wtorek, 13 stycznia 2015

Gdzie na narty? Tatrzańska Łomnica!


Dwa lata temu dzieliłam się z Wami swoim zdaniem odnośnie zjeżdżonych stoków narciarskich (część 1, część 2, część 3). Były to ośle łąki, bardziej zaawansowane trasy, mekki warszaffki na feriach oraz opuszczone samotnie dla takich aspołecznych typów jak ja ;p Dziś kilka zdań o miejscu, w którym mój but narciarski stanął po raz pierwszy - tak, wszystkich to dziwi ;p - Tatrzańska Łomnica.

Od nieśmiertelnej Kotelnicy Białczańskiej to tylko dodatkowe 30 min drogi. W sumie jadąc z Krakowa nie robi mi już większej różnicy, czy stracę ten czas w samochodzie, czy w kolejce do krzesła na Kotelnicy. Natomiast widoki i trasy definitywnie ową różnicę robią ;p Jedyne o czym trzeba pamiętać, to bezwzględna trzeźwość kierowcy (nie ma, że grzaniec na stoku), dobre opony, napęd na cztery koła lub łańcuchy na wyposażeniu. Na parkingu pod stokiem nie było problemu z miejscem, nawet gdy pojawialiśmy się tam dopiero koło godziny 10 (wysadzaliśmy część wycieczki w Popradzie do aquaparku). Parking jest oczywiście darmowy.


Ból dupy cebulaka i krakowskiego centusia odzywa się dopiero przy kasach, gdzie trzeba (szczególnie w szczycie wysokiego sezonu... na szczęście od wczoraj jest już po tym szczytowaniu) wyskoczyć z ponad 30 euro.. Zakupiony skipass oczywiście uprawnia nas do śmigania także w Starym Smokowcu i Szczyrbskim Jeziorze, no, ale te 36 euro bolało.. Na szczęście w cenie otrzymujemy kilka tras o różnym stopniu zaawansowania, ileś tam krzeseł i dwie gondole. 

http://www.vt.sk/pl/

Ze względu na iście lipną zimę w tym roku, nie dane nam było poszaleć na trasie nr 7. Wujek opowiadał mi, że jest to dość stroma trasa (co za eufemizm ;p), bardzo podobna do kotła w Gąsienicowej (Kasprowy Wierch) - Mężczyzna potwierdził, że dzieje się tam mocno, tym bardziej żałuję, że nie było mi dane tam wjechać. I zjechać.

Bujaliśmy się głównie na czerwonych trasach pod gondolką. Jak na początek sezonu, brak przygotowania i niedomagające kolano - idealne trasy. Można się srogo zmęczyć, jednocześnie nie obawiając się, że ktoś wzorem patafiana, który kiedyś zmiótł mnie z nart na Kasprowym, straci kontrolę nad sprzętem i poleci w dół. Zabijając nas. Bardzo podoba mi się możliwość mieszania tras - raz jadę gondolką nad Skalnate Pleso i zjeżdżam aż do dolnej stacji niebieskiego krzesła (z pożarem w udach ;p), by po wjechaniu krzesłem tym stoczyć się, lajtową już trasą, pod stację pierwszej gondoli. 


Jedyne, czego definitywnie nie polecam, to korzystania z pomarańczowego krzesła - nie dość, że dojazd do niego jest trudny dla snowboardzistów, to jeszcze każdy łazi sobie tam jak chce, więc o wypadek nie trudno. Potem stanie w mega tłumie, bo wszystkie bachory tam jeżdżą. No, chyba że się za lekko ubraliśmy, mróz dupkę ścina, to podgrzewane siedziska troszku poratują ;D

W kwestii żywieniowej jest tam podobnie jak z karnetami - drogo. Herbata 1,9 euro, frytki 2,7 euro, pizza (dla 1 os) 7,6 euro. Toaleta za darmo, jak to zwykle na Słowacji - papier, mydło i ciepła woda w standardzie.

PLUSY:
- zróżnicowane trasy
- system GOPASS (którym muszę się bardziej zainteresować, jeśli chcę jeździć na Słowację!)
- panie w kasach multijęzyczne - dogadacie się nawet mieszając polski z hiszpańskim ;p
- prócz pomarańczowego krzesła, umiarkowane lub żadne kolejki

MINUSY:
- drogie karnety (co ciekawe, kupno karnetu na 3 dni z góry wcale nie jest opłacalne, lepiej brać codziennie nowy)
- drogie jedzenie/picie
- brak oświetlenia stoków
- taki malutki, bo wynikający z warunków atmosferycznych - silny wiatr nawiewał kamienie z nieośnieżonych partii gór, byłoby miło, gdyby obsługa zareagowała i kamienie owe usuwała. 

DLA KOGO?
Hmm, w sumie... Niebieskie trasy, szczególnie u dołu, świetnie nadają się do nauki. Jak ktoś tylko się zwozi, neptykuje od bandy do bandy - ma duuużo miejsca. Dla amatorów stromizny są trudniejsze trasy, jak pogoda da, mocno oblodzone. Jeżdżąc kilka razy z samej góry na dół można się porządnie zmęczyć. Dla każdego coś miłego!

N.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz