Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cisnę światu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cisnę światu. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 maja 2017

Nudna Dycha z Wawelem


Właściwie mogłabym w ramach opisu tego biegu przekopiować wpis sprzed trzech lat. Znów padało, znów Wisła bulwary zalała, znów trzy kółka na Błoniach. To jest tak przykre, że aż zabawne.

Zabawna też była tegoroczna lokalizacja expo :) Odwiedziłam biuro zawodów już we czwartek, na tyle wcześnie, iż z pewnym zrozumieniem przyjęłam fakt, iż żadnych stoisk nie dostrzegam. Cóż, bywa, pewnie rozłożą się później. Tymczasem wystawcy czekali w pustawym namiocie na parkingu przed stadionem i musieli walczyć o powrót na stare śmieci. Kraków jak zawsze na poziomie.

Poziom mojego adrenalinowego uniesienia (potocznie zwanego wkurwem), podobnie jak w przytoczonym wyżej poście, eksplodował na wąskiej alejce w okolicach drugiego kilometra. Jakaś łania zlękniona całkowicie zalaną drogą dębem stanęła. Z małą gracją i niemałym zdziwieniem wylądowałam jej na plecach (ustała, skubana!). Z zapewne nie mniejszym zdziwieniem i srogim impetem na moich plecach hamował jakiś facet. Tego niestety łania nie ustała, ale przynajmniej problem przemoczonych butów miała już z głowy. 

Nie, nie zabiłam jej. Nie wiem dlaczego.

Nie wiem dlaczego mam takiego pecha do tego biegu. Kolejne kilometry wchodziły mi gładko, w końcu uwielbiam biegać nocą! Nie miałam też z kim gadać, więc przyoszczędziłam 4 min w stosunku do marcowego biegu koleżeńskiego :) Być może któregoś roku nic nie stanie na przeszkodzie, by pobiec na nową życiówkę.

N.

niedziela, 31 lipca 2016

ŚDM w mieście malkontentów

Cześć, czołem, kluski z rosołem!
Bo rosół przy niedzieli to chyba must have? ;p U mnie dziś jarzynowa, ryba w soli, nowy szablon i odpływ pielgrzymów z Grodu Kraka. Drobne (z założenia) zmiany w kodzie przerodziły się w zablokowanego przez kilkanaście godzin bloga - chciałam posprzątać burdel, który przy okazji innych zmian zrobiłam i tak idąc od linijki do linijki zaszłam na koniec internetu, gdzie okazało się, że moje finalne dzieło nie działa. Ba! Krzaki takie latały po ekranie, że postanowiłam oszczędzić Wam atrakcji. Także przepraszam, jeśli ktoś chciał wczoraj/dziś popaplać - już wracam, a Oli dziękuję za czujność :)

A wracam niczym pielgrzymi z Brzegów - mocno zmęczona i nieco podkurwiona. To był wyjątkowo trudny dla mnie tydzień i niezwykle cieszę się, że już się kończy. I tak, możecie mi teraz pisać mniej lub bardziej anonimowo, jaką to jestem hejterką, jak to Papież ładnie określił młodym emerytem mentalnym, że nie potrafię dostrzegać i dzielić radości innych i że wychodzi ze mnie polaczek-cebulaczek wiecznie niezadowolony. Proszę bardzo, nie będziecie pierwsi, pewnie nie ostatni, za to będziecie kolejnymi hipokrytami walczącymi w internecie o radość i młodość, obrzucającymi przy okazji błotem każdego, kto nie rzyga tęczą. 

Niestety mam wątpliwą przyjemność mieszkać przy samej szkole, na co dzień jest to gimnazjum, w tym tygodniu sypialnia Włochów, choć ci chyba nie do końca oragniają co to jest sen ;p Noc z poniedziałku na wtorek była dla mnie zaskoczeniem - młodość i radość okazywana była do wczesnych godzin porannych, rozmowami, tańcem, śpiewem. Każdej kolejnej nocy było ciekawiej - zamiast śpiewów - wycie, tłuczenie szklanych flaszek i udawanie zwierząt. Takie pohukiwania charakterystyczne są także dla nawołujących się fanów Cracovii, więc brać kibicowska oraz Sebixy przyłączali się do nocnych czuwań włoskich pielgrzymów. 

O 6 rano codziennie swoją rundkę rozpoczynały śmigłowce. Między blokami, schodząc dość nisko. Tak nisko, że budziła mnie podskakująca szklanka z wodą, którą mam obok łóżka. Czasem piloci zawisali naprzeciwko okien lub balkonu i zawsze wtedy składałam zamówienie - a to croissanta do śniadania albo ice tea z Lidla :) 

Brak snu i ciągły huk śmigieł miał swój rozrywkowy wymiar do momentu, gdy trzeba było popracować. Niestety, mimo wolnego od kuracjuszy polskich, nie mogłam sobie, ot tak, wyjechać z miasta. Trzymają mnie tu pacjenci, których z kolei w domach rodzinnych trzymają respiratory. I do tych pacjentów trzeba jakoś dotrzeć - jak się okazało, jedynym sposobem było przemieszczanie się na własnych nogach, bo rowerem niet, samochodem niet, a komunikacja miejska działała tylko tam, gdzie akurat przesuwały się tłumy pielgrzymów. A, i tak twierdzenie, że działała jest uprzejmym eufemizmem. Niewątpliwie plusem są te wszystkie kilometry w nogach, jest objętość pod półmaraton, oj jest :D

I, gdy tak już ledwo na nogach stałam, postanowiłam w piątek pojechać na Rynek i poklaskać z Rubikiem. Tzn. ja już byłam zdecydowana odpuścić sobie ten trip, ale Mama nabrała ochoty, a że to był jej dzień, więc pojechaliśmy. Najpierw 20 min na przystanku w oczekiwaniu na tramwaj, który miał jeździć co 5 min, ha ha ha ;D Natomiast w drodze powrotnej..miałam ochotę co 10 sekund mówić a nie mówiłam!?, ale widziałam po twarzach rodzicieli, że ich pierwotny hurra-śdm-optymizm odpływa w niebyt, gdy przyszło im obcować z samymi pielgrzymami :)

Także to był ciężki tydzień! Minionej nocy po raz pierwszy przespałam pod rząd więcej niż 1,5h, a to tylko za sprawą nocnego czuwania na Kampusie i braku imprezy pod oknem. To musi mi wystarczyć na najbliższy miesiąc odrabiania zaległości. W przeciwieństwie do korporacji, o które tak drżała gospodarka, najbardziej na śdm straciły średnie i małe firmy - od jutra będę pracować po 12-14h, bo hajs się musi zgadzać, ZUS zapłacić itd. Mam tylko nadzieję, że ci, którym ta impreza była organizowana, wynieśli z niej coś dla siebie, coś co uczyni z nich dobrych (albo jeszcze lepszych) ludzi, że to miało jakiś większy sens, niż urwanie się z rodzinnych stron, suto zakrapiane imprezowanie do rana i demolowanie okolicy, które widziałam przez okno. Z tym, że ja zawsze mam duże nadzieje - a potem miażdży je rzeczywistość.

N.

sobota, 2 kwietnia 2016

Sobotnie rozkminy


Od dwóch dni leżę. Tym razem poskładało mnie na tyle skutecznie, że lekarz nogą tupnął i L4 nie przepuścił. O ile wizja sprzedania tej wirusowej gadziny niefajnym pacjentom mocno kusi, tak zdrowy rozsądek wziął górę - pewnie wszelkie atrakcje złapałby ktoś z personelu, a ja, sądząc po zadyszce dopadającej mnie w drodze do kibla (10 m), zaliczyłabym odjazd. 

I tak leżę od dwóch dni, pilnie wypełniając zalecenia - tabletki, syropy, płyny i kokoning. Nieprzyzwyczajona do takiej dawki wolnego czasu zaczynam świrować. Nie potrafię skupić się na czytaniu, od monitora łzawią mi oczy i wraca ból głowy. Dupsko boli, mięśnie zanikają, sąsiad pierdzi wiertarką. Próbuję znaleźć jasne strony mej sytuacji, ale nijak mi nie wychodzi.

Podły humor pogłębiają dwie sytuacje, o których chciałabym dziś napisać, a na zgłębienie których mam trochę czasu - fizjoterapeutyczna zagłada, do której już tylko krok oraz episkopat forsujący moją (i innych kobiet) szyjkę macicy. 

Zacznę od bliższej mi kwestii, czyli Ustawie o zawodzie fizjoterapeuty. Z góry przepraszam czytających to kolegów po fachu za uproszczenia, jednak świadomość większości społeczeństwa odnośnie naszej pracy zamyka się na ten pan od masażu, tudzież operator lasera i TENSa. Zatem dla zarysowania sytuacji - mój zawód jest trochę jakby poza prawem - jest, ale formalnie go nie ma :) Studiuje się go od lat, również od lat placówki rehabilitacyjne zalane są fizjoterapeutami, o prywatnym sektorze nie wspominając. Taka sytuacja doprowadziła w ostatnich latach do skandalicznych sytuacji. Wyobraź sobie, że potrzebujesz pomocy fizjo, znajdujesz jakiś gabinet, kładziesz na leżance i w wyniku czarów terapeuty, już z niej nie wstajesz. Co poszło źle? W postępowaniu sądowym, na które zapewne się zdecydujesz, okazuje się, że gabinet prowadzi osoba, która uzyskała prawo do nazywania siebie fizjoterapeutą po 4- godzinnym kursie. I nie wiedziała, że nie zawsze strzelanie z kręgosłupa jest dobrym pomysłem. Nie powinno tak być? Jestem dokładnie tego samego zdania - stąd od kilku lat toczy się batalia o stworzenie i wprowadzenie w życie Ustawy o zawodzie fizjoterapeuty (analogicznej do ustaw lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych i innych medycznych zawodów). Ustawa ta ma określić kto może nazywać się fizjoterapeutą, jakie taka osoba ma kompetencje, co może, czego nie itd. Najpierw żarły się między sobą główne stowarzyszenia fizjo w Polsce - jedne chciały spisać ustawę tak, by dać dużo wolności fizjoterapeutom (mniej więcej tak, jak jest to w całej Europie), drugie tak, by uzależnić pracę magistrów i licencjatów od specjalistów (specjalizacja w tym zawodzie nie polega na doskonaleniu się jakieś węższej dziedzinie, to powtórka ze studiów, poszerzona o kursy, które musisz zrobić, nawet jeśli Cię nie interesują i oczywiście za wszystko płacisz sam), na czym zyskałyby głównie owe stowarzyszenia, bo wiele osób zostałoby zmuszone do zrobienia specjalizacji. Jakimś cudem w końcu udało się dojść do porozumienia, wszak zalew rynku pseudo-fachowcami przynosił coraz więcej ofiar w osobach pacjentów i pośrednio powodował, że ludzie boją się iść do fizjoterapeuty, ćpanie ibuprofenu wydaje się być bezpieczniejszą formą terapii. Projekt Ustawy zatwierdził prezydent Duda, trafiła pod głosowanie i się zaczęło..
Jest jeszcze jedno silne lobby - lekarze rehabilitacji medycznej - to taki twór, który miał stać na drodze między lekarzami specjalistami a rehabilitacją - ortopeda, reumatolog może być świetny w swojej dziedzinie, ale średnio orientować się w tych wszystkich ćwiczeniach, metodach i bioprądach. Osoby wykonujące zabiegi nie zawsze posiadają pełne wykształcenie wyższe, toteż nie chciano powierzać im decyzji o leczeniu pacjenta. Stąd lekarz rehabilitacji medycznej. Niestety, w przeciągu 5 lat studiów i 2,5 roku pracy spotkałam jednego (!), tak, jednego lekarza tej specjalizacji, którego śmiało mogę nazwać kompetentnym. Trochę słabo, c'nie? I absolutnie nie mam tu na myśli braków w wiedzy stricte medycznej, tej wyniesionej z Collegium Medicum, mam raczej wrażenie, że większość zatrzymała się te 15 lat temu i tej wiedzy się trzyma. Nie znają metod specjalnych, nie czytają najnowszych publikacji, nie chcą słuchać, gdy mówi się im, że można coś zrobić lepiej, szybciej. Potem mam takie kwiatki, jak zlecenie zabiegów laserem na szyję u kobiety z guzami na tarczycy (raczej mocne p/wskazanie do tego zabiegu), czy ultradźwięków na górne kręgi szyjne (anatomia i fizyka się kłania, w pas!!!!) lub leczenie rwy kulszowej machaniem nogą w UGULu (w odciążeniu), nosz kurka! Większość tych zaleceń po prostu nic pacjentowi nie da, niektóre zaś mogą być groźne dla jego zdrowia lub życia. Stąd moje, jak i większości fizjo, bardzo ostrożne podejście do lekarzy i ich zaleceń. Stąd też konflikty, bo jak mają ręce nie opadać w takich chwilach?
I właśnie ci lekarze postanowili zabrać głos - po wspomnianych wcześniej kłótniach wewnętrznych, ustalono, że jeszcze nie czas na taką samodzielność magistrów fizjoterapii, by na podstawie lekarskiego rozpoznania mogli sami zaplanować terapie pacjenta (dobrać zabiegi, dawki) - w praktyce oznaczało to, że nic się nie zmieni - na NFZ dalej będę zbierać zleceniowe kwiatki od lekarzy, a prywatnie każdy jest panem swego losu. Fair enough. Tymczasem po cichutku, po kryjomu wprowadza się zapis, który uzależnia zarówno fizjoterapeutów, jak i pacjentów od zlecenia lekarskiego i to nie tylko na fundusz, ale i za fundusz. W praktyce oznacza to, że nie mogę w swoim prywatnym gabinecie przyjąć nikogo, kto nie ma świstka od lekarza. Wiecie ile dziś, gdy Ustawa wciąż jest w zawieszeniu, czeka się na rehabilitację? Ze 3-4 miesiące (na fundusz, w Krakowie). Zatem ile będzie się czekało, gdy Ustawa w takim brzmieniu wejdzie w życie? Rok?
Stąd masowe przekwalifikowania fizjo w osteopatów - ten zawód w Polsce jest głęboko w powijakach, na całe szczęście..

I gdy już powoli szukam destynacji emigracyjnej (za coś trzeba żyć albo zmienić zawód), do mej macicy wmaszerowują panowie w sukienkach. Ten temat jest pewnie szerzej znany, więc przejdę od razu swoich odczuć. Ciężko mi wyobrazić sobie kobietę, która prawnie zobligowana jest do urodzenia dziecka, gdy tego nie chce. W medialnej dyskusji pada wiele argumentów, powoływanie się na sumienie, religijność, to znowu na prawo kobiety o decydowaniu o swoim ciele itd, itp. Każda strona ma swoje argumenty. Każdy z nich ma jakieś uzasadnienie, choć jednego zrozumieć nie potrafię - co w obecnym prawie jest złego? Nie jesteśmy (jeszcze) państwem klerykalnym (formalnie), zatem prawo kościelne nas nie obowiązuje. Jest jasno określone: można usunąć ciążę, gdy jest wynikiem gwałtu, gdy zagraża życiu matki, gdy płód jest uszkodzony. Słowo klucz - można. Nikt nikogo nie zmusza do przerwania takiej ciąży, zabijania dziecka, czy kiedy tam definiujecie, że zlepek komórek staje się człowiekiem. Jednak wydaje mi się skrajnie niehumanitarnym zmuszanie kogokolwiek do donoszenia ciąży, gdy jej powstanie lub kontynuacja przyniesie tylko ból i cierpienie. Ale to moje zdanie, wynika z moich przekonań i moich rozmyślań natury etycznej. I znalazłoby zastosowanie w moich, tylko moich czynach. Nie miałabym czelności wymuszać na kimkolwiek takiego postępowania, stąd moje wzburzenie, iż ktokolwiek pozwala sobie narzucać mi prawnie jeden słuszny wzór postępowania. Czy polski kościół jest aż tak słaby, iż musi siłą domagać się posłuszeństwa?
Zastanawia mnie jeszcze kwestia kobiet, które poroniły. Nie chciały tego, po prostu tak czasem jest. Pójdą do więzienia za coś, co się w naturze zdarza i to nie rzadko? Co z tymi kobietami, które nawet nie wiedziały, że w ciąży były, a ją straciły? Też za kraty? Jeśli za moment powstania człowieka uznamy zapłodnienie, to co z kobietami, u których zarodek ten nie zagnieździł się w macicy? Idąc dalej tą chorą filozofią, co z kobietami, które były w ciąży mnogiej i jeden z zarodków obumarł (został wessany przez braci/siostry)? Można uznać, że przesadzam, ale w jaki sposób wytłumaczyć te, jakby nie było, procesy selekcji naturalnej przed sądem, gdy usilnie wmawiają nam, że do tego właśnie dążyliśmy swoim postępowaniem, stylem życia?
Czy jestem zatem po drugiej stronie i chciałabym liberalizacji prawa, bo uważam, że ludzie mają prawo decydować o sobie i samodzielnie rozstrzygać dylematy moralne? Aż tak ludziom nie ufam, a historia już pokazała, że Polak potrafi. Uważam, że aktualny zapis powinien zostać w niezmienionej formie - jak ktoś będzie chciał go obejść, to obejdzie, wszak Czechy leżą całkiem niedaleko :) Nikt natomiast nie zadba o ofiary gwałtu, porzucone po urodzeniu niepełnosprawne dzieci i rodziców, którzy w duchu modlić się będą, by ich potomek z ancranią cierpiał jak najkrócej (zapalenie mózgu to ponoć dość uciążliwe doświadczenie) - o ludzi, którzy nie podzielają kościelnych ustaleń, iż płód jest człowiekiem i jest nietykalny, a zostali zmuszeni do ich przestrzegania,

Przeraża mnie to, co się dzieje w tym kraju. 
N.

wtorek, 6 października 2015

"Mnie chodzi o młodych"


Enta godzina pracy. Opadam ciężko na krzesło i nieco zmąconym przez leki umysłem próbuję ogarnąć lecące w radiu wiadomości. Dla przeciwwagi ochów i achów nad podpisaniem przez Prezydenta ustawy antysmogowej pojawia się głos oburzenia kogoś tam, że 3 lata na zabieg oczekiwać musi. 

Tym kimś jest nie byle kto, a trener kadry lekkoatletycznej. Jak to pięknie w eterze podali, szereg jego zasług i pieniędzy wtłoczonych w państwo polskie nie powinny skazywać go na taki los. Doczytałam potem w internetach, że wspomniany miał na myśli raczej obligatoryjne wspomaganie służby zdrowia, która teraz zmusza go do sfinansowania sobie samemu zabiegu lub odczekaniu tych 3 lat i ryzykowania utraty wzroku. I że to wina Tuska.

Swoją drogą nawiązanie do polityki PO jako przyczynku sytuacji, która ma teraz miejsce w ochronie (nie służbie) zdrowia jest chyba średnio trafne. Czy to był pomysł Platformy, by zlikwidować kasy chorych? A może NFZ to obietnica wyborcza SLD? :>

Abstrahując od polityki, sensowności Funduszu i kolejek, które mamy na zabiegi - czym Pan Trener różni się od Szarego Nowaka? Wspomina o 45 latach pracy, o dwóch etatach, o płaconych składkach zdrowotnych. Czyli robił dokładnie to samo, co większość z nas. Pracuje, płaci, próbuje związać koniec z końcem, a gdy przychodzi jego koniec, skarży się, że jeszcze musi sam sobie trumnę zbić. Dokładnie tak samo, jak Pan Trener, robionych w konia jest codziennie miliony osób. Być może po medialnej interwencji dla Pana Trenera znajdzie się bliższy termin, być może fani z fejsa zrobią zrzutkę na zabieg. Tylko, czy cokolwiek to zmieni dla tłumu Szarych Nowaków? Nie. Młodzi nie będą mieć lepiej, niezależnie od ilości jadu skierowanego w obecnie rządzących. Ni zasług, czy masy forsy. 

Mam wątpliwość, czy ta cała akcja ma cokolwiek wspólnego z walką o lepsze jutro polskiego społeczeństwa. O widoki na przyszłość dla Pana Trenera - może tak. Wszak przysłużył się dla kraju, nie to co Szary Nowak.

N.

wtorek, 9 czerwca 2015

"Nie odkładaj macierzyństwa na potem" - a może jednak?


Wracam wytyrana z pracy, rzucam się na kuchnię celem popełnienia obiadu (kolacji?), nim zemdleję z głodu. Po głowie błądzi myśl, by spłodzić jakiegoś Kuracjusza polskiego, wszak materiał, z jakim przyszło mi obcować przez ostatnie dni absolutnie zasługuje na wspomnienie. A ja zasługuję na odreagowanie, niestety obawiam się, że samotna butelka wina w tym przypadku nie będzie wystarczająca. Zasiadam ze strawą przed kompem, już mam odpalać bloggera, aż tu wyrasta przede mną hit ostatnich dni.



Oglądam raz po raz, bo nie wierzę w to, co widzę (i słyszę). Szukam w sieci głębiej - o kij chodzi autorom? Ponoć o to, że się opierdalamy z rozmnażaniem (średnia wieku pierwiastek skoczyła o 4 oczka.. wielkie mi coś!). A powyższy film ma dać nam do myślenia.

Usiadłam wygodnie przy biurku i zamyśliłam się.
Jaki odsetek osób, które odwlekają decyzję o posiadaniu potomstwa robi to ze stricte egoistycznych powodów? Bo wykształcenie, bo praca, po fun. Czy nawet, jeśli osoby te przejmą się ową kampanią i natychmiast rozmnożą, cokolwiek w statystykach drgnie? Może jednak podwyższenie średniej wieku wśród osób decydujących się na pierwsze dziecko wynika z innych procesów toczących polskie społeczeństwo?

Mam 26 lat.
Zdążyłam skończyć studia. Bez specjalizacji.
Zdążyłam przepracować 1,5 roku na śmieciowej umowie, za prześmiewczą stawkę, chociaż w zawodzie, więc i tak lepiej, niż jakaś tam część absolwentów uczelni wyższych w naszym pięknym kraju.
Zdążyłam trzy razy odwiedzić Pragę, raz Wiedeń, a raz nawet Stolycę.

Czasem myślę, że jestem szczęściarą. Co prawda nie mogę pozwolić sobie na usamodzielnienie się (rozumiem przez to wyfrunięcie z rodzinnego gniazda), ale stać mnie, by raz w roku, pod groźbą kary z sanepidu, kupić sobie nowe obuwie medyczne do pracy, czy pisząc ten tekst sączyć różowe wino za 13 zł. Na pewno mogło być gorzej.

Myślę czasem o swoim macierzyństwie. Przez długie lata miałam dzieciowstręt. Potem ciążo-schizy. Wyraźnie nie byłam gotowa na dziecko. Dziś raczej też nie jestem, ale na myśl, że mogę zajść w ciążę nie reaguję już planowaniem samobójstwa :D Każda kobieta (o mężczyznach pisać nie będę, bo ojcostwo to temat na osobny, równie obszerny post) dojrzewa do spełniania drugiego prawa biologicznego (prawa zachowania gatunku) w swoim czasie. Niewątpliwie czas ten coraz bardziej się wydłuża, jednak w końcu nadchodzi. I wtedy napotyka na opór rozumu.

Wydaje mi się, że w moim przypadku decyzja o rozpłodzie świadczyłaby jedynie o dużej nieodpowiedzialności. Nie potrafię sama się utrzymać, nie będę w stanie utrzymać jeszcze dziecka. Dostanę wypowiedzenie, bo jestem na śmieciówce. Już o przepracowanych latach, emeryturach wspominać nie będę, bo szczerzę wątpię, by moi rodzice takową kiedykolwiek otrzymali, a co dopiero ja. Skrótowo, zafundowałabym memu dziecku bardzo szorstki start, a pewnie jak większość Polaków nie-pracujących na wyniki jakiegoś tam sondażu o rozmnażaniu rodaków, chcę dla mego potomka jak najlepiej. Nie musi być wyremontowany dom i mieszkanie, nie musi być wyspecjalizowana matka z niesamowitą karierą, wystarczy godne życie. Zastanawiam się, czy twórcy (albo zleceniodawcy) tej reklamy żyją w jakimś innym świecie, czy tylko ja otaczam się biednymi nierobami i nieudacznikami życiowymi, którzy ciągną od wypłaty do wypłaty, a jak już ustrzelą umowę o pracę, to biorą kredyt na trzy pokolenia, by móc płodzić kolejne potomki na własnych trzydziestu metrach kwadratowych..

Obejrzałam spot jeszcze kilka razy. Po początkowym wzburzeniu pozostał tylko niesmak i duża przykrość. Jest mi przykro, bo gdy ja przekwitnę, taka reklama nie będzie mogła mówić o przedkładaniu ambicji i wygody nad macierzyństwo, tylko wiktu i opierunku. Zdążyłam nie umrzeć z głodu, zdążyłam utrzymać jakiekolwiek źródło dochodu, zdążyłam zaopiekować się rodzicami, gdy brakło dla nich socjalu. Ale nie zdążyłam się rozmnożyć.

Szkoda, że fundacje takie, jak ta, która wymyśliła powyższą kampanię, nie skupia się na realnych przyczynach przesunięcia wieku decyzji o pierwszym dziecku. W przeważającej większości niewiele mają one wspólnego z egoizmem, pracoholizmem, konformizmem ludzi w wieku reprodukcyjnym. W świecie zwierząt jest tak, że dla skutecznego rozmnażania konieczny jest spokój i poczucie bezpieczeństwa. Nie wiem, jak u Was, ale ja takowych nie doświadczam.

Wyjątkowo chciałabym poznać Waszą opinię, co czujecie oglądając ten spot, czy macie w swoim otoczeniu osoby, które przegapiły macierzyństwo (lub ojcostwo)? Jak jest z Wami?

N.

sobota, 14 marca 2015

Biegnę, więc jestem.


Jestem biegaczem. Jestem pieszym. Jestem kierowcą.
Co łączy te trzy zdania?

Zdarza mi się biegać. Ostatnio głównie w marzeniach sennych, ale bywały sytuację, gdy wdziewałam najeczki, obcisłe legginsy i frunęłam na miasto. Z początku dość bezmyślnie - nie mówię tu o dystansie, tempie, braku pomysłu na trening - mówię o swoim bezpieczeństwie. 
Napaść, kradzież telefonu, doskonalenie obsługi maczety, gwałt, mniej drastyczne kontuzje narządu ruchu, utrata przytomności, czy sedno dzisiejszej notki - potrącenie przez innego uczestnika ruchu drogowego.
Z czasem wychodząc z domu zwracałam uwagę bardziej nie na to jak wyglądam, tylko czy jestem widoczna. Za dnia i tak wybierałam oczojebną odzież, buty, kolorową czapkę, po zmroku obowiązkowo odblaski na kostkach. Dlaczego na kostkach? By dać kierowcy pojazdu czas na wyhamowanie, nim weźmie nas na maskę - odblaski na ramionach lub nadgarstkach (których od tyłu właściwie nie widać..) dają złudne wrażenie, iż biegacz jest w większej odległości od pojazdu.

Definitywnie częściej, przynajmniej ostatnimi tygodniami realizuję się jako pieszy. Od wielu miesięcy czekając rano na autobus widuję pewnego biegacza. Codziennie, a przynajmniej od poniedziałku do soboty ;p 
I zawsze ok. 6:10 jego trasa biegowa przechodzi przez skrzyżowanie ze zdjęć powyżej. 
Oprócz zrozumiałego podziwu dla jego samozaparcia i oddawaniu się pasji niezależnie od pory roku, czuję do gościa srogi niesmak. Ba, właściwie wściekłość. Na jego bezmyślność i arogancję.

Pewnego grudniowego poranka stoję o tej 6:10 na przystanku i z sennego oczekiwania na dyliżans wyrywa mnie pisk opon, klakson i poruszenie innych oczekujących. Pan Biegacz, jak co ranek, przekraczał skrzyżowanie z sobie tylko znaną logiką - wybiegając z drogi wewnętrznej, przez środek skrzyżowania i biegnąc dalej środkiem pasa ruchu, tym razem już nie drogi wewnętrznej. Tego poranka nie został zauważony przez kierowcę jakieś osobówki - facet ledwo wyhamował, ale do zdarzenia drogowego nie doszło, Pan Biegacz spokojnie potruchtał w swoją stronę, a kierowca, możliwe iż w stanie przedzawałowym, po chwili odjechał. 

Gość biega bez żadnych elementów odblaskowych.
Przez środek skrzyżowania, ignorując przejście dla pieszych oddalone o jakieś.. 5 metrów.
Nie zatrzymuje się, tylko wbiega na drogę, chyba sądząc, iż każdy inny uczestnik powinien mu ustąpić - doprowadzając przy tym do groźnych sytuacji.

Za każdym razem, gdy stoję tam i wybija 6:15, a Pan Biegacz jeszcze nie zestresował nikogo swoim jestestwem, zastanawiam się, czy zaspał, czy został na jakimś innym skrzyżowaniu jako kałuża potu i krwi w poliestrowym worku ciuchów sportowych. 

Po co o tym piszę?
Pan Biegacz nie jest wyjątkiem. Każdy z Was mógłby podać po kilka irytujących sytuacji z udziałem biegacza, czy to w ruchu drogowym, czy ot tak, na osiedlowej alejce, leśnej ścieżce. My, biegacze, możemy się bronić, że tak wyszło, to jednorazowa sytuacja - owszem, przeważnie tak właśnie jest. Ktoś sobie coś źle przekalkulował i zabiegł komuś drogę, Został popchnięty i rykoszetem oberwał ktoś inny. Zagapił się, zamyślił, zasłuchał w bita ze słuchawek i nie zauważył samochodu. O ile tego typu wpadki pozostają jednorazowe, niosą ze sobą chwilę zadumy, powiew ostrożności na przyszłość, możemy mówić, że tak wyszło. Jednak jeśli ktoś notorycznie prowokuje tego typu sytuację, narażając siebie i przede wszystkim innych.. nie usprawiedliwiajmy tego. Podziw dla Pana Biegacza prysnął - ile by nie biegał, jakim ultrasem i badassem nie był, w pierwszej kolejności jest bezmyślnym arogantem.

No, chyba, że macie inne zdanie, zapraszam do dyskusji :>

N.

piątek, 5 grudnia 2014

Tak niewiele trzeba!



Każdy, kto pracuje z ludźmi (w sensie świadczy im swoje usługi/towar), wcześniej czy później dochodzi do wniosku, że niektórzy z nich są pojebani zdrowo rąbnięci. Początkowo człowiek daje się zaskoczyć tym agresorom, przerośniętym dzieciom, ofiarom szczepionek na grypę, generalnie każdemu, kogo zachowanie odbiega od ogólnie przyjętych norm. I, co najważniejsze, naszych oczekiwań. 

Rok temu, gdy pacjentka wyzwała mnie od kurwy tylko dlatego, że trzymałam się zaleceń lekarza świadcząc jej usługę, mocno się tym przejęłam, wielokrotnie o tym opowiadałam, w sumie po to, by trochę wyładować złe emocje, które takie oskarżenie niesie ze sobą. Nie potrafiłam zrozumieć motywów tej pani, powodu dla którego tak się zachowała, zmiażdżyło mi to nieco ogląd na relacje międzyludzkie. Dziś, dwanaście miesięcy później, kilkanaście turnusów później, kilka kurw później, wiem już, że zasady, które wyniosłam z domu mają zastosowanie głównie tam oraz w gronie najbliższych mi osób. Jeśli idę do pracy, mogę spodziewać się wszystkiego, ale na pewno nie kultury i ogłady moich podopiecznych. 

Pisałam też kiedyś, że po dłuższym czasie spędzonym wśród ludzi takiego pokroju człowiek zaczyna się zmieniać. Dostosowywać do środowiska, w którym się znalazł. Pojawiają się stanowczość i niechęć wobec chronicznych kombinatorów, śmierdzieli, kłamców i alfonsów (czyli tych, który o Twojej profesji wiedzą więcej, niż Ty sam..). Pojawia się też odwzajemnianie agresji i epitetów (choć tu pragnę podkreślić, że nikomu nie powiedziałam, że jest kurwą), czyli zachowania, z którym wolałabym się nie identyfikować. Nie chcę być postrzegana jako ta pani, co warczy na każdego. Obserwuję siebie i swoje zachowanie, by móc chociaż sama przed sobą usprawiedliwiać się z jakiś wybuchów w stronę pacjenta, bo przecież sprowokował mnie, a ja taka zła zwykle nie jestem. 

Z obserwacji tych wynikła dzisiejsza refleksja (choć de facto skrystalizowała się ona w kolejce do kasy w Pepco) - tak niewiele trzeba, by zrobić na drugim człowieku lepsze wrażenie. Nie będę tu zachęcać do uśmiechu, miłych gestów, jak minął dzień i podobnych zwrotów, nie będę pisać o sobie. Skupię się, jak zawsze, na moich pacjentach. To oni są źródłem mego wkurwu, lecz także oni powodują, że chce się pracować w tym porypanym zawodzie.

Przychodzi pacjentka, wiek w okolicach nadętej matrony, komercyjna, więc stopy całować, bo płacę, to wymagam. Klasyka gatunku. Przychodzi spóźniona na zabieg 1 godz. i 10 min. Przychodzi i rzuca kartę, kwitując swą obecność słowami: Spóźniłam się.

Tyle. Spóźniłam się. Żadnego przepraszam albo spierdalaj. Nic. I stoi. Delikatnie próbujemy nakłonić panią do jakichkolwiek wyjaśnień, ale to jak grzebać kijem w gównie - bez sensu. Musiałam babona przyjąć, bo była z mojej zmiany, gdybym odesłała ją do planowania, trafiłaby już na zmianę koleżanki, która nie zasłużyła na obcowanie z podmiotem i ma co robić, więc pracy dokładać jej nie będę. Dzięki temu odjechał mi autobus (następny za 40 min), nie zdążyłam na przesiadkę i wróciłam do domu gruuubo po czasie. 

Życzenia masywnej sraki zaliczyła też dziś pani w Pepco. Kolejka do kasy dłuższa niż w osiedlowym mięsnym piątkowym popołudniem. Nagle zza stojaka z papierami ozdobnymi wyłania się kobiecina z torebką na prezent w garści i obwieszcza, że ona ma tylko to i chce bez kolejki. Poszczególne ogniwa podniosły głos, iż każdy tu ma tylko coś. Tylko tasiemkę. Tylko skarpetki dla wnuka. Tylko świeczkę. Itd. Baba przede mną pozwoliła jej wejść, a spytana, czy ja i inni z tylko jedną rzeczą też możemy przed nią skasować towar, oburzyła się. No i jestem bezczelna! 
Zrozumiałabym, gdyby wpychająca się pani była starsza, schorowana, niepełnosprawna, w ciąży, z wrzeszczącym bachorem, no cokolwiek. A tak, to tylko wkurw. 

Tymczasem tak niewiele potrzeba, by uchronić się przed natikową biegunką. Zupełnie inaczej traktuje się osoby, które nie dają się na dzień dobry poznać jako gbury i furiaci. Potrafią się przywitać po wejściu do pomieszczenia, przeprosić za spóźnienie, przełknąć ego i przyjąć na klatę, jeśli nic nie da się poradzić na konsekwencje ich czynów. Potrafią podziękować. Z grubsza wystarcza nawet, jeśli po prostu nie wyżywają się na nas, bo są nieudacznikami. Jeśli pamiętam, że dana jednostka przy każdym spotkaniu drze na mnie mordę, bo to jest jej sposób bycia, to chyba jasne, że odczuwam do niej głównie niechęć i odrazę, a co za tym idzie, nie będę chciała jej iść na rękę. Natomiast, jeśli spóźniona osoba dotychczas raczej ujmowała mnie swoim charakterem, czy kulturą, to choćbym miała rozmnożyć wanny przez pączkowanie, coś wymyślę. Z czystej sympatii.

Tak niewiele trzeba, bym uznawana była za miłą i uczynną osobę - i równie niewiele, by wyszedł ze mnie diabeł. Tylko odrobina kultury wystarcza, by nie wyjść na buraka i zostać pozytywnie zapamiętanym. Oraz jedna kurwa, bym maksymalnie uprzykrzyła delikwentowi pobyt na turnusie.

Tak niewiele.

N.

środa, 2 lipca 2014

"Nie szanuję ludzi"

..pomyślał o sobie żaden prezes nigdy.



środa, 30 kwietnia 2014

Niektórzy ludzie lubią pierdolić*

* pierdolić to po krakowsku m.in. mówić od rzeczy :)

czwartek, 10 kwietnia 2014

FAP - Filozofia i Atrakcje Pracy: To nie ja jestem dla pacjentów, tylko oni dla mnie!

Wracając z Biedry, obładowana jajkami i mąką, pisałam w myślach wstęp do tej notki. Żem słaba dziś, więc odpuściłam bieganie, dzięki czemu mam 60 min (wolnego biegu ciągłego..) na zaszycie się przed ekranem komputera, w ciepłym dresie, z herbatą na podorędziu - celem FAPu, oczywiście :) Niestety wszystkie piękne słowa umknęły z mej głowy ledwie przekroczyłam próg domu, toteż wstęp jest mało porywający, podobnie jak poniższe wypociny. Niemniej, enjoy!

sobota, 29 marca 2014

Godzina dla ziemi?

Dziś jest ten dzień! O 20.30 zapewne zgasiliście światła w domu, uprzednio lajkując na fejsie wszystko, co się da. Co prawda w głębi serduszka wiemy, że codzienne przesiadywanie przy włączonym kompie celem skrobania kolejnych notek oraz cykanie ilustrujących ich fotek w obstawie lamp wszelkiego rodzaju nieco średnio wpisuje się w założenia akcji, ale oj tam..

Akcja ma wymiar symboliczny, co nawet organizatorzy postanowili w końcu przyznać. Wyłączając nawet wszystko, co w Waszych domach zużywa energię nie zmniejszycie emisji dwutlenku węgla - a pewnie ratując się przed egipskimi ciemnościami zapalicie cały arsenał świeczek i nasza zatroskana planeta ucierpi na tym znacznie więcej. Po co więc ta farsa? Dla uświadamiania społeczeństwa oraz wyrabiania prawidłowego nawyku gaszenia wszystkiego, z czego w danej chwili nie korzystamy. Nie ma się co kłócić ze słusznością tych celów.

Główna fala krytyki Godziny dla ziemi opiera się na przemyśleniach, czy aby takie masowe off-on nie narobi większych szkód, niż gdyby przez godzinę w naszych domach miała panować jasność (nie mylić ze światłością ;p). Ponieważ jestem tylko przeciętnym zjadaczem chleba i moja wiedza o sieci elektrycznej ogranicza się do obsługi gniazdka, postanowiłam pociągnąć za język Mężczyznę, znacznie lepiej ode mnie ogarniającego temat (le inżynier elektrotechnik ^^), który jeszcze za czasów, gdy w związku nie byliśmy, dość jasno i dosadnie wytłumaczył mi, dlaczego powinnam dać sobie spokój z gaszeniem świateł pod dyktando ekologów, którzy w efekcie tej akcji zgarną niezły szmal, więc jak zawsze gotowi są wmówić nam dosłownie wszystko, a my to ładnie łykniemy w imię ratowania planety.

(N)atik: To jak to jest z tym wyłączaniem światła na godzinę - ma to wpływ na sieć elektryczną, czy nie?

(M)ężczyzna: Trzeba to rozważyć od fundamentu, czyli w jaki sposób energia elektryczna jest produkowana, jak dystrybuowana oraz od czego zależy stabilność systemu elektroenergetycznego.

N: Prześledźmy zatem "narodziny" prądu :)

M: W ciągu dnia konsumpcja energii elektrycznej jest zmienna i jest wyznacza empirycznie z podobnych czasookresów innych lat, temperatury zewnętrznej czy też aktualnych zdarzeń np. sportowych (na Euro podczas przerwy na pewno wzrosła konsumpcja energii w Anglii, gdzie każdy wtedy odpala swój 2kW czajnik elektryczny gotując wodę na herbatę).

optimalenergy.pl
Trzeba być na to przygotowanym i właśnie po to buduje się tamy, jak nad Soliną czy elektrownię szczytowo - pompową w Żarnowcu, by można grawitacyjnie odzyskać energię elektryczną potrzebną w chwilach większego zapotrzebowania na nią. Napięcie w sieci dla odbiorcy końcowego jakim jest każda rodzina w Polsce to 230 V. Jest to napięcie zmienne o częstotliwości 50 Hz. Każda nagła zmiana poboru energii z układu elektroenergetycznego skutkuje wahaniami częstotliwości, a te są bardzo niepożądane ze względu na trudności utrzymywania synchronizmu całej sieci elektroenergetycznej w Europie (sieć jest spięta). Wahania te kompensuje się zwiększaniem chwilowej mocy lub też jej zmniejszaniem, po przeszacowaniu zapotrzebowania.

N: Jak wygląda takie zwiększanie/zmniejszanie mocy?



M: Zwiększa się łatwo, po prostu spuszcza się wodę z góry wielkimi rurami napędzającą turbogenerator (woda spadając posiada energię potencjalną zamienianą na ruch obrotowy łopatek generatora) tworzący energię elektryczną. Gorzej kiedy mamy przeszacowanie - w normalnej elektrowni łopatki generatora poruszane są za pomocą pary pod ciśnieniem. Parę uzyskuje się przepuszczając wodę rurami wokoło kotła rozpalonego do wysokiej temperatury. Kocioł podgrzewany jest miałem uzyskiwanym z węgla. Załóżmy, że każdy w dniu dzisiejszym wyłącza żarówkę na godzinę (może wyłączyć i całe oświetlenie). Skutek będzie taki, że elektrownia tego nie wie i wyprodukuje energii tyle co zawsze - czyli będzie jej za dużo.

N: I co się stanie z tym nadmiarem?

M: W pierwszej chwili lekko zacznie rozsynchronizowywać się sieć. Należy to skompensować ujmując moc, ale każdy kocioł ma swoją stałą czasową wynikającą z gabarytu i zanim lekko ostygnie, wytworzoną energię i tak będzie trzeba wepchnąć do sieci. Skutek tego będzie taki, że na krańcach linii (np. wsiach i małych miastach) zwiększy się napięcie nawet do 250 V (norma mówi że może się zwiększyć nawet o 10% w skrajnych przypadkach).

N: Jaki skutek może mieć taki skok napięcia?

M: Urządzenia są przystosowane do zwiększonego napięcia, natomiast wszystkie żarówki żarnikowe i halogenowe po prostu zaświecą mocniej.

N: Ma to jakieś przełożenie na rachunek za energię elektryczną dla tych ludzi?

M: Ci ludzie zapłacą za większe zużycie energii.

N: Cudownie :)

M: To nie koniec. Każdy kocioł może wygasić się max. do temp. 60-70% temp. nominalnej - jeśli spadnie poniżej tej temperatury po prostu już nie wstanie na nowo do pracy.

N: Jednak zanim dojdzie do wygaszenia kotła węgiel (miał) i tak zostanie zużyty, a więc niepotrzebnie go spalimy i wyprodukujemy dwutlenek węgla, a to o jego zmniejszoną emisję walczą ekolodzy..

M: Węgiel i tak musi być spalany na potrzeby podtrzymania kotła.

N: Zieloni na stronie akcji w dziale FAQ podają coś takiego:


Czy wyłączanie świateł w ramach akcji nie grozi zachwianiem stabilności systemu energetycznego?
Nie – sieci elektroenergetyczne są odporne na takie wahania. Przed ważnym meczem piłki nożnej w ogromnej liczbie domów włączane są telewizory. W związku z tym zmienia się krajowy pobór prądu. Podobna zmiana poziomu poboru – oczywiście w odwrotną stronę i w mniejszej skali (telewizory są bardziej energochłonne niż żarówki) – ma miejsce podczas Godziny dla Ziemi WWF. Sieci elektroenergetyczne są na tego typu fluktuacje przygotowane. Akcja nie spowoduje zachwiania stabilności systemu.
Jak się do tego odniesiesz? Czy istnieje szansa, by elektrownie założyły sobie, że ludzi znowu postrzeli w ostatnią sobotę marca i będą wyłączać światło na godzinę, toteż są przygotowani na mniejszą produkcję energii?

M: Tak naprawdę do tego przykazu stosuje się tylko mały promil ludzi, więc na szczęście system elektroenergetyczny nawet tej zmiany nie wychwyci. Mówimy tylko o zasadzie, gdyby zrobiło tak kilka milionów ludzi.

N: Na fejsie swoją gotowość zgłosiło ponad 80 tys. osób - ich działania nie zostaną zauważone przez system?

M: Polubić a wyłączyć światło to dwie różne rzeczy.

N: Polubić, a na co dzień oszczędzać energię - tym bardziej ;p

M: Zaznaczam, że polubiono marnując energię na bezproduktywną akcję.

N: Co w takim razie stanie się w sieci o 21.30, gdy te 80 tys. osób (bądźmy optymistami) z powrotem zapali światła?

M: Ewentualnie w Żarnowcu przeleje się trochę wody z góry na dół.

N: Ponownie odnosząc się do FAQ ze strony happeningu - jak to jest z tymi zapalającymi się żarówkami?
Czy ponowne włączenie świateł nie powoduje większego zużycia energii, niż udaje się zaoszczędzić w ciągu godziny? 
Nie. Ten mit wziął się prawdopodobnie z powolnego „rozświetlania się” świetlówek starego typu, choć i one zużywały mniej energii podczas zapalania niż podczas godziny świecenia. Jeszcze kilkanaście lat temu powszechne były świetlówki z zapłonnikiem elektromagnetycznym. Zanim osiągnęły pełen strumień świetlny (czyli „zaświeciły pełnym światłem”), musiało upłynąć od kilkudziesięciu sekund do nawet kilku minut. Przez ten okres „rozświetlania” zużycie energii było faktycznie większe. Jednak w świetlówkach nowego typu pełen zapłon następuje dużo szybciej. Obecnie ów „pik prądowy” trwa zaledwie kilka mikrosekund i jest pomijalny.
Co ma przeciętny Polak wkręcone i jak to działa? I znów, czy system zauważy jakąkolwiek zmianę?

M: Przeciętny Polak kupuje słabej jakości świetlówkę na promocji w Biedronce czy innym markecie. Technologia jej układu zapłonowego pamięta zimną wojnę, a produkowana jest bez specjalnej kontroli jakości w Chinach. Tak naprawdę lepiej by było dla wszystkich by jej nie kupował..

N: Dlaczego?

M: Taka świetlówka wtłacza do sieci tzw. harmoniczne wyższego rzędu powodujące straty mocy - ma bardzo niekorzystny współczynnik CR, czyli odwzorowania światła słonecznego - rzędu 82%*. Nie chciałbym by wyszło, że staję okoniem wobec ekologów dla zasady, bo jestem po drugiej stronie barykady - mają rację w tym, że należy oszczędzać energię, ale nie dla ziemi, środowiska itd., tylko dla własnego portfela. To się samo przełoży na inne rezultaty.

N: Ekolodzy już nie raz popisali się akcjami, których zasadności ciężko się dopatrzeć nawet pod chińską świetlówką.. Choćby bojkot budowy szpitala w Prokocimiu w imię samosiejek brzozy (na terenie prywatnym!), której to w Polsce przecież nie mamy wcale ;p

M: Albo motyla na Ruczaju, pozbawiając ludzi ogromnych pieniędzy związanych z wartością tych gruntów w obecnej chwili.

N: Wróćmy jeszcze do włączania światła - co się wtedy dzieje?

M: Mówimy o włączeniu w jednym czasie przez kilka tysięcy osób?

N: Tych 80 tys. na przestrzeni ok. 5 min, bo wiadomo, niektórzy mogą się zagapić, inni jeszcze nie dojść, a inni usnąć, więc nie włączą światła punkt 21.30.

M: Z punktu widzenie sieci w najgorszym przypadku stanie się to, co dzieje się w domu kiedy załączasz odkurzacz lub inny odbiornik dużej mocy.

N: Przygaśnie światło.

M: Dokładnie. Wiąże się to z wtłoczeniem do sieci mocy biernej, a ta z kolei powoduje lekki zapad napięcia. Po krótkiej chwili odkurzacz czy inne urządzenie dochodzi do warunków nominalnych i nie pobiera zwiększonego prądu.

N: A gdyby zamiast gaszenia światła, akcja ta polegała na wyłączaniu wszystkich urządzeń elektrycznych (komputer, lodówka, pralka, telewizor itd.) skala tych zjawisk zachodzących w sieci byłaby odczuwalna nawet przy jedynie 80 tys. osób?

M: Nie umiem ocenić, czy taka ilość osób mogłaby wywrócić system elektroenergetyczny, brak mi danych - ale gdybym miał coś orzec powiedziałbym, że nikt tego nie zauważy, bo Galeria Bonarka, podejrzewam zużywa więcej energii niż te 80 000 osób.

N: Ile procent (mniej więcej) zużycia energii w gospodarstwie domowym stanowi samo światło? I czy nie masz wrażenia, że ludzie chętnie biorą udział w takich medialnych akcjach, deklarując wyłączanie światła w pokoju nawet, gdy udają się do kibla, równocześnie na co dzień tracąc pieniądze na innych prądożerczych urządzeniach?

M: Ok. 30% to oświetlenie w okresach zimowych. Największym konsumentem energii w domu jest...zgadnij co!

N: Mikrofalówka? Telewizor!

M: Nie, jest to coś, co działa cały czas i my o tym zapominamy, tak w sumie z przyzwyczajenia.

N: Komputer? [tak, piszę w własnego doświadczenia ;p]

M: Lodówka, moja droga.

N: Do czterech razy sztuka :)

M:  Żeby było zimne, też trzeba zużyć energię. Lodówka nie ma największej mocy, bo to domena kuchni elektrycznej, ale działa długotrwale, a energia to moc razy czas.

N: Czyli większą korzyść dla portfela i środowiska przyniosłaby akcja uświadamiająca, że zaglądanie co 15 min do lodówki celem stwierdzenia, że nie ma co jeść, jest głupie?

M: To jest głupie samo z siebie. Najlepiej skręcić lodówkę nawet o pół stopnia, co da wymierny efekt mniejszego zużycia mocy przy praktycznie żadnej stracie jeśli chodzi o żywność.

N: Podsumowując, akcja Godzina dla ziemi przeprowadzana na obecną skalę nie powoduje odczuwalnych zmian w sieci elektrycznej (więc miejmy nadzieje, że nie rozrośnie się bardziej ;p) i nie odbije się czkawką na rachunku za energię elektryczną?

M: Nie, jest to zbyt mała skala.

N: Podczas naszej rozmowy chciałeś wspomnieć o trzech istotnych w tej sprawie rzeczach - udało się?

M: Tak, podsumowując - sposób generacji energii, jak system radzi sobie z wszelkimi wahaniami mocy oraz o tym, że tak naprawdę robimy to dla siebie i swojego portfela. Przyzwyczajenie gaszenia światła jest słuszne, w skali miesięcznej na pewno będzie to jakaś kwota, dla przykładu - wyłączenie na godzinę żarówek w całym domu da oszczędność (przy 10 żarówkach po 40W) około 30 gr. Ale kto ma 10 żarówek? Ja mam aktualnie w domu zapalone 3.

N: Dziękuję Ci za poświęcony czas i dużą garść informacji  :*


P.S. Mężczyzna prosił jeszcze dorzucić Wam filmik wielokrotnie dziś przytaczanego i krytykowanego Rożka, gdyż na wykresie pięknie widać wspomniane wyższe harmoniczne KLIK. :D

* paniom nie polecam się malować przy świetle świetlówkowym - po wyjściu na światło słoneczne może się okazać, że makijaż jest mówiąc krótko - nieudany.

środa, 8 stycznia 2014

Telemarketing - robisz to źle

Stacjonarny wzywa. Przerywam arcyważne wrzucanie łyżeczek do zmywarki i odbieram. W słuchawce damskie:
- Dzień dobry?
- Owszem, dzień dobry.
- Nazywam się Iksowa Iksińska (mam litość) i dzwonię z centrum medycznego Wielkie Iks (tu też ;p). /mlask/ W dniu 18 stycznia przeprowadzane będą w naszym centrum badania diagnostyczne, na które serdecznie zapraszamy osoby powyżej 30 r.ż, /mlask, z którego korzystam wtrącając się/
- A, to dziękuję za ofertę, ale nie jestem zainteresowana. Do widzenia. 
- Chwileczkę! (ha, ktoś się obudził ;p) Nie wysłucha nawet pani do końca tego, co mam do powiedzenia!?
- Nie. Do widzenia.
Pani coś jeszcze krzyczała w słuchawce, ale oddalała się ona od mojego ucha i w pewnym momencie zamilkła zgładzona cichym pik rozłączonej rozmowy. A teraz hejt.

Po pierwsze, od kiedy powitanie stało się pytaniem? Pani nie była pierwszą (i zapewne ostatnią..) osobą, która rozpoczyna ze mną swe kocowo-garnkowo-diagnostyczne pertraktacje nie mogąc się zdecydować, czy pyta mnie o dzień, czy wita.

Po drugie, te mlaski. Czy pani telemarketerka przypadkiem nie była w trakcie lub kończyła coś mielić w swej jamie ustnej? Czy to przystoi podczas rozmowy z drugim człowiekiem, potencjalnym klientem (ciekawe, co szef na to) mielić i mlaskać? Dlaczego ludziom po drugiej stronie kabla wydaje się, że jak czegoś nie widać, to tego nie słychać?

Po trzecie, ton głosu, początkowo znudzony (rozumiem ten ból, druga godzina pracy, to już się nawet gadać nie chce :>), a gdy bezczelnie podziękowałam za dalszą rozmowę, już nieco ożywiony i agresywny - bo jak to tak mam czelność nie chcieć jej wysłuchać!? Komuś chyba pomyliły się rolę - to ja jestem klientem, o mnie się zabiega, a nie warczy na mnie. To mój spokój się gwałci telefonami z rana i wykorzystuje moje dane osobowe do szerzenia swych wzniosłych idei o jedynych słusznych metodach diagnostycznych, więc chyba mam prawo podziękować i nie kontynuować tej farsy? 

Po czwarte, podziwiam ludzi, którzy decydują się na pracę w takim charakterze. Wszyscy przecież nienawidzimy tego typu telefonów, a już odkąd telemarketerzy stali się bezczelni i aroganccy, my też porzucamy dobre maniery, wylewając na nich swoje frustracje. Logicznym dla mnie jest, że na takich stanowiskach powinno obsadzać się osoby o wyjątkowej ogładzie i cierpliwości, a nie mlaskające babeczki z fochem na ustach. Bo robi swoją pracę źle.

Na jakie ciekawe wydarzenia zapraszali Was telemarketerzy? Może macie jakieś ciekawe wymiany zdań w pamięci? Poszukam wieczorem na starym blogu jakiś perełek, bo swego czasu bawiło mnie bawienie się tego typu rozmówcami :)


środa, 18 grudnia 2013

Tytuł posta poszedł na spacer..

.. a ja wyjęłam z lodówki wino. We flaszce po wódce.

Doświadczenia dzisiejszego dnia były jak takie combo najgorszych zachowań pacjentów - w wykonaniu jednej, drobnej, schorowanej pani. Doprowadziła mnie ona do takiego stanu, iż musiałam wyjść z gabinetu, ba, z budynku, odetchnąć kilka razy mroźnym powietrzem i dopiero po popuszczeniu kilku japierdolców wróciłam na korytarz, gdzie uspokoiła mnie koleżanka z gabinetu obok. Ciężkie działa, mówię Wam.

W naszej rozmowie koleżanka zwróciła uwagę na pewne ciekawe zjawisko - jeszcze nie mam dla niego nazwy, ale to kwestia czasu ;p Co turnus pojawiają się panie, przeważnie starsze, które za punkt honoru stawiają sobie ustalenie kto tu jest ważniejszy. Oczywiście ustawia się młodszą część personelu, bo wiadomo, do dorosłych nie wypada odnosić się tak bezczelnie. I tak, musimy wysłuchiwać pretensji właściwie o nic (albo o kwestie, które pacjentka powinna załatwić z lekarzem, np. rodzaj zabiegu i okolicę na którą ma on być wykonany..), często okraszonych niewybrednymi epitetami sugerującymi nową profesję (dziś zostałam ochrzczona dziewką wszeteczną, tylko w tej bardziej polskiej wersji, na literkę k.. :) i generalnie degradujących nas do poziomu niuni na posyłki lub do lizania stópek zacnych. Ja może i wyglądam na dziewczę spokojne i uległe, ale w kaszę (i profesję) nie daję sobie dmuchać i na tego typu wulgarne przytyki reaguję dość ostro (choć w przeciwieństwie do starszej pani, kulturalnie), więc panie odpuszczają, widząc, że mnie urobić się nie da. Na przestrzeni 3 tygodni można nawet zaobserwować jak zmienia się stosunek takich pań do młodszego personelu, który się nie dał - od agresji i wyzwisk do dzień dobry z uśmiechem na ustach i jak mija dzień, spokojnie? Hipokryzja lvl 100.

Nie umiem się nie przejmować takimi sytuacjami. Powoli oduczam się przeżywania każdej tego typu sytuacji, ale o dziwo tli się we mnie jeszcze dość dużo empatii? szacunku? chęci pomocy wobec moich pacjentów, co nie ułatwia zdystansowania się do wyzwisk. To boli i aż dziw bierze, że dorośli, teoretycznie wychowani (tyle się mówi, że starsze pokolenie to ostatnie, które pamięta o dobrych manierach... tja..) i inteligentni ludzie potrafią krzywdzić drugiego człowieka w imię.. hm? Chęci bycia szanowanym?


sobota, 7 grudnia 2013

Dlaczego nie ubrałam choinki 1 grudnia?

Chwalipięctwo ubraną z początkiem grudnia choinką mnoży się w blogosferze lepiej, niż muszki owocówki na dogorywającym jabłku. Kiedyś strach było otworzyć lodówkę, bo wypadała z niej Chodakowska w podporze z nieprawidłowym ustawieniem kręgosłupa. Bogu dzięki, zachłysnęło się dziewczę popularnością i wkrótce padnie z niedotlenienia, więc moja chłodziarko-zamrażarka znów staje się bezpieczną oazą nocnego wyjadania kabanosa ;p

Tymczasem strach otwierać bloglovin.. Wow, ubrałam choinkę! I ja też! I ja! JA!!! Moja już świeci od 1 grudnia. Przez pierwszych kilka dni śledziłam motywy takich osób - bo komentarzy o to, czemu tak wcześnie drzewo przystrojone padało od groma. I tak:
- bo nie mogłam się doczekać,
- bo chcę się nacieszyć,
- w tym roku święta mają dla mnie szczególne znaczenie,
- chcę poczuć klimat świąt już teraz.

Potem już nie czytałam. Po co się dołować, ludzie i tak nie przestaną mnie zaskakiwać swoimi dziwnymi pomysłami. Jeśli komuś przyświeca idea, by we wszystkim być pierwszym, to 1 stycznia zacznie piec mazurki na Wielkanoc, bo nie można tego zrobić przed świętami, tylko przed wszystkimi innymi.. 

W tym miejscu skieruję Was do posta Pauli o świątecznym malkontenctwie, w którym autorka rozważa nad krytykowaniem bombek i pomysłów na prezenty świąteczne pojawiających się w galeriach tuż po usunięciu palet ze zniczami z 1 listopada (a często i wcześniej, gdy znikają piórniki i bloki techniczne) - po co się unosić, skoro można skorzystać - zamówić wcześniej prezenty i mieć z głowy. Z resztą, świata swoim jęczeniem nie zmienimy. Trudno się nie zgodzić z tym tokiem myślenia. Warto jednak pamiętać, że to my, konsumenci, powodujemy, że komuś opłaca się sprzedawać uszka do wigilijnego barszczu już w listopadzie (swoją drogą, smacznego..). Nakręcając się na ubieraną z początkiem grudnia choinkę spowodujemy, że będą one w sprzedaży już w październiku, za rok we wrześniu, a gdy moje wnuki pójdą do szkoły, ubierać ją będziemy już w lipcu - lub nie rozbierać wcale, w końcu przestanie nam się to opłacać :)

Jestem świadoma (boleśnie, ale taka prawda i cóż, ludzie już raczej lepsi się nie staną ;p), że Boże Narodzenie to komercja. Założę się, że pół blogosfery, szczególnie eksperci od organizacji czasu, grafik czynności przedświątecznych mają rozpisany co do minuty. Tu ozdoby, jakieś DIY walnijmy, niech będzie ruch na stronie, prezenty, poradniki (niech ktoś zrobi poradnik, co kupić ojcu na prezent - ozłocę!), potrawy wigilijne, obiady świąteczne, budowanie klimatu itp. I założę się, że w żadnym z tych planów nie ma miejsca na duchowe przygotowanie się do narodzin Chrystusa. Ale przecież to święto komercyjne, więc obchodzi je każdy - kalendarze adwentowe wpierniczają osoby, które ostatni raz przyklękły do modlitwy w okolicach bierzmowania lub ślubu znajomych. 

Dla mnie obchodzenie świąt jest po prostu tradycją - niezależnie od uduchowienia członków wieczerzy, 24 grudnia spotykamy się całą rodziną, by zjeść przygotowane na ten wyjątkowy wieczór potrawy i nie potrzeba nam do tego ubranej w moje imieniny choinki, ani góry prezentów pod nią. 

Dlaczego nie ubrałam choinki 1 grudnia?
- bo nie mam na to teraz czasu, którego mam natomiast więcej na dzień przed lub w Wigilię,
- bo nie mam jej gdzie postawić, by móc do czasu świąt w miarę normalnie funkcjonować,
- nie spieszy mi się szczególnie, bo potem drzewko będzie stało do wizyty duszpasterskiej, a ta w naszej parafii bywa nieco odwleczona w czasie ;p
- jeśli chcę poczuć klimat świąt wcześniej, to puszczam sobie rmf święta, zapalam cynamonową świeczkę lub robię grzańca, ale nie gwałcę tradycji w imię swoich zachcianek.

Żyjcie sobie, drodzy blogerzy, jak chcecie, ale innym (na Boga!) też dajcie żyć i nie wciskajcie na siłę swoich drzewek. I wesołych przedwczesnych świąt :>

piątek, 29 listopada 2013

FAP - Filozofia i Atrakcje Pracy: Śmiejo się ze mnie!

Podśmiechują ze mnie, bo jeszcze się tym przejmuje. Po prostu na kilometr widać, żem świeżynka..

Wyobraź sobie taką sytuację:
Jesteś blogerem. Piszesz głębokie posty o odżywkach do włosów, focisz najnowszą kolekcję essiaków w stu kadrach, odkrywasz po raz setny geniusz przepisu Nigelli na muffiny czekoladowe - jednym słowem, ciężko pracujesz. Twoje starania dostrzega Dove, czy inna Nivea i postanawia wysłać Cię na weekend do luksusowego hotelu - dajo jeść, dajo pić, spa też dajo. 

Jak dajo, to bierzesz, w końcu zapracowałeś na to.

W hotelu na dzień dobry lądujesz u koordynatora Twojego pobytu, rozmawiacie o tym co i którego dnia będziesz robić, jakie czasoumilacze na Ciebie czekają. Dla ułatwienia, bo ogrom dobroci jest przytłaczający, dostajesz swój rozkład jazdy na papierze. Ostatnie słodkie uśmiechy i rozpoczynasz weekend przyjemności.

Jednak już po godzinie stwierdzasz, że właściwie te wszystkie masaże bańką chińską i kijem bambusowym to z dupy pomysł. Prelekcja dermatologa o skórze Twojej i innych zaproszonych blogerek zapowiada się niczym kazanie w kościele parafialnym mym (w sensie, że usypia lepiej, niż chloroform). Obiad przygotowany w zgodzie z opracowaną dla Ciebie dietą też opuszczasz, zjesz coś w Maku, i tak idziesz pozwiedzać miasto, kiedy znów nadarzy się okazja zobaczyć trochę świata!?

Jeśli taka postawa nie wydaje Ci się nieco niegrzeczna, szczególnie wobec organizatora i sponsora Twojego pobytu oraz wszystkich tych masażystów z bambusami w gotowości (chyba niezbyt dobrze to brzmi ;p), to nie czytaj dalej :)

I teraz wyobraź sobie taką sytuację:
Nie jesteś blogerem, tylko przyszłym kuracjuszem, czekasz ok. 1,5 roku na przydział sanatorium, w którym pobyt opłaca NFZ (z Twoich składek, jasne, ale z moich też, a ja już 1,5 roku czekam na wizytę u ortopedy i wolałabym, by ci, którzy są przede mną w kolejce nie lecieli w fallusa!). Po przyjeździe skacze wokół Ciebie ok. 50 pracowników sanatorium w różnych konfiguracjach, dbając o to, byś dostał wszystko, co Ci się należy. Ty jednak wolisz chodzić sobie na spacery po parku, jeździć codziennie do centrum miasta, wpychać się na zabiegi na nie swoje godziny i jeszcze mieć pretensje do personelu, że się na to nie zgadza. 

A śmiejo się ze mnie, bo się tym jeszcze przejmuję. Tak, wkurza mnie to niebywale, bo staram się, by każdy mój pacjent został należycie obsłużony (to też średnio brzmi ;p) i o czasie, wszak szanuje go oraz innych pracowników, którzy na niego czekają w kolejnych gabinetach. I zamiast relaksu i wyciszenia, pacjentom serwowana jest nerwówka i wysłuchiwanie toczących się na korytarzu kłótni o to, czemu wanna jest wolna, a ja nie chcę wziąć wcześniej na zabieg :/

Wiem, świata tym postem nie zmienię, ale przynajmniej sobie ulżę ;p

wtorek, 22 października 2013

Warszawa

Na wstępie przepraszam za głuchą ciszę na blogasku - o weekendzie zaraz Wam opowiem, natomiast wczorajszy i dzisiejszy dzień sponsoruje telefon od Pani Kierownik z placówki, która od przyszłego miesiąca będzie moim drugim domem. Chyba jeszcze to do mnie nie dociera :)

~~.~~

Tymczasem, wspomnienia z weekendowego wypadu do Warszawy przybierają w mojej głowie coraz to nowe kształty, więc czas najwyższy je spisać. Nie ukrywam, że mój stosunek do Stolicy, a właściwie jej mieszkańców jest dość chłodny, momentami wręcz lodowaty. Jedyne dwie osoby, które tam znam, a nie wywołują u mnie reakcji alergicznej, to właśnie znajomi Mężczyzny, którzy wielokrotnie już zapraszali nas do siebie (a ja zawsze znalazłam sto wymówek!) - tym razem z braku argumentu na zostanie w Krakowie oraz faktu, że obiecałam - pojechaliśmy.


1. Pociąg
Jestem stereotypowym krakowskim [czyt. krakoskim] centusiem, więc wizja dołożenia 15zł, by przetransportować swój tyłek w TLK spotkała się z dużym oporem, szczególnie, że za taką kwotę dokonałam zakupów w Bath & Body Works i byłoby mi bardzo przykro, gdybym nie mogła tego zrobić. Pojechaliśmy więc IR siedząc w przedziale prawie sami (obok chrapał jakiś koleś), Mężczyzna dostąpił nawet zaszczytu ujrzenia srajtaśmy, mydła i ręczników w pociągowym kiblu! Normalnie jak nie w PKP!
Co prawda w drodze powrotnej mieliśmy już standard w wykonaniu tego przewoźnika - 4 wagony, a sprzedanych biletów i ich właścicieli z tobołami tylko 4-5 razy więcej.. Ale przyoszczędziłam kolejne 15zł, które poszło na 1,5 piwa w knajpie..

2. Złote Tarasy
Czyli szybki shopping w B&BW - na więcej nie miałam siły, bo torba ciążyła mi niemiłosiernie, w brzuszku burczało, no i te tłumy.. masakra. Przyjezdni, galerianie, lanserzy i gimbusy. Wszystko to tłoczy się pod jednym (zacnym, nie powiem) dachem. Zakupiwszy strawę w KFC (Chodakowska właśnie jęknęła w mojej lodówce), zbliżyliśmy się do stolika, który opuszczała młodzież gimnazjalna. Wiecie, spodnie z miejscem na pieluchę (nietrzymanie moczu.. przykra sprawa w tak młodym wieku..), szmata udająca podkoszulek (już wiem, gdzie trafiają te ciuchy z kontenerów na moim osiedlu ;p), czapka z naklejką lub krasnalka z naszywką i te nieskalane myśleniem twarzyczki. Banda taka po skończonym posiłku wstała od stolika i po prostu odeszła. Po chwili wrócił się jeden, sądziłam, że zabierze po sobie tackę i śmieci, ale gdzie tam! Schylił się po drugą szmatę, udającą sweter zapewne i tyle go widzieli.

3. Komunikacja miejska
Byłam pod wrażeniem! Bilet na 3 dni kupiliśmy na dworcu, choć automaty dostrzegałam potem właściwie na każdym kroku oraz w tramwajach - kosztował on (ulgowy) 15zł, obejmował całą strefę 1 (czyli miasto, bez aglomeracji) i był na sztywnym kartoniku. Dla porównania, analogiczny bilet w Krakowie (bez metra, bo nie mamy.. a nawet jakbyśmy mieli, to byłyby na nie osobne bilety, na 100%) kosztuje 18zł.

Wsiedliśmy do metra (wtedy dotarło do mnie, że w Warszawie jest tylko jedna linia metra! Byłam przekonana, że jest więcej) i nie zdążyłam nawet pierdnąć, jak na stację zajechał nasz pociąg i pofrunęliśmy na Bielany.

Drugi plusik dla komunikacji, a właściwie to dla pasażerów. Tutaj jednak mogę być mocno nieobiektywna, bo poruszałam się po mieście poza godzinami szczytu (w rozumieniu krakowskich godzin szczytu). W Pesach nie ma dużo miejsc siedzących, ale nie ma tam zjawiska babonów z siatami. Bacznie przyglądałam się każdej starszej osobie, która wsiadała do tramwaju lub metra i ŻADNA z nich nie: 1) pociągała nikogo z bara, 2) sapała, stękała, wyklinała, 3) wyzywała od niekulturalnej młodzieży. Nie. Jeśli chciała usiąść, rozglądnęła się w prawo/lewo i siadała na wolnym miejscu (czasem musiała podejść dwa metry, co w Krk urasta do rangi mission imbossibru w wykonaniu starszyzny), jeśli ktoś miał ochotę ustąpić (bo nie było wolnych miejsc), to ustępował. Żadnej agresji i siatobicia.

4. Trzymanie się prawej strony na ruchomych schodach
Ten problem Warszawiaków uwiera mnie odkąd się o nim dowiedziałam. Chodzi o to, by stojąc na ruchomych schodach ustawić się gęsiego po prawej tak, by lewa strona była wolna dla.. no właśnie, dla kogo? Tych, co chodzą/biegają po ruchomych schodach? A od czego, kuźwa, macie zwykłe schody!? Ile czasu oszczędzicie warcząc i spychając tych z lewej na prawą, by zbiec dwa stopnie? 5 sekund? 10? Ilekroć spotykam w Krk takie aparaty, mam ochotę sprzedać kopa w zad, poleci cwaniak jeszcze szybciej.

5. Serwis doliczony do rachunku
Drugiego dnia wylądowaliśmy w Pink Flamingo na burgerach. Dużą grupą, chyba 13 osób. Mieliśmy rezerwacje, więc do rachunku doliczono nam serwis. 10% do KAŻDEJ zamówionej pozycji. W życiu tyle nie zapłaciłam za kawałek bułki, mięsa i frytki. Ma-sa-kra. Centuś z Krk pyta, co to jest ten serwis? Za co tak naprawdę zapłaciliśmy? Za to, że byliśmy dużą grupą? Że sprzedali więcej burgerów i zarobili więcej kasy, niż gdybyśmy nie przyszli? Że nasze zamówienie przynoszono nam na raty tak, że część stołu już kończyła (burgera!!! nie marchewkę, to się dłuuugo je), a część wciąż zwijała się z głodu? A może za to, że kelnerka proszona o dzban piwa i 4 szklanki przyniosła tylko 3 i odwróciła na pięcie nie słysząc już naszych próśb o czwartą? Miałam wrażenie, że w McDonald's obsługują mnie lepiej, gdy zamawiam cizika.. a za serwis nie płacę.

6. Cuda Na Kiju
Dla przeciwwagi. Ceny oczywiście z kosmosu, ale cóż. Bardzo podoba mi się ta knajpa, chciałabym mieć coś podobnego pod nosem. Mają duży wybór piw, polecam gorąco Viva La Wita - zakochałam się w nim równie mocno, co w karmelowym piwie we wrocławskim Spiżu <3


7. Zieleń
Ej, tam wszędzie jest zielono. Na osiedlach - tu jakiś park, tam drzewko i krzaczek - bardzo rekompensują warszawską mdłość architektoniczną.

8. Muzeum Powstania Warszawskiego
Powiedzmy, że liznęłam zawartość - zwiedzanie naprawdę trzeba sobie podzielić na kilka dni, my przebiegliśmy je w 2 godziny i czuję taki niedosyt, jak chyba jeszcze nigdy po wizycie w muzeum. Podoba mi się, że tylko część eksponatów jest za szybą, reszty można dotykać, a jak jest interakcja, to jest ciekawie. Jedyne, co idzie do poprawki, to zdjęcia na tarasie widokowym, na których zaznaczone są budynki, które przetrwały Powstanie - jaka szkoda, że większość z nich jest zasłonięta przez wyrastające wkoło biurowce..

Żałuję jednej rzeczy - nie wzięłam ze sobą butów i fatałaszków do biegania. Wydawało mi się, że nie będę miała okazji pobiegać, a szkoda targać ciężary przez pół Polski, by powdychały warszawskiego powietrza. Okazało się jednak, że po znojach codziennych imprez do rana, tylko ja budziłam się z kogutami i czekałam 3-4 godziny, aż reszta wstanie. Jestem frajerką i tyle. 


Czy Warszawa da się lubić? Nie czuję się przekonana, może mam mniej uwag do samego miasta, natomiast w mieście, co oczywiste, zamieszkują ludzie. A tu różnie bywa :)

wtorek, 15 października 2013

And the winner is..

Dorota Wellman!

Czytam ja sobie od rana Arytmię uczuć, którą kiedyś zaczęłam, a którą za sensowną i wartościową lekturę uznając, rzuciłam w kąt, by dokończyć, gdy okoliczności umysłowe bardziej sprzyjające będą. Są teraz. To czytam. Na 124 stronie mojego wydania tej zajmującej rozmowy między wspomnianą Dorotą Wellman a Januszem Leonem Wiśniewskim, pojawia się zdanie, które przyprawiło mnie o zacną tachykardię!


Ale o co chodzi?
Janusz L. Wiśniewski produkuje się na temat samotności. Nazywa ją chronicznym przeziębieniem duszy, zwraca też uwagę na objawy somatyczne, z którymi często ludzi samotni zgłaszają się do lekarza, a który powinien spojrzeć na swego pacjenta holistycznie - przez pryzmat jego duszy także. Pada z jego ust komentarz (i ciąg dalszy wątku, który pozwolę sobie zacytować):

Janusz: (...) Większość polskich lekarzy ma niestety zupełnie inne podejście do swoich pacjentów, którzy ich tak naprawdę nie interesują. Przyczyną jest brak czasu na empatię i nie dziwi ich stosunek, kiedy się popatrzy na to, co robią, jak zarabiają i intensywnie muszą pracować. Oni mają przerobić określoną liczbę pacjentów w jak najkrótszym czasie.

I teraz odpowiedź p. Wellman, która jak dla mnie wygrała w plebiscycie Nie znam się, to się wypowiem - po statuetkę można się zgłaszać do mnie codziennie między 10.00 a 22.00. Zapraszam.

Dorota: To nie powinni być lekarzami.

Janusz: Moim zdaniem twoja ocena jest w tym przypadku zbyt surowa. Niestety, taka jest rzeczywistość. Nie wiem, ale chyba nie robiono badań socjologicznych, ilu ludzi zostaje lekarzami z powołania.

Dorota: Tak samo jak księżmi - niewielu.

Janusz: I ci ludzie muszą po prostu zadbać o swoją egzystencję. Ci, którzy mają więcej pieniędzy, pracują w kilku miejscach - w przychodni, szpitalu, pogotowiu. Podejrzewam, że nie ma się wtedy czasu na okazywanie empatii, nawet jeśli ma się ją w sobie.

P. Wellman kolejnym pytaniem zmienia temat rozmowy, więc nie dowiemy się już więcej nic o jej światłych przemyśleniach. Odbijając piłeczkę skomentuję ten fragment dwoma zdaniami:
1. Jeśli nie ma się w sobie na tyle pokory, by powstrzymać się od oceniania sytuacji, o której nie ma się bladego pojęcia - to nie powinno się być dziennikarzem. 
2. Pan Wiśniewski po raz kolejny przekonał mnie, że jest inteligentnym człowiekiem.

O książce będzie więcej przy okazji październikowych rozrywek (bo liczę, że ją skończę - po tym fragmencie mam delikatny niesmak, z drugiej zaś strony jest to wciągająca lektura). Tymczasem wracam do szukania pracy dla pozbawionych empatii i powołania medyków <3 Może w TVNie coś dla mnie mają ;p

czwartek, 26 września 2013

Nasze życie byłoby o wiele przyjemniejsze, gdyby..

... ludzie wywiązywali się ze swoich obietnic, wypełniali obowiązki, które na siebie przyjęli. I ogarnęli się nieco.

Kilka ciężkostrawnych sytuacji z ostatnich tygodni:

1. Rekrutacja Mężczyzny. Postanowił on podnieść swoje kwalifikacje i na uczelnię-matkę wybrał się, coby studia nań kontynuować. Spotkał się z oporem, którego zasadności do dziś zrozumieć nie mogę - otóż w uchwale jakieś tam stoi, że wynik egzaminu, który Mężczyzna zdawał był pół roku temu, potwierdzający jego wiedzę i umiejętności, traktowany jest jako podstawa do zwolnienia z egzaminu wstępnego. Tak rzecze uchwała. Co robi komisja rekrutacyjna? Ma ten zapis w dupie. O ile życie byłoby prostsze, gdyby szanowny skład owej komisji potrafił czytać ze zrozumieniem wypociny swoich zwierzchników?

2. Moje przeboje z promotorem. To właściwie jest temat na osobną książkę. Trylogię bym popełniła, powiadam Wam! Trwające miesiącami poważne awarie komputerów, internetu, pomyślunku to już klasyki w tłumaczeniu tego, co się miało zrobić, a się nie zrobiło. O ile życie me byłoby prostsze (a mgr obroniony wcześniej..), gdyby człowiek, który przyjął na siebie brzemię bycia promotorem oraz hajs za to dostaje, wywiązywał się chociaż z 20% swoich obowiązków?

3. Wyniki konkursu z koralikową bransoletą i czekanie na ruch zwycięzcy. Wydawało mi się, że dość jasno zaznaczyłam, że osoba, która wygra ma do mnie napisać maila z adresem do wysyłki.. Nie ja do niej. Od ogłoszenia wyników cisza, więc jeszcze jaśniej obwieszczam, że jeśli do niedzieli mixoflife adresu nie prześle, bransa leci do innej osoby. Amen.

4. Aferka pod bochenkiem chleba. Anna napisała post. Post skomentowała anonimowa Kasia, wytykając, że taki a taki facet to miód, a inny to zło, czym rozjuszyła tabuny rozhisteryzowanych i agresywnych łań (w tym mnie), które swoich facetów pijących piwo bronić postanowiły. Wyszedł z tego cyrk godny Jerry Springer Show! W kolejnym poście Anna wylała pomyje na swoich komentatorów, bo wszak jak można wyśmiewać faceta, który jest lokajem dla swojej kobiety? Jak można bronić swojego w sposób tak szyderczy i raniący uczucia biednej anonimowej Kasi (nie ważne, że to ona jako pierwsza zaczęła bluzgać na innych, narzucając jedyny słuszny model związku między dwojgiem ludzi..). O ile życie (i internety) byłoby spokojniejsze, gdyby autorzy blogasków raczyli ogarnąć, że owszem, mają prawo pisać swoje opinie, oparte na swoim mega trudnym doświadczeniu, które z urzędu stawia ich ponad wszystkich wkoło i czyni ekspertami w dziedzinie związków, ALE czytelnicy, komentujący prawo do posiadania i wyrażania swojej opinii także mają, a czy są one agresywne? Tak, często są, jak same opinie autora posta. Jeśli napiszę teraz, że każdy, kto zaczyna zdanie od więc jest analfabetą, to nie będę się unosić, że któreś z Was napisze w komentarzu, że moja ignorancja wobec interpunkcji zniża mnie do poziomu ameby. Obie te opinie są krzywdzące i niesprawiedliwe, jednak znakomita większość blogerów uważa, że ma prawo nazwać kogoś analfabetą, podczas gdy ameba to szczyt hejterstwa. Jeszcze pierdyknijmy sobie regulamin strony i kampanię przeciwko agresji w internecie :)

Piąty punkt był, ale sprawa rozwiązała się kilka dni temu, więc już nie będę rozdmuchiwać. Tak tylko wspomnę, że czasem warto odpisać na maila nawet słowami - przepraszam, jestem zajęta/chora/nieogarnięta, odpiszę do końca tygodnia. I już COŚ wiem.


niedziela, 15 września 2013

To jeansy, czy garniak?

Post na spontanie ;p

Wchodzę po śniadaniu na fejsbunia, a tu Chodakowska-Kavoukis rzuciła ślubne fotki na pożarcie swoim fanom. No, to do konsumpcji! Już kilka dni temu, gdy Pudel donosił o ślubie cywilnym pary (co ciekawe, tym razem napisali prawdę!), widziałam na załączonych fotkach, że Pan Młody wystąpił w jeansach. I czymś trampkopodobnym. Na dzisiejszych zdjęciach widać, że trampki to to nie są, jednak do ślubnych cichobiegów baaaardzo im daleko!

Pod zdjęciami rozgorzała dyskusja - ktoś napisał: piękna sukienka... ale mąż jeansy:(, co momentalnie spotkało się odezwą obytych w świecie przedstawicieli trendu zagranico. Cytuję:  

No to co, że jeansy? Mój szwagier, który jest Włochem, też miał jeansy ubrane do ślubu (a góra była elegancka). Oni po prostu (Włosi, i Grecy też zapewne - jak widać) nie mają takiej "szajby" na punkcie eleganckiego ubioru jak my, Polacy - traktują takie wydarzenia jak ślub itp. bardziej na luzie. Ważne jest to, co w sercu, a nie to co mamy na sobie. I przyznam że mi się to akurat podoba Bez sztucznego zadęcia.

oraz
 
to jest Polska właśnie głupie przekonanie, że na ślub trzeba iść w garniaku, a panna młoda koniecznie tapir i mega lakier na włosach Ich dzień, mogli iść nawet w workach po kartoflach. Pięęęęknie 

Proszę, ignorujcie poziom merytoryczny tych wypowiedzi, skupmy się na przekazie. Kogoś ruszyły (nie wiem, czy zniesmaczyły, jak mnie, czy po prostu zwrócił na nie uwagę) jeansy w ślubnym stroju i o tym napisał, o dziwo, bez obrażania, czego o odpowiedzi na jego wątpliwości powiedzieć nie można. Dla mnie taki strój jest nie do przyjęcia, nawet na kameralnym ślubie cywilnym Południowca, gdybym była gościem takiego wydarzenia, zapewne ubrana elegancko, czułabym się zawiedziona postawą Pana Młodego. Mnie było stać na odrobinę elegancji, a on nawet koszuli nie dopiął? W tym stroju to można iść na obiad do teściów, nie na swój ślub.

Z drugiej strony, ich sprawa, jasne. Mogli iść w dresie, byłoby przynajmniej humorystycznie. W sumie przeszłabym nad tymi jeansami do porządku dziennego, ale tekst to jest Polska właśnie głupie przekonanie, że na ślub trzeba iść w garniaku, a panna młoda koniecznie tapir i mega lakier na włosach normalnie zagotował mi krew! Aż wlazłam na profil autorki tego tekstu i co? Cover photo to zdjęcie ślubne, gdzie, uwaga, uwaga, Panna Młoda w białej sukni, a Pan Młody w garniaku..  Nosz, wyczuwam hipokryzję :>

Jakie jest Wasze zdanie - na ślub elegancko, czy luz blues? Garnitur, czy jeansy z trampkami? 
Jesteście z tego pokolenia, które na egzaminy w szkole/na studiach zapiernicza w codziennym ubraniu, czy jeszcze czujecie powagę wydarzenia i wdziewacie coś ekstra?
I na koniec - pozwalacie sobie na wyśmiewanie i obrażanie osób, które razi takie lekkie podejście do tematu ubioru?

Takie tam niedzielne refleksje. I zdjęcie Puzzli na koniec :)

źródło: fanpage Ewa Chodakowska