poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Coke Live Music Festival 2013

Gdybym w sobotę po powrocie do domu zabrała się za pisanie tej notki, zawierałaby ona jedno zdanie: Kocham Florence Welch. Potem pewnie musiałabym tłumaczyć się z tego wyznania Mężczyźnie, więc notkę piszę dziś, gdy emocje i brokat już nieco opadły i do przekazania mam o wiele więcej zdań :)


Na początek ponarzekam nieco na naszą cudowną, rzetelną i pomocną do porzygu Pocztę Polską. Nasze bilety nie dotarły i oczywiście nie wiadomo co się z nimi stało. Rzutem na taśmę Mężczyzna kupił jedne z ostatnich biletów w necie - kilka godzin później już nie było! Pierwszy raz w historii Coke'a zabrakło biletów, z resztą, nie tylko biletów, ale o tym później. Droga Poczto, kij ci w rzyć! 

To tak, przed kołkiem udaliśmy się (ja, Mężczyzna i znajomi z Warszawy) do Moa na najlepsze burgery świata (zaraz po cheeseburgerze z maca, rzecz jasna ;p). W lokalu zastała nas masa innych kołkowiczów, którzy wpadli na ten sam pomysł.. Na nasze szczęście obsługa zarządziła 15 min przerwy w serwisie, bo nie wyrabiali z zamówieniami i momentalnie się wyludniło. Po posiłku, który raczej należałoby nazwać obżarstwem, udaliśmy się w stronę Dworca, dumając, czy czekać 12 min na 502, czy liczyć na festiwalowy autobus. Nasze rozważania przerwało spotkane znajomych tych znajomych z Warszawy, którzy także przyjechali z Warszawy :D Tak, spędziłam pół dnia z 6 osobami ze Stolycy i nie powiedziałam nikomu nic przykrego ;p Żeńska część tych znajomych siedziała w kwiaciarni i za 20zł plotła sobie wianki. Wianki, o których jak przystało na wielką, dozgonną fanatyczkę Florence, nic nie wiedziałam. Ani o pozostałych akcjach fanclubu przygotowanych na koncert.. Ciekawe jest, że potem ląduje się w tłumie ukwieconych głów, umazianych brokatową szpachlą z randomowymi słowami na kartkach, którymi zasłaniają Flo, a który to tłum zna tylko refreny piosenek (o ile..) i zaczyna klaskać w połowie piosenki, bo nie wie, że to jeszcze nie koniec -.- Żeby nie było, że akcje mi się nie podobały, heloł, to było zacne :) Z resztą, dostałam wieniec ciernisty na głowę, dziewczę, obok którego stałam, obsypało mnie brokatem, a na zdjęciach widziałam, że ktoś z przodu miał kartkę z eargasm i flogasm, więc to, co FATM gave me trafiło do wiadomości zainteresowanej :D

Dobrze, ale byłam przy opisie wsiadania do autobusu, bo w końcu rozdzieliliśmy się ze znajomymi z Wawy #2 i w pierwotnej czwórce ruszyliśmy na 502. Pan kierowca, albo miał PMS, albo też chciał iść na kołka, a tu mu wypadła zmiana, bo wiózł nas jak ziemniaki. Po dotarciu na Bora-Komorowskiego przywitała nas policja wyskakująca z krzaków (witamy w Polsce..) filując, czy może nie spożywamy alkoholu ;)
Niespiesznie ruszyliśmy w stronę lotniska, delektując się ostatnimi łykami soku i wody. Sprawdzanie biletów kupionych w necie przebiegło bardzo sprawnie, podobnie zaopaskowanie. Potem ostatnia bramka i moje ukochane sprawdzanie, czy nie wnosi się czegoś niedozwolonego. 

Tu wspomnę o poprzednich latach i moich przejściach - raz zostałam cofnięta do depozytu, ponieważ próbowałam wnieść aparat fotograficzny. W regulaminie w owym czasie stało, że można wnosić sprzęt nie będący sprzętem profesjonalnym, do 5 Mpx. Mój głupi jasiek z osiemnastki ma zawrotne 5,1 Mpx, więc wiecie, natrzaskałabym nim takie foty, że wszystkie ważniaki z plakietkami press i obiektywami leczącymi ich kompleksy na punkcie małych.. krótkich palców u nóg, wyskoczyliby z gaci i stracili pracę. Serio, 0,1 robi taaaaką różnicę! Przy okazji utwierdziło mnie to w przekonaniu, że osoby przeszukujące wchodzących zwojami mózgowymi nie grzeszą, szczególnie biorąc pod uwagę, że w telefonie komórkowym aparat miał tych pikseli 2x więcej :) Aparat schowałam tam, gdzie światło i ręka pani ochroniarz nie sięgają i za drugim razem weszłam.
W zeszłym roku miałam ze sobą torbę na ramię, a w niej kurtkę, bo lało niemiłosiernie! Pani ochroniarz tak się przyłożyła do przetrzepania tej torby, że musiałam się rozliczać nawet z tamponów, ale jedną kieszonkę przeoczyła (ja z resztą też..), w której miałam pół apteki, jeszcze z wycieczki :D W tym roku też kazali wyrzucać leki, nawet jeśli były to leki, które mogłyby uratować życie, gdy np. masz alergię i tendencję do wstrząsów anafilaktycznych. Alter Art wita.

W tym roku miałam moją małą saszetkę, więc nie wzbudziła ona wielkiego zainteresowania, czego nie można powiedzieć o.. kapturze! Serio, babka kazała mi się odwrócić, obmacała tyłek, tułów, cycków wspaniałomyślnie tym razem nie tykała ;p ale chwyciła za kaptur i memła, memła, wywija na wszystkie strony, a upewniwszy się, że jednak nie stanowi zagrożenia dla bezpieczeństwa imprezy masowej, ładnie ułożyła i podziękowała. Mężczyzna nie miał tyle szczęścia, bo nie dość, że przetrzepali mu torbę, to jeszcze kazali wyjąć zawartość kieszeni i, uwaga, otworzyć portfel. Czekam dnia, gdy będziemy ściągać sztuczne szczęki, bo może ktoś nosi pod nimi maczety :)

Po wejściu udaliśmy się na trawę przed główną sceną, gdzie swój występ zaczynała właśnie Marika. Panowie legli i trawili burgery, ja usilnie próbowałam wrzucić na Instagrama filmik, ale internet wtedy już siadał. Marika umilała chill, ale po jakimś czasie i przybyciu reszty (znajomi #2), poszliśmy na piwo. Ale zanim, trzeba było wymienić pieniądze na bony lub karty paypass, vel bypass :D O ile bony mamy opanowane, tak karta jest nowością, którą Alter Art sprytnie naciąga nieświadomych ludzi - podchodząc do kasy dowiadujesz się, że możesz naładować kartę kwotą 50 lub 100zł. A bon stanowi równowartość 3zł i wszystkie ceny są wielokrotnością trójki. Więc ładując kartę pięcioma dychami, narażasz się za stratę kilku złotych. Chyba, że o tym wiesz i się uprzesz przy doładowaniu inną kwotą - bo na pewno cię o tym nie poinformują :) Alter Art wita i skubie.

W ramach odkrywania muzyki udaliśmy się na koncert Ras Luty. Słabo. Po 20 min miałam wrażenie, że leci cały czas ten sam kawałek, a śpiewający pan był tak uduchowiony, że moja ciemna, skalana dusza wiła się niczym diabeł podczas egzorcyzmów. Żartuję, po prostu chciało mi się okropnie sikać ;p W trakcie koncertu okazało się, że Wu-Tang Clan nie dojedzie na czas i został przesunięty na 1.00. Przez to scena główna była wolna, więc przesunęli na nią Tres.B, ale nie miałam okazji posłuchać, bo towarzystwo chciało sikać, pleść wianki i pić/jeść jednocześnie. Po kolejnej przerwie gastronomicznej w końcu ruszyliśmy pod scenę na Florence. Znajomi #1 woleli nieco odleglejsze miejsce, natomiast ja chciałam być jak najbliżej, co na 40 min przed koncertem jest już marzeniem ściętej głowy :( Trafiło mi się miejsce za kolesiem, który ściągnął koszulkę, ale chyba ktoś mu przekazał, że strasznie capił, więc ją ubrał z powrotem. I koło wspomnianej już laski z brokatem. W sumie po pierwszym skakaniu i tak byłam w nowym towarzystwie :D

Te 40 min oczekiwania najbardziej dały mi w dupę. Kręgosłup po całym dniu chodzenia rwał tak, że bałam się, czy ustoję ten koncert, ale potem przyszła zbawienna adrenalina, więc już nic mnie nie bolało :) Tłum głośno wiwatował dźwiękowcom, technikom i cieniom, które pojawiały się na scenie, laski z przodu wydawały z siebie dźwięki godne kobiety rodzącej jednorożca bez znieczulenia, jakiś koleś raczył nas kurwami, bo to przecież takie fajne. Serio, ludzie, co z wami nie tak? Nie musicie na każdym kroku podkreślać, że pochodzicie od małp.

I w końcu pojawiła się ona, Flo! Maszyna ruszyła i na pierwszy ogień (i to dosłownie) poszło Only if for a night - tłum lekko falował, dodając od siebie tytuł co jakiś czas, ja nuciłam pod nosem, bo wtedy jeszcze się wstydziłam śpiewać (wiecie, nieco fałszuję ;p). Następną piosenką było What the water gave me, na którą właśnie były przygotowane te kartki, więc przez kilka minut zamiast Florence oglądałam kartki papieru o kijowej gramaturze. Na szczęście są ludzie, którzy mają słabsze ręce ode mnie, więc makulatura opadła, a na twarzy Flo zagościł uśmiech. Cosmic love to pierwsza piosenka, gdy już głośno śpiewałam, mając pomału w tyłku, że lud dookoła mnie nawet nie wie, co leci ;p Natomiast na Drumming song miałam już stan przedograzmowy, zawsze chciałam usłyszeć ten kawałek na żywo, żeby mnie te drums powaliły! Ogień :D 

Potem Florence wzięło wzruszenie, zaczęła nam dziękować za wianki, oprawę, że jesteśmy fajną publiką (ciekawe, że zostało to odebrane jako lizanie dupy przez znajomych..). Potem chwyciła za brokat i ruszyła w ludzi! Pisałam już, że ją kocham? Nie trzeba świecić tyłkiem na scenie, ubierać się jak przybysz z kosmosu, śpiewać o paleniu trawy..wystarczy po prostu umieć śpiewać i mieć w sobie te pokłady charyzmy! Myślę, że każdy, kto był na tym koncercie, czy lubi Florence + The Machine, czy nie, czy to jego klimaty, czy woli mada-faka zjem ziemniaka, przyzna, że występ był na najwyższym poziomie i niewiele jest wykonawców/zespołów, którzy na żywo brzmią lepiej niż na płycie. Profesjonaliści.

Także tego, następne było Rabbit Heart, Florence namawiała panów, by wzięli panie na barana, ale Mężczyzna był już za daleko za mną i nie chciałam się przebijać. Flo sypała brokatem na wszystkich dookoła siebie, więc koleżanka obok zrobiła to samo w stronę swoich znajomych i mi też się dostało. Jeśli wydawało mi się, że po żużlu miałam pył wszędzie, to teraz już wiem, że wszędzie mam nieco większe :D You've got the love było chwilą na wyciszenie - kumulowałam siłę na później, podśpiewując sobie pod nosem (no dobra, szalałam jak opętana, odpoczywałam przy Lover to lover, które leciało jako następne). Na Heartlines publika odżyła, ludki wkoło załapały refren i darły się razem ze mną, Between two lungs - machanie i klaskanie. A potem nie wytrzymałam i kilka łez zrosiło me lico - Shake it out - niby wiedziałam, że na pewno będzie ta piosenka, ale chyba wypierałam to ze świadomości, podobnie jak złe emocje, które kiedyś ze mnie wyciągnęła. Kurde.
Zaraz potem poleciało No light, no light, więc w momencie się ogarnęłam i zrobiłam to, co zapowiadałam - darłam ryja (przepraszam wszystkich dookoła, to mogło boleć). Jeśli miałabym zażyczyć sobie jakiś utwór na pogrzeb, to w tym momencie mojego życia definitywnie byłby to ten kawałek :)

I gdy już wydawało się, że moje uszy nie zniosą więcej rozkoszy, pojawił się utwór, który mnie zaskoczył! Sweet nothing w wersji lirycznej, sto razy lepszej, niż mordowana do niedawna w radio wersja Harrisa. Na dokładkę poszło Spectrum (tak, potem straciłam głos..)! We are shining and we'll never be afraid again <3

Koncert zamknął utwór Dog days are over, pozostawiając mnie z ogromnym uczuciem niedosytu - już wiem, co umieścić na liście rzeczy do zrobienia przed śmiercią - kolejny koncert Florence and The Machine, koniecznie pod samą sceną :) Na bis się nie doczekaliśmy, ale kurcze, 1,5h świetnego koncertu to i tak dużo, poza tym dojechali w końcu panowie z Wu-Tang Clan i pewnie chcieli wejść na scenę o czasie (ha ha ha..). Przebiłam się do Mężczyzny i razem walczyliśmy z tępym tłumem podążającym nie wiadomo gdzie, byle przed siebie, próbując dostać się pod namiot Eski, gdzie czekali znajomi #1. Byłam tak wyczerpana szaleństwem, że ledwo stałam na nogach. Wzięłam nasze ostatnie dwa kupony i ruszyłam po wodę.

I tu jest miejsce na zmieszanie promotora z zawartością toi toi po festiwalu.. Brakło wody, brakło coli, brakło nawet piwa! Już nie wspomnę o wyciąganiu zużytych kubków z kontenerów na śmieci i nalewaniu do nich co tam się jeszcze ostało! Nosz, ja pierdole! Jak się robi masową imprezę, na którą brakło biletów, to można się chyba spodziewać, że będzie w cholerę więcej ludzi, niż dotychczas i przygotować adekwatną ilość jadła i napitku, szczególnie jeśli bonów nie można zwrócić, a wykorzystać też nie, bo już nic nie ma!!! Już nie wspomnę o korkach, które tworzyły się, gdy ludzie z Florence chcieli iść coś zjeść albo na Katy B i spotykali się z tymi, co już kierowali swe kroki do domu - nie daj boże jakąś sytuację kryzysową, to ludzie by się pozabijali o samych siebie.. Oszukiwać ludzi to chętnie, ale zadbać o podstawy organizacji, to już przerasta możliwości Alter Art.

Dopiero Mężczyzna znalazł napitek, chyba też po jakiś 30 min krążenia po lotnisku.. Ja już byłam w dziwnym stanie, trzęsłam się jak osika, nie wiem czy bardziej z zimna, czy z adrenaliny, czy może z braku cukru - rzuciłam się na wodę i colę jednocześnie, jakbym nie piła nic od roku :) Jak już opuszczaliśmy festiwal, odzyskałam nieco humor i nucąc pod nosem Spectrum, maszerowałam dzielnie w stronę zachodzącego słońca, pardon, autobusu. 

Po zeszłorocznym kołku mówiłam, że już się więcej nań nie wybiorę. A tu wypalili mi z Florence. Czy jeśli teraz napiszę, że za rok mnie tam nie zobaczycie, to zaproszą, powiedzmy, R+??? :D:D

No cóż, pomijając wszystkie wspomniane negatywy i fakt, że na festiwalu było mnóstwo moich znajomych, a nie miałam jak się z nimi spotkać (sieć komórkowa też nie działała..) - jestem prze-szczęśliwa, że było mi dane zobaczyć i posłuchać FATM na żywo i dać się zwariować energii, która w sobotni wieczór buchała z kołkowej sceny. 

2 komentarze:

  1. Świetna relacja! Też byłam na Coke, Florence zapewniła nam niesamowite przeżycia :D

    OdpowiedzUsuń