poniedziałek, 22 kwietnia 2013

"Istnieją trzy możliwe odpowiedzi na moje pytanie: Rozumiem. Nie rozumiem. Nie chcę zaliczenia."

Dziś ciąg dalszy ulewania jadu - osoby znudzone lub niezainteresowane zapraszam jutro, pojutrze, wysmaruję jakąś lekką notkę o niczym i będziemy mogli sobie słać wiosenne uśmiechy :p

Mam kryzys.

Tak ciężkiego załamania spowodowanego studiami nie miałam od wakacji 2011, kiedy to nie było praktyk i nie wiedziałam co mam ze sobą zrobić. Tym razem doskwiera mi fakt, że marnuję swój czas. Chociaż, jeśli mam trzymać się faktów, to moi szanowni mentorzy i drogowskazy na ścieżce kariery zawodowej radzą sobie z marnowaniem mojego czasu lepiej niż ja. O moich ulubionych przedmiotach i najulubieńszych prowadzących będzie dzisiejszy bluzg.

W kwestii wyjaśnienia, nie studiuję marketingu, ekonomii, zdrowia publicznego ani prawa. Poniżej znajduje się opis wszystkich moich przedmiotów w tym semestrze, z wyłączeniem 28 dni praktyk, dzięki którym miałam szansę obcować z podmiotem mojej przyszłej pracy - pacjentami.

ABSOLWENT NA RYNKU PRACY
Zapowiadało się nieźle. Trzy pięciogodzinne spotkania, na których omówimy pisanie CV i listu motywacyjnego, przygotujemy się do rozmowy kwalifikacyjnej i, generalnie, zgłębimy rynek pracy, coby poczuć się nań jak ryba w wodzie, jeszcze nim napuszczą nam cieczy do szklanej kuli. Czy dowiedziałam się czegoś nowego? Hmm. Dużo było ogólników, gdybania, co jestem w stanie zrozumieć - nie ma jednego, uniwersalnego klucza do serca pracodawcy. Były filmiki instruktażowe, tak bardzo nam zbędne, że aż odważyłam się spytać Prowadzącej, dlaczego nam to pokazuje, skoro placówki służby zdrowia to nie korporacje, a ja nie będę pracować w kostiumie, tylko w mundurku/dresie. Podobnie, rozmowa kwalifikacyjna na stanowisko fizjoterapeuty wiąże się z prezentacją swoich umiejętności praktycznych, co w ołówkowej spódnicy w kolanko i żakiecie mogłoby dość komicznie wyglądać.. a już na pewno średnio profesjonalnie :) Odpowiedzi nie przytoczę, po jak mnie opadła żuchwa, to Wam opadnie szczęka ;p
Zamysł był dobry, ale moje oczekiwania nie zostały spełnione - nie dowiedziałam się niczego, czego bym nie wiedziała wcześniej, a rynek pracy jest mi równie obcy, co pod koniec lutego.

EKONOMIA I SYSTEMY OCHRONY ZDROWIA
Na razie duża niewiadoma - moja grupa nie zaczęła jeszcze zajęć, natomiast miałam przyjemność uczestniczyć w dwóch wykładach, z czego pierwszy był nie wiem o czym, a drugi o.. w sumie też nie wiem :)

ADAPTIVE SPORTS
To dość ciekawa sprawa. Ponoć ramy programowe studiów magisterskich obejmują przedmiot prowadzony w języku obcym i padło na sport osób niepełnosprawnych (nieważne, że miałam już ten przedmiot na licencjacie.. ale w sumie czego nie miałam?). Ponieważ składając papiery na drugi stopień deklarowaliśmy znajomość angielskiego na poziomie co najmniej B1, to teraz się produkujemy w tym języku :) Czy muszę wspominać, że duża część osób, szczególnie z innych uczelni inglisz ne szprechen? Także jest wesoło. Zaliczenie oczywiście ustne. Oczywiście..

DEMOGRAFIA I EPIDEMIOLOGIA
Pan dohtór dobrze zaczął znajomość - nie przyszedł na zajęcia. Ponoć był wtedy za granicą i ponoć o tym informował, ale niestety nie nas. Na drugie zajęcia już przybył, co prawda z godzinnym spóźnieniem, ale o co ja się właściwie unoszę? Przecież jestem tylko studentem, gorszym gatunkiem, mnie i mojego czasu nie trzeba szanować. Z resztą, cieszę się, że przyszedł, nie przedstawił, coś tam zaczął liczyć, choć sam chyba nie wiedział co i zapowiedział, że na następnych zajęciach jest zaliczenie. Jak na kogoś, kogo CV ma 11 stron [sic!] to się średnio popisał. Na plus - ładny zegarek.

ZDROWIE PUBLICZNE
Pierwszy wykład - Prowadząca nie raczyła się zjawić. Czekamy prawie godzinę, dzwonimy - nie odbiera. Dowiadujemy się, że sobie zapomniała, że ma z nami wykład i umawiamy się na kolejny termin. Pamiętajmy - student = brak szacunku. Więc właściwie nie powinnam się dziwić, że na drugi termin Prowadząca też nie przyszła, już nawet się nie tłumacząc. Ponoć w tym tygodniu chce się spotkać jeszcze raz.. już, kurwa, lecę. A nie, jednak lecę, przecież wykład jest obowiązkowy!
Kolejne dwa wykłady prowadziła inna Pani - le prawnik, le spec w dziedzinie zdrowia publicznego, le ekspert organizacji czasu. Tradycyjnie - pół godziny spóźnienia, bo tak, musi wyjść o 17, bo opiekunka do dziecka opłacona jedynie do 18 (co mnie to obchodzi? moja opiekunka opłacona jest do 20!). Nie umie sobie podłączyć laptopa do rzutnika, ma tak wielu przyjaciół-fizjoterapeutów, że stała się wyrocznią w kwestii zatrudnienia (wolno mi pracować jedynie w przychodni i szpitalu.. mhm..), a na dodatek poucza nas, że tak naprawdę to nie wiemy co to brak czasu! Ona ma pracę (gratuluję), męża (gratuluję), 1,5-rocznie dziecię (gratuluję, ale co mnie to obchodzi?), sypia po 4-5h/dobę (nie gratuluję, to jest niezdrowe) i jeszcze ma czas na przeglądanie przed snem wiadomości na onecie! Stąd ona wie, że planowana reforma zdrowia ma zlikwidować nfz i ponownie wprowadzić kasy chorych, a my nie wiemy (lubię, jak ktoś wie o mnie więcej, niż ja, to miłe).
Wydaje mi się, że trzeba znać swoje możliwości - czasem lepiej chwycić mniej srok i to, co ma się zrobić, robić dobrze, niż pracować 19-20h/dobę i robić to tak, jak Pani Prowadząca.. czyli do d..
A, co na zaliczenie? Prezentacja i kolosy na każdych zajęciach.

MARKETING I ZARZĄDZANIE <3
Iskra zapalna mojego kryzysu. Słowa pełniące rolę tytułu tego wpisu są autorstwa Prowadzącego (chyba powinnam podać nazwisko, bo tak, to plagiat! Ocena niedostateczna! @slajd 24) i doskonale obrazują to, jak nas traktuje - jak idiotów. Nie jestem mistrzem marketingu, nie umiem zarządzać, ale po to ktoś wcisnął nam ten przedmiot, bym miała okazję się tego nauczyć. Tymczasem na dzień dobry dowiedziałam się, że Prowadzący rozumie, że ostatni semestr to trochę niefortunny czas na ten przedmiot, że wolelibyśmy się skupić na obronie magisterki, znaleźć pracę, więc postara się, abyśmy przebrnęli przez to w miarę bezboleśnie. Nie wiem, co Wy rozumiecie jako bezbolesne przebrniecie, ale wg Prowadzącego jest to napisanie planu marketingowego. Objętościowo wynoszącego tyle, co średniej jakości praca magisterska. Pikuś, nie?
Od miesiąca spędzam każde piątkowe popołudnie, sobotę i kawałek niedzieli na wymianie maili z Prowadzącym, bo musimy się mu spowiadać z każdego etapu pracy. Oczywiście zawsze jest wszystko źle. Spis treści źle, bibliografia źle. Formatowanie złe. Tekst jest suchy i ciężko się go czyta! Serio. I tak od miesiąca. Każdego dnia, gdy widzę w swej skrzynce odbiorczej wiadomość od niego, mogę sobie już odpuścić trening interwałowy, bo moje tętno skacze do 200 w 2 sekundy! Nawet teraz mną trzepie..
Jestem osobą porywczą, nerwową, pamiętliwą, mściwą, chowam urazę i życzę masywnej sraki częściej, niż powodzenia, ale z reguły cechy te ujawniają się u mnie pojedynczo. Tymczasem Prowadzący jest w stanie obudzić je we mnie jednocześnie, co sprawia, że zaczynam się siebie bać. Każde zajęcia wyglądają tak, że siedzę i powtarzam sobie w myślach: Rękoczyny są poniżej mojego poziomu. Nie warto iść siedzieć przez kogoś takiego. Rękoczyny są poniżej mojego poziomu..
Raju, jakie on musi mieć kompleksy, że leczy je w ten sposób?

PRAWO
Cóż, na razie miałam jedne ćwiczenia. Prowadząca nie przyszła, gdyby ktoś pytał, jak było ;)
Zaliczenie? Za obecności mam 3.0. Jeśli chcę więcej, muszę zrobić jakąś prezentację, niestety to, czego ma dotyczyć jest taką tajemnicą, że nie ważne, co chcę i tak skończę z 3.0.

MEDYCYNA KATASTROF
Ćwiczenia zaczynam dopiero pod koniec maja, więc na razie jestem w stanie ocenić jedynie wykłady - te, na których byłam, bo w tym samym czasie mam zajęcia z niemieckiego, a przez nerwy związane z marketingiem moje umiejętności bilokacji uległy inwolucji :(
I powiem Wam, te wykłady są zajebiste - to nie jest ironia! Prowadzący przychodzi [sic!], o czasie [sic!], wie o czym mówi [sic!] i robi to ciekawie [sic!]. Dziękuję, wiara w ludzi na tej uczelni odzyskana!

NIEMIECKI
Frau niezachwianie sądzi, że jesteśmy rodowitymi Niemcami w przebraniu i nie daje się przekonać, że poziom, jaki nam narzuciła, jest dla nas za wysoki. Ma też problemy z dotrzymywaniem słowa, no ale, student = gorszy gatunek, NIE DZIWI MNIE TO :)
Umówiliśmy się pod koniec zeszłego semestru, że zamiast wielkiego egzaminu na koniec (jeszcze wtedy mieliśmy nadzieje, że w czerwcu będziemy załatwiać ostatnie formalności związane z obroną, o my naiwni..) i masy kolosów po drodze, dobierzemy się w pary i każda para przygotuje prezentacje po niemiecku o jakieś metodzie fizjoterapeutycznej, prezentacje ową wygłosi i odpowie na pytania. Frau przystała na naszą propozycję, więc w tym tygodniu mam kolosa z Arzneimittel -.-

Nie no, serio, zaczynam dochodzić do wniosku, że coś jest ze mną nie tak.
Codziennie słyszę jaka to jestem zła, niemiła, nie mam dla nikogo czasu, nie umiem się zorganizować, nie rzygam tęczą, bo wiosna i denerwuję się, gdy ktoś mnie olewa.
Naprawdę, nie oczekuję zrozumienia, pomocy, głaskania po głowie, zbyt zblazowana jestem po tych kilku tygodniach, by mieć jeszcze wiarę w ludzi. Zastanawiam się tylko, kiedy świat tak bardzo się zmienił i gdzie byłam, gdy rozdawano pakiety startowe Mam wszystko w dupie.

Chyba przemawia przeze mnie zawiść (wg definicji zasłyszanej na wykładzie z medycyny katastrof, zazdrość jest dobra, to uczucie, które motywuje nas do działania i ulokowania się na poziomie osoby, której czegoś zazdrościmy. Zawiść natomiast skłania do ściągnięcia tej osoby na nasz poziom. A to brzydkie zachowanie). Przejawiam zawiść wobec każdego, komu wydaje się, że może mi mówić, jak wyglądają studia na piątym roku (z własnego i jedynego słusznego doświadczenia) - zapraszam, wdziewaj moje buty i zobacz, jak jest fajne :)


Oł maj gad, jutro idę biegać, w końcu! Może nic mi się do tego czasu nie stanie ;p


6 komentarzy:

  1. Przepraszam, ale nie przeczytalam :D Dopiero co skonczylam drugie studia i mojej frustracji starczyloby na zapelnienie dwoch basenow olimpijskich ;) trzym sie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybaczam! ;p

      Idę kopać basen przed domem...

      Usuń
  2. Chyba cieszę się, że nie dotrwałam do piątego roku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieje, że skoro wszyscy moi znajomi twierdzą, że przesadzam, to jest szansa, że tylko mnie się trafił taki ambaras :D

      Usuń
  3. huh.. kto ci mowi ze przesadzasz? :) jesli z grupy/roku to moze faktycznie..jeszcze nie nadrobilas deficytów słonecznych... ale smiem twierdzic.. ze probowaly cie tak "pocieszac" osoby spoza tematu... -.- moje katastrofy tez byly fajne (jutro zaczynam ćw) :) takze trzym sie :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej, że spoza tematu :)
      Domyślam się, że katastrofy z tym samym Prowadzącym.
      Trzymam się, tydzień bez marketingu to tydzień względnej równowagi psychicznej ;p

      Usuń