrrr! Chciałam jak najszybciej to skończyć. Ostatni wodopój wśród baraków (zaskoczył mnie ten fragment trasy, nie powiem ;p) po prostu ominęłam i wyprułam na Aleję Pokoju. Nie wiem dlaczego uwidziałam sobie, że wbiegniemy nań w okolicach Widoku, więc gdy zobaczyłam gdzie jesteśmy i ile jeszcze to mi się łezka zakręciła ;p No, ale biegnę, im szybciej, tym szybciej skończę, prosty rachunek. Podbieg pod Plazę, który w drugą stronę wydawał mi się wypierdkiem, tuż przed metą urósł do rangi Kasprowego. Jak to półmaraton zmienia optykę! Z ostatnich metrów na Lema nie pamiętam nic. Po obu stronach ulicy stali ludzie, dopingowali, ja przekładałam nogi do przodu. Za ostatnim zakrętem ruszyłam z kopyta. Wpadłam wręcz na Arenę, minęłam metę i.. to już?

Nie mogąc dojrzeć w ciemnościach moich bliskich, postanowiłam wyjść na zewnątrz, poszukać kuzynki-wolontariuszki i skorzystać z jej telefonu. Oni wpadli na ten sam pomysł, więc spotkaliśmy się wszyscy wśród kiści bananów :) Dziadkowie też przybyli, na szczęście Babcia, ta sama, która w zeszłym roku opierniczała mnie przez telefon, zajęta była lataniem za kuzynką, więc obyło się bez miłych gratulacji. Poczekaliśmy jeszcze na Ojca, który jakoś musiał wrócić z akcji podaj colę, podjadłam nieco tego rekordowego makaronu, zamieniłam kilka słów ze wspomnianymi wyżej Kamilem i Martą i wróciłam do domu. 

Poprawiłam swój zeszłoroczny czas o niecałe 2 minuty. Długo szukałam podsumowania dla tego startu, jednak wydaje mi się, że nie ma tu o czym mówić. Wspominałam już o nędznych przygotowaniach, więc sukcesów nie należało oczekiwać. Poprawiłam życiówkę, jasne, myślę jednak, że to po prostu wynik biegania samego w sobie, byłoby dziwne, gdybym po roku była wciąż w tym samym miejscu, nawet jeśli straciłam wiele tygodni w przygotowaniach do półmaratonu - pozostałe tygodnie przepracowałam. No, i nie szarpałam się tak, jak podczas debiutu.


Tak też jakoś wyszło, że biegiem tym zamknęłam tegoroczne starty. Początkowo planowałam biegowe podsumowanie 2015, ale patrzę na swoje wyniki i stwierdzam, że to stanowczo nie był mój rok, oj nie! Stagnacja, małe wzloty formy, bolesne jej spadki i nic nie wnoszące starty. W walce o pierwsze miejsce na liście priorytetów bieganie stanowczo przegrywa ze stanem mojego zdrowia, pracą i chęcią podnoszenia kwalifikacji (bo po to robię kapustę, by mnie na kursy było stać). Jedno, co się nie zmienia mimo wahań formy - nic tak nie przywraca mojej równowagi psychicznej jak mocny trening biegowy! :)

N.

niedziela, 13 grudnia 2015

Praca u podstaw


Im bliżej półmaratonu, tym więcej części mojego ciała dawało o sobie znać. Kręgosłup trzeszczał, mięśnie stękały, a narządy wewnętrzne wiązały na kokardki. Obiecywałam sobie wtedy, że gdy tylko odwieszę ostatni w tym sezonie medal na wieszak, biorę się za siebie. Tak na poważnie.

Rachunek sumienia

Abstrahując od biegowych potrzeb, mocne centrum to podstawa wszystkiego. Moje centrum nie jest mocne. Słabe mięśnie brzucha i grzbietu dawały o sobie znać głównie w pracy - robię dużo kończynami, na dużych dźwigniach, z niekoniecznie smukłymi pacjentami :D Jeśli nasuwa Wam się teraz pytanie o ergonomię, to w moim miejscu pracy ciężko o czymś takim mówić, gdy żadna leżanka nie ma regulacji wysokości (a ile można klęczeć na ziemi?). Nawet zakładając, że zacznę pracować w fizjologicznych pozycjach, tułów trzeba wzmocnić. 

Kolejny do roboty zgłosił się prawy bark. Mija już rok lub więcej od pamiętnej gry w siatkówkę z ziomkami z pracy, gdy serwując naderwałam mięsień nadgrzebieniowy (czego, co zabawne, zupełnie wtedy nie skojarzyłam ;p). Pobolało, przestało, poszło w niepamięć. Wróciło kilka miesięcy temu w postaci ciasnoty podbarkowej i zajebiście obkurczonego mięśnia piersiowego mniejszego. Obecnie jest nieźle, ale jeszcze pełni zdrowia nie ma (bo zachowuję się jak typowy pacjent - nie boli = przestaję ćwiczyć).

Chyba wspominałam kiedyś o niedawnych problemach z przeponą podczas biegania. Ból, skurcze, dyskomfort przerywały mi treningi i doprowadzały do szału. Kolega z pracy dużo pomógł, choć to było tylko zamiatanie problemu pod dywan. Przed daniem mu zielonego światła, by zrobił z moim ciałem porządek powstrzymywała mnie tylko myśl, że to będzie bolało, a chyba więcej kłód przed półmaratonem nie potrzebuję.

Przygotowania

Głównym celem mojego roztrenowania było rozluźnienie. Buhaha. Gdy biegam okropnie spinają mi się przywodziciele ud i cała górna połowa ciała (dlaczego? bo słabe centrum!), ale wyładowuję się psychicznie, więc jestem spokojna. Gdy nie biegam nogi mam luźniejsze, ale złe emocje, które nie zawsze mogę od razu rozładować (bo mnie nie wypada powiedzieć kurwa w miejscu pracy, choć pacjent może, szczególnie jako epitet w moim kierunku), kumulują mi się w odcinku szyjnym kręgosłupa i wciąż chodzę jak pokurcz. Z której strony nie spojrzeć - tam zadek :) Na jodze doszłam do momentu, gdy przed postępami hamuje mnie już tylko mało elastyczne czucie końcowe w stawach i uznałam, że to idealny moment, by położyć się na kozetce.

Dzień zero

Zamiatanym problemem okazała się być zrotowana miednica, jak się okazało po rozmowie z Mamą, już od maaaałego dziecięcia. Każdy rehabilitant, w którego ręce trafiłam w przeciągu pierwszego roku życia, czy kolejnych, gdy owe ustawienie miednicy zaczęło dawać o sobie znać, trafnie diagnozował mój przypadek ("pani, ona nie ma krótszej nogi, to biodra są tak ustawione"), ale żodyn nie zalecił wizyty u terapeuty manualnego. Choć obawiam się, że gdyby sytuacja miała miejsce w obecnych czasach, byłoby dokładnie tak samo.

I tak sobie żyłam przez 26 lat z krzywą miednicą, pozornie skróconą prawą nogą, mocniej przez to obciążoną, a więc mamy już odpowiedź na pytanie skąd chondromalacja w stawie rzepkowo-udowym, skąd koślawy paluch. Nie wspominając już o kompensacyjnej rotacji kręgosłupa i nękających mnie okresowo ograniczeniach ruchomości - hitem był skręt głowy w prawo, tak znikomy, że pływając kraulem zamiast powietrza wciągałam wodę xD

Po czarach mojego kolegi po pierwsze zobaczyłam swoje kolce biodrowe przednie górne w tej samej linii - cud, panie, cud! Wyraźnie też przeszkadzała mi moja lewa noga - wydawała się za długa, wszak całe ciało miałam pokrzywione i teraz musi się przyzwyczaić, że takie ustawienie jest prawidłowe. Strzelało mi wszystko, ciągnęło, bolało, wracając do domu musiałam się zatrzymywać co kilka minut. Na szczęście z godziny na godzinę było coraz lżej, wieczorem już musiałam się pilnować, by nie poruszać się ze swoją zwykłą gwałtownością. Co prawda kolega zapewnił, że jak coś zgrzeszę, to mnie poustawia jeszcze raz, ale każde kichnięcie/kaszlnięcie przypominało mi, że moje spojenie łonowe wolałoby nie powtarzać tego procederu!

W poszukiwaniu mięśni

Na pierwszy trening zdecydowałam się cztery dni po nastawianiu. Wybrałam nordic walking, by zmęczyć mocniej ręce, niż nogi, choć zakwasy na tyłku dopadły mnie już następnego dnia. Z bananem na twarzy wydłużałam krok, nie czując przy tym, ani oporu, ani bólu. Do dziś każdego dnia stojąc po pracy na przystanku z podziwem dla kolegi odnotowuje, iż nie boli mnie krzyż. Rozochocona możliwościami swojego ciała z przytupem rozpoczęłam grudzień i wzorcowo zrealizowałam drugi tydzień nowego planu biegowego. Nie migałam się od prowadzenia gimnastyki grupowej w pracy, katując swój i pacjentów korpus (jedna pani przestała się uśmiechać na mój widok - jeśli bolało ją tak samo, jak mnie, to nawet jej się nie dziwie ;p), każdy nie zrealizowany przez smog trening biegowy zastępuję domowymi fikołkami. Odnajdę swoje mięśnie, na pewno!

Joga

Pisałam jakiś czas temu, że po pół roku stagnacji coś drgnęło i lepiej mi się praktykowało. Chyba wykrakałam, bo jak wspaniale żarło, tak zdechło. Frustracja nie jest najlepszym kompanem asan. Zrotowana miednica także. Moje ciało nie od razu zaczęło wracać do normy, pierwsze oznaki poprawy zauważyłam dwa tygodnie później. Nie mogłam się ułożyć do relaksu, z kocem źle, bez koca jeszcze gorzej, wałek jakiś nierówny, podłoga pofalowana :> Na następnych zajęciach było już cudownie - mam dużą różnicę między rozciągnięciem prawej i lewej strony ciała, jednak po raz pierwszy czuję, że mogę rozciągnąć się bardziej, bo trzymają mnie tkanki miękkie. Gdy leżę na ziemi moje stopy są tak samo ułożone. Pies z głową w dół otworzył nowe, nieznane mi dotąd możliwości. W końcu mam nad czym pracować.

A co z bieganiem?

Chyba za mało mam kilometrów na liczniku, by z całą pewnością napisać, że jest lepiej. Jest inaczej, jak ze wszystkim. Najbardziej cierpią stopy i stawy skokowe, obciążane teraz w zupełnie innej osi. Natomiast kolano i przepona milczą - to dobry znak, a ja jestem dobrej myśli, więc musi być dobrze :)

Dziś nawet Mężczyzna zauważył, że wstałam z łóżka i a) nie wzdrygnął mną ból, b) nie kulałam przez kilka pierwszych kroków, c) zrobiłam to energicznie. Nowa ja :)

N.