czwartek, 19 kwietnia 2018

Powroty


Nadrabianie wspomnień biegowych startów szło mi tak źle, że po pół roku blogowej ciszy postanowiłam dać sobie siana.

I nagle znów zachciało mi się tu pisać :) Niestety nie dowiecie się, co było po niepołomickich żubrach, jak sprawdził się plan pod krynicką dychę oraz czemu nie biegałam od półmaratonu. Życie pisze swoje scenariusze - można z tym walczyć, można się cisnąć w (nie)skończoność, a można też przystanąć, wziąć głęboki wdech i wybrać mniej raniącą drogę.

Dość filozofii. 

Za kilka dni krakowska nocna dyszka - ta, którą tak uparcie każdego roku wpisuję w kalendarz biegowy. I dzięki której pewnie w ogóle rozpoczynam kolejny sezon, bo jak po październikowym półmaratonie robię sobie tydzień przerwy, tak pół roku później wciąż nie chce mi się wracać :) Zwykle mniej lub bardziej starannie przygotowuję się do tej dyszki, napalam na życiówkę (tu można parsknąć śmiechem pod nosem) i przestaję spożywać alkohol na tydzień przed startem. Na ten rok jedyne założenie, jakie kiełkuje mi na ten bieg, to go ukończyć, najlepiej w limicie (szkoda byłoby nie mieć w kolekcji kolejnego pięknego krakowskiego medalu!). Nie ma ciśnienia, bo nie ma formy, śmiem twierdzić, że i zdrowia nieco niedostatek, ale od czegoś trzeba zacząć wychodzenie z marazmu. Ulubiony bieg jest chyba dobrym początkiem.

W zeszłym tygodniu cisnąc polem, lasem (przyszłym parkingiem przy centrum jp2) zaliczyłam spotkanie z ziemią wkrótce świętą, bo inaczej jak cudem nazwać nie można faktu, że przeżyłam to i sama do domu wróciłam (trening też dokończyłam, ha!). Zawiódł mój sposób wiązania butów, który dotychczas dawał sobie rady w każdych warunkach - jednak wiosennego pociągu sznurówki do korzenia/gałęzi/czegoś co z ziemi wystawało nie pohamował. Ba! Uczucie to wyhamowało mnie i swój gazeli skok zakończyłabym w szpagacie (a potem na szyciu i to nie spodni..), gdyby nie rozpaczliwe wachlowanie ramion, utrata równowagi i prawen-dupen-klapen. Co w pierwszej kolejności sprawdza biegacz, gdy się tak widowiskowo wypierdzieli? Czy zegarek jest cały ;p Żartuję, pierwsze w panice patrzyłam, czy nikt nie widział.

Niestety, następnego dnia poczułam, że wachlowanie, choć na darmo nie poszło, darmowe też nie było. Maglowałam się ile mogłam, ze skutkiem żadnym, więc następnego dnia wparowałam koledze do gabinetu i poprosiłam o wystrzelanie. Ze skutkiem też żadnym. Trochę mnie to zaczyna mrozić w kontekście klepania 10 kilometrów, bo już po kilkunastu minutach wysiłku mam obręcz bólu na klacie. Moje następne buty biegowe będą na rzepy.

Zatrzymam się na moment w tym miejscu. Widzicie tu pewien zgrzyt? Przestałam pisać, bo nie chciało mi się pisać o bieganiu, a pierwsze akapity po przerwie są o czym? O bieganiu. To chyba Mężczyzna (jeśli nie, to przepraszam, ale nie pamiętam kto) spytał mnie kiedyś co się stało, że z względnie aktywnej osoby stałam się obolałym, zmęczonym, zawiniętym w czerwony kokon pledu kłębkiem nie-chce-mi-się. Od kilku tygodni wiem, że wypadło mi z życiowego równania właśnie to bieganie, które zmuszało mnie do pozostałych form ruchu - jogi, rolowania, ćwiczeń siłowych, było także wentylem wkurwu nagromadzonego w ciągu dnia. Miałam dość biegania i zamiast podmienić je na coś innego, siadłam z książką i tyle mnie świat widział.

Mam jednak z tego siedzenia w domu kilka perełek - pochłaniam wręcz książki Tess Gerritsen z serii Anatomia Zbrodni i jaram się za każdym razem, gdy podczas sekcji dwie ukośne linie idące od obojczyków schodzą się na wysokości wyrostka mieczykowatego i nie muszę czytać przypisów, bo wiem co to :p Kolejna, to seria dokumentów na Netflixie - Brudna forsa, polecona mi przez Mężczyznę. Obejrzałam 3 z 6 odcinków, o krótkiej sprzedaży, chwilówkach i obchodzeniu prawa w Stanach oraz dieslowym szwindlu Volkswagena - ten ostatni podobał mi się najbardziej, o ile można napisać, że robienie ludzi w bambuko może się podobać. Posprzątałam w szafie i komodzie (ktoś chciałby tonę ubrań i dwie książek? zamienię na wino/milkę oreo!), co ostatecznie przekonało mnie do ruszenia tyłka, bo na lato nie mam ciuchów wystarczająco szerokich, by nie musieć odpowiadać na pytania oj, który to miesiąc? I kolejny maraton ślubny przede mną, więc muszę zmieścić się w moje weselne kiecki!

Tym krótkim tekstem mówię witajcie ponownie i jeśli przetrwam sobotni wieczór, to odezwę się znowu.

N.

sobota, 18 listopada 2017

IX Bieg w pogoni za żubrem

W mym uzupełnianiu biegowych wpisów nastał czerwiec, a z nim kolejny start. Wraz z Olą, zachęcone zeszłorocznym odkrywaniem Puszczy Niepołomickiej, postanowiłyśmy spróbować swych sił na dłuższym dystansie - 15 km. 


Podobnie jak w ubiegłym roku, zostawiłyśmy auto przy szkole, w której mieściło się biuro zawodów, odstałyśmy swoje po pakiet, strzeliły selfiaczka i udały na start. Początek biegu jest taki sam dla wszystkich startujących, dopiero w puszczy następuje rozwidlenie ścieżek. Naprawdę cieszyłyśmy się na dwa razy dłuższe bieganie wśród drzew! Tymczasem po sześciu kilometrach wylądowałyśmy przy torach kolejowych, a dwa kilometry i skur****ki podbieg dalej w środku miasta :) Nachylenie tego podbiegu mnie pozamiatało! Do tego ciepełko i byłam ugotowana. Na końcu wspinaczki była kurtyna wodna, dzięki której kolejny kilometr pokonałam w dreszczach i ślepo (dosłownie) podążając za Olą. Takie ekstremalne saunowanie ;p Potem było już z górki, nawet udało nam się wrócić do puszczy. Byłam już zmęczona i przebierałam nogami bez większej werwy, byle dotoczyć się do mety. Tempo drastycznie spadło, a ostatnie 1,5 km męczył mnie jakiś gościu, usilnie pragnąc wyegzekwować ode mnie przyspieszenie. Czasem taki doping naprawdę dużo daje, ale tamtego dnia, gdybym tylko mogła, ruszyłabym sprintem, byle tylko facet się odczepił. Niestety, nawet gdy ruszyłam, tuż przed metą, gościu nie dawał za wygraną i napierdzielał mi przez ramię durnymi frazesami. Mam nadzieję, że chociaż poczuł się spełniony w swojej nachalnej roli motywatora :)

Na mecie blackout, potem helikopter, potem w końcu woda! W tym roku nie było piwa bezalkoholowego, więc moi rodzice postanowili obdarować mnie i Olę pełnoalkoholowym Żubrem :D Tematycznie.

Po żubrach nastąpiła u mnie biegowa przerwa - praca po kilkanaście godzin dziennie, szkolenia, wysyp ofert pracy i negocjacje - na trening nie starczało już doby. Potrzebowałam prawie miesiąca na powrót do regularnych treningów. Przestałam też wtedy słuchać Polara i rozpisałam plan pod nadciągającą krynicką Życiową Dziesiątkę. Ale o tym przy okazji kolejnego wpisu!

N.

niedziela, 24 września 2017

5. Bieg Swoszowicki

Przed każdym kolejnym biegiem obiecuję sobie, iż pouzupełniam zaległe wpisy - i tak kolejka co miesiąc narasta. Ilekroć zasiadam przed komputerem, by chociaż zacząć, okazuje się, że nie pamiętam większości tych arcyważnych momentów, które chciałam spisać. Chyba muszę zacząć biegać z dyktafonem :)


Bieg Swoszowicki nie figurował w moim kalendarzu startowym (co chyba nikogo nie zaskakuje ;p) - został tam wepchnięty siłą, więc od początku nie nastawiałam się na inne bieganie, niż reklamowe.

Biuro Zawodów miałam dosłownie 20 metrów od zaparkowanego auta :) Niestety kończyłam pracę 1,5h przed jego otwarciem, więc musiałam pofatygować się do Swoszowic drugi raz, a potem galopem zasuwać na imprezę u Babci. Niedziela także nie sprzyjała biegowym przygotowaniom, choć zasuwanie z porannych warsztatów do domu po buty i spodenki, a potem do Swoszo, by gorączkowo szukać przechodniej koszulki startowej, można chyba zaliczyć jako rozgrzewkę? Tak, tak właśnie zrobiłam, bo na start dotarłam może 2 minuty przed odliczaniem!

I teraz żałuję swojego pośpiechu - spokojnie mogłam poczekać jeszcze kilka minut i wystartować na końcu, bo ledwie ruszyłam, musiałam się zatrzymać.. wąskie gardło na początku? Genialny pomysł :) Ale luz, mam czas, duuużo czasu, więc gadam z ziomkami i powoli idę w stronę ul. Chałubińskiego. Tam już ruszam z kopyta i po kilku sekundach w pełnym słońcu, znowu zwalniam. Reklama, Natalia. Nieprzytomny pracownik to słaba reklama - zakołatało mi w głowie, więc patatajałam sobie, byle o własnych nogach dotrzeć na metę. Po pierwszym kilometrze wypatrzyłam mój punkt kibica, gdzie obiecano mi wodę, ale wtedy nie była mi potrzebna. Minęłam jeszcze kilka znanych mi uliczek i zaczęła się zabawa - trasa jest bardzo fajna, zróżnicowana, dotychczas znana mi z nocnych manewrów pt. omijam korki, ale pojęcia nie mam gdzie jestem, więc podziwiałam. Topiłam się w upale i upajałam widokami. Potem już niewiele na oczy widziałam. Dotruchtałam do punktu kibica, dostałam kubeł wody, tak lodowatej, że ostatni kilometr miałam dreszcze - bez tego chyba zemdlałabym na ostatnim podbiegu. 

Na metę dotarłam tak późno, że sama byłam zdziwiona :) Ale potem wpadłam w wir rozmów, zdjęć, formalnych pogaduszek i jakoś tak czas przeleciał, że bliscy zaczęli się niepokoić, że nie daję znaku życia. Ale przeżyłam :) I w końcu mogłam zacząć wypoczywać przed kolejnym biegiem, całe trzy tygodnie!

N.


niedziela, 18 czerwca 2017

III Bieg Wadowicki

Jak zwykle, z drobnym poślizgiem wjeżdża na bloga pobiegowy wpis! Choć minął już miesiąc, wciąż mam wrażenie, że to jeszcze nie czas na podsumowanie, że powinnam jeszcze chwilę nad nim pomyśleć. Tyle, że im dłużej rozmyślam, tym więcej szczegółów umyka..


W tym roku jakoś częściej mówię biegom: TAK! Po części dzięki Oli, którą wessało na maksa (;p), i która regularnie namawia na różne starty, po części dlatego, że Kraków już mi się trochę obiegał - trasy się powtarzają, Błonia muszą być, ewentualnie Lasek Wolski i po kilku latach wydaje się, że biegam ciągle ten sam bieg. Wadowice nęciły mnie już rok temu, ale stchórzyłam. W tym roku postawiłam na najpierw się zapiszę, potem zastanowię co dalej. Co więcej, wymyśliłam, że całkiem fajnie byłoby zrobić tam życiówkę, na szczęście praca tyra mnie nieprzerwanie od kilku miesięcy, więc nawet nie nastawiam się na takie cuda :D

Tydzień przed biegiem przetyrał mnie wybitnie (zmieniłam nawet na potrzeby chwili moje powiedzonko: jesteś zmęczony/a po 12h pracy? bicz pliz... :p), więc te 40 min dojazdu do Wadowic w pozycji siedzącej to był najlepszy odpoczynek ostatnich dni. Kiedyś przed półmaratonem miałam mikro napad paniki, iż nie dam rady przebiec 21 km. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy podołam dyszce. 

Na szczęście pogoda się do nas uśmiechnęła - wyjeżdżałyśmy z Olą z Krakowa w upalne sobotnie popołudnie, a dojechałyśmy w pochmurne, wietrze i chłodnawe. Wciąż popołudnie :) Udało nam się zostawić samochód na parkingu tuż przy rynku (i starcie) - za to lubię Wado, nie ma stref parkowania! Odnalazłyśmy schowane biuro zawodów, odebrałyśmy pakiety i spędziłyśmy czas pozostały do startu na doglądaniu atrakcji. 


Gdy wybiła godzina zero, po rozgrzewce, która zafundowała tętno wyższe niż 100 ;p, ruszyłyśmy! Pierwsze metry z górki, potem ostry zakręt, a właściwie nawrót i w sumie dość szybko zrobiło się luźno. Zrobiło się też pod górkę i mniej do śmiechu. Tak szczerze, to mi się zupełnie odechciało - patrzyłam na zegarek, sekundy uciekały w oczach, a przecież trzeba pobiec w mniej, niż godzinę, bo przypał, a tu 6:30 na liczniku..

Gdzieś chyba na trzecim kilometrze piłowania słyszę przekleństwa Oli, myśląc, że jak ona już ma dość, to nie uciągnę tego dalej sama. Tymczasem wiązanka miała swój ciąg dalszy i dotyczyła Pana Oszusta z Kijkami. W tym samym czasie, na tej samej trasie odbywały się też mistrzostwa w nordic walking. I Pan Oszust w tej kategorii właśnie się prezentował. Techniki brak, gołe kije na asfalcie i chyba tylko koszulka z nadrukowanymi sponsorami miała świadczyć o jakimś jego profesjonalizmie (?). Gość nakurwiał tymi kijami, jęczał i udawał, że idzie, choć faktycznie truchtał - dlaczego wolontariusze na trasie nie reagowali? Szkoda trochę innych zawodników, przygotowania do zawodów na 10 km to duże wyzwanie, a trofea idą do takich cwaniaków.

Musiałyśmy więc cisnąć mocniej, bo Pan Oszust szedł szybciej, niż my biegłyśmy, a ten stukot doprowadzał mnie (i chyba nie tylko mnie) do rozstroju nerwowego. W połowie trasy i jej najwyższym punkcie czekało picie. Mimo niskiej temperatury i generalnie komfortu, chciało mi się baardzo pić. Tyle, że na horyzoncie zbieg, a żołądek pełny wody + zbieg = użyźnianie gleby w najbliższym rowie :) Zatem wiele nie popiłam. Tej części trasy nie pamiętam zbyt dobrze - leciała w dół, leciałyśmy na tyle szybko, by dogonić Kijobiega i przegonić. Nogi sunęły mi same, chociaż ostatnie 3 kilometry bolało już wszystko. Uczepiłam się jakiegoś gościa i gdy wbiegliśmy do miasta napotykani kibice kłaniali mu się w pas, pozdrawiali, piąteczki i w ogóle. Później okazało się, że zrobiłam sobie zająca z burmistrza :D Tuż przed ostatnim kilometrem ruszyłam mocniej, parsknęłam tak bardzo na widok ostatniej chorągiewki (ostatni kilometr dzielił mnie od kremówki!), że potknęłam się o płytę chodnikową i niewiele brakło, a zostawiłabym swój krwawy ślad pod kościołem. Organizatorzy wspominali coś, że końcówka to mocny pobieg, zakręt i ostatnia prosta do mety. Tuż przed podbiegiem rozjechałoby mnie auto (policja puszczała pojedyncze samochody, instruując, aby poruszały się lewą stroną, prawą zostawiając dla nas, niestety kierowca nie ogarnął stron i wyjechał mi prosto pod kopyta), więc z wrażenia za późno zabrałam się za przyspieszanie i nim wrzuciłam piąty bieg, już była meta :(

Podbieg na finiszu zniszczył mnie totalnie, pamiętam tylko medal, klepnięcie po plecach przez Olę, flaszkę wody i twardą płytę rynku, na której dogorywałam. 

Zabrakło dla nas arbuza, ale były pierogi z nadzieniem serowo-truskawkowym i kremówka, oczywiście. Końcówka tak bardzo mnie zmęczyła, że jakoś udało mi się wcisnąć te pierogi, ale ciastko wzięłam sobie na później do samochodu. Co było z nim dalej pewnie wiecie już z fejsa, ale dla potomności: podmuch wiatru wprawił w lot moją kremówkę czekającą cierpliwie na dachu auta, drugi podmuch wiatru zawiał cukier puder do otwartego bagażnika, a samo ciacho skończyło swój żywot na parkingowej kostce brukowej. 10 kilometrów na darmo!

Bieg będę miło wspominać, głównie przez trasę, dość wymagającą, ciekawą, malowniczą, zieloną i z dłuuugim zbiegiem, gdzie można wszystkich wyprzedzać (i umierać na drugi dzień od zakwasów na skosach..), ale też za atmosferę, po prostu podobało mi się tam :)

N.

poniedziałek, 8 maja 2017

Nudna Dycha z Wawelem


Właściwie mogłabym w ramach opisu tego biegu przekopiować wpis sprzed trzech lat. Znów padało, znów Wisła bulwary zalała, znów trzy kółka na Błoniach. To jest tak przykre, że aż zabawne.

Zabawna też była tegoroczna lokalizacja expo :) Odwiedziłam biuro zawodów już we czwartek, na tyle wcześnie, iż z pewnym zrozumieniem przyjęłam fakt, iż żadnych stoisk nie dostrzegam. Cóż, bywa, pewnie rozłożą się później. Tymczasem wystawcy czekali w pustawym namiocie na parkingu przed stadionem i musieli walczyć o powrót na stare śmieci. Kraków jak zawsze na poziomie.

Poziom mojego adrenalinowego uniesienia (potocznie zwanego wkurwem), podobnie jak w przytoczonym wyżej poście, eksplodował na wąskiej alejce w okolicach drugiego kilometra. Jakaś łania zlękniona całkowicie zalaną drogą dębem stanęła. Z małą gracją i niemałym zdziwieniem wylądowałam jej na plecach (ustała, skubana!). Z zapewne nie mniejszym zdziwieniem i srogim impetem na moich plecach hamował jakiś facet. Tego niestety łania nie ustała, ale przynajmniej problem przemoczonych butów miała już z głowy. 

Nie, nie zabiłam jej. Nie wiem dlaczego.

Nie wiem dlaczego mam takiego pecha do tego biegu. Kolejne kilometry wchodziły mi gładko, w końcu uwielbiam biegać nocą! Nie miałam też z kim gadać, więc przyoszczędziłam 4 min w stosunku do marcowego biegu koleżeńskiego :) Być może któregoś roku nic nie stanie na przeszkodzie, by pobiec na nową życiówkę.

N.

sobota, 22 kwietnia 2017

Nie dogodzisz


Im dłuższa przerwa w pisaniu, tym trudniej skleić pierwsze zdanie.

Ciężko mi uwierzyć, że za kilka dni maj. Tym razem czas mi nie przyspieszył, dni nie mijają jak sekundy. Wszystko się niemiłosiernie wlecze, mam dość, na horyzoncie nic ciekawego. Być może ten maj, właśnie on coś zmieni, niech chociaż czas przyspieszy, będę mieć usprawiedliwienie dla tego prześlizgiwania się przez kolejne dni.

W marcu cieszyłam się jak dziecko na popołudniowe zmiany w pracy. Miałam dość codziennego wstawania o 5-tej, zasypiania na siedząco przez pierwszą godzinę pracy (nie ustając przy tym w wykonywaniu zabiegu krioterapii :p) i konieczności popołudniowego drzemania. Wieczorami nie miałam siły się uczyć i skrupulatnie odliczałam w kalendarzu dni do sennej wolności. 

Przyszedł upragniony czas, mogłam spać do 7 (szau!), celebrować poranne treningi i śniadania, których nie trzeba połykać w biegu. Czułam jak z dnia na dzień odzyskuję energię, motywację, Jezus nigdy nie widział tak dokładnie umytych na Jego zmartwychwstanie szaf! Wraz z kwietniem mój początkowo luźny grafik ewoluował, pacjentów przybyło i gdzieś w okolicach świąt okazało się, że w domu bywam tylko by spać i robić poranne pranie. Zaczęłam odliczać do połowy miesiąca i porannych zmian :) Bo przecież szybko skończę w uzdro, oblecę pacjentów i jak człowiek jestem o 15 w domu. I mam 5h wolnego do wieczornej rundki! 

Nie dogodzisz ;p

Popołudniowe zmiany oznaczają indywidualną pracę z pacjentami. Nie ukrywam, że tęskniłam nie tylko na porannym wstawaniem, ale też możliwością odpoczęcia od takiej formy (teoretycznie najfajniejszej) pracy. W końcu rano robię krio! Do pacjentów idę później i tylko na chwilkę. Siedząc cały czas na indywidualnej, mając pod rząd 4-5 pacjentów rozpisanych na metody specjalne (trwają 30 min, pacjenci są co 30 min, czas przerwy: 0 min), byłam uwięziona (dosłownie, mam kraty w oknach ;p) na sali, bez możliwości jedzenia, czy korzystania z toalety. Początki są drastyczne, ale potem przyzwyczajasz się do uwierającego pęcherza i zawrotów głowy z głodu. Także wizja porannego mrożenia (pacjent co 10 min, czas zabiegu: 3 min, przerwa: wystarczające na wysikanie się - 7 min!!!!) czyniła drugą połowę kwietnia całkiem piękną! Jaka szkoda, że zapomniałam, że pacjenci mogą mieć inną wizję od mojej i dla podniesienia mi z rana adrenaliny zrobić awanturę o zawartość butli z ciekłym azotem, który azotem nie jest, bo pani pacjentka nie widzi, aby para, która leci z dyszy była biała - sprawdzała w internecie i było napisane, że azot jest biały, więc czy to na pewno azot, czy jej robię dwutlenkiem węgla, bo ona ma mieć azotem! <3 Nawet opisy na butli nie pomogły, bo są po angielsku.. To kiedy mogę wrócić na salę i tylko na salę terapii indywidualnej? Że dopiero za 3 tygodnie!? :(((

Nie dogodzisz!

Od poniedziałku będę człowiekiem-samochodem. Od pewnego czasu dojrzewała we mnie myśl, by nabyć cztery kółka i ograniczyć tym samym czas związany z przemieszczaniem się po obrzeżach miasta, stres związany z czekaniem na autobusy, które nie przyjeżdżają i problemy z płucami w sezonie smogowym (po kij zatem kupiłam maskę?). Trochę przypadkiem weszłam w użytkowanie srebrnej strzały, tudzież szerszenia i od kilku tygodni wożę się w bardziej problematycznych sytuacjach. Niestety ważność mojej karty miejskiej dobiegła końca, a debilizmem byłoby utrzymywać samochód i kkm, więc muszę się przemóc i zacząć wozić dosłownie wszędzie. Niestety wydaje się, że dosłownie nigdzie, gdzie potrzebuję, nie ma miejsc parkingowych! I druga sprawa - ludzie, kurde, przez lata byłam tylko nocnym kierowcą, ale wydaje się, że moja wiedza i umiejętności wyniesione z kursu nie wyparowały, a użytkowników dróg, z którymi mam wątpliwą przyjemność...chyba tak. Rozdawali prawka w kinder-niespodziance, czy jak!?

Tyłek rozleniwisz, a wciąż nie dogodzisz.

Naprawdę liczę na ten maj. Zapowiada się dobrze - bieganie, dużo biegania, tajne fizjo-manewry i luz w pracy. A jak maj nie dogodzi, to rzucam to wszystko i ruszam w Bieszczady ;p

Zaniedbasz, to stracisz 
- Konfucjusz 

Miłej resztki weekendu!
Wybredna N.

środa, 22 lutego 2017

Ugniatanie kamieni


Czasem nie chce mi się pisać konkretów.
Z początkiem lutego planowałam wrzucić kilka słów o życiu (bo nie tylko bieganiu) w masce antysmogowej (nawet zdjęcia zrobiłam!), jednak życie mnie pochłonęło, okręciło wokół palca, a następnie skutecznie spacyfikowało. Posłusznie stosując się do zaleceń lekarza: chory ma leżeć, niby miałam duuużo czasu do zagospodarowania, ale instynkt samozachowawczy był silniejszy i nie zmuszałam się do gapienia w monitor komputera.

Potem miała być notka o biegu, na starcie którego nie stanęłam. Nawet myślałam skrobnąć kilka słów o imprezie z perspektywy koleżanki, z którą miałam biec, ale ta do dnia dzisiejszego na wspomnienie tamtego dnia jeży się i bluzga xD Mam wrażenie, że wszystkie niedociągnięcia, których doświadczyła podczas odbierania pakietu i samego startu, nieco ją przerosły - niech się uczy, w maju powtórka z rozrywki!

Potem skończyło mi się zwolnienie i z opcji chory ma leżeć w przeciągu kilku godzin wskoczyłam na lvl zapierdol jak zawsze. Po pierwszej godzinie pracy chciałam umrzeć. Tydzień laby pozwolił mi jako tako ogarnąć infekcję (pociągająca jestem do dziś, ale temperatury ni mom), jednak serce potrzebuje znacznie więcej do powrotu do normy. I zatoki! Tak, na jodze okazało się, że zatoki dopiero zaczynają swoje show :)

Czas niebezpiecznie przyspieszył, a na weekend dałam się porwać w (pa)góry. Objedzona, opita i uchodzona, kilka przemyśleń spłodziłam, jednak po wstępnej autoryzacji post oddalił się w ciemny kąt internetów. Muszę nauczyć się odpuszczać - całe to przejmowanie się innymi odbija się tylko na moim zdrowiu, a mówienie innym, żeby ogarnęli swój ogródek i tak sytuacji nie zmienia.

Zmęczona psychicznie (na szczęście wypoczęta fizycznie!) z przytupem wjechałam w nowy tydzień i nowy turnus w robocie. Choć trafniej byłoby napisać, że to nowy turnus wjechał we mnie. Walcem. To jest w sumie komiczne, że co trzy tygodnie KAŻDY pracownik ma na ustach dwa zdania: ja pierdl oraz ten turnus jest najgorszy. Potem okazuje się, że w porównaniu z kolejnymi wcale taki zły nie był, chociaż obecny będzie dość wysoko w rocznym rankingu - ktoś tak zdenerwował szefową, iż odwołała nasze niepisane prawo do wybaczenia pacjentowi niewielkiego spóźnienia (wielokrotnie pisałam o tym, że 5-cio minutowy poślizg może zdarzyć się każdemu i nawet tego nie odnotowujemy - przeważnie takie spóźnienie nie zaburza pracy, nie powoduje opóźnienia w przyjęciu następnej, najczęściej punktualnej już, osoby). Od poniedziałku zniknęły wszystkie kartki z informacją, iż spóźnienie powyżej 5 min powoduje utratę zabiegu danego dnia. Teraz przyjście na styk opatrzone jest komentarzem, a chociaż minuta spóźnienia - odmową wykonania zabiegu. Więc wyobraźcie sobie co się dzieje!

Do tego ta pogoda! Osobiście wolę śnieg i mróz, niż to, co teraz odbywa się za oknem, hucznie zwane przedwiośniem, a przede wszystkim wolę stabilną sytuację ciśnienia atmosferycznego! Poniedziałek był dramatyczny, bałam się wracać samochodem do domu, bo tak mnie pokładało. Wczoraj już trochę lepiej, choć niewiele udało mi się zrobić po pracy. Dziś powtórka z poniedziałku i przespane kilka godzin po powrocie do domu.. Serio, wolę mróz.

To jak już sobie niekonkretnie pomarudziłam, wspomnę jeszcze o jednym z pacjentów, który trafił do mnie na indywidualną w zeszłym tygodniu - ręka jak balon, gorąca, świecąca, w rozpoznaniu stan po złamaniu. W życiu nie widziałam czegoś takiego! Pierwotnie szyna gipsowa, po kontroli w naszym światłym Grodzie Kraka zamieniona na prawilny gips, oczywiście założony za ciasno, pacjent średnio panikarski typ - bolało, puchło, piekło i drętwiało, ale wytrzymywał, więc nie zgłosił się wcześniej. Sumarycznie ręka unieruchomiona przez 8 tygodni!!! Pytam, czy były zaburzenia zrostu - nie. Zatem po co? I jeszcze skóra uszkodzona w dwóch miejscach przy próbie ściągania gipsu. Chyba nie muszę Wam pisać o (braku) ruchomości?
Płakałam ja (ugniataliście kiedyś kamień?), wył pacjent (wolałabym nie być nigdy w jego skórze!), rozstaliśmy się w dużym lęku - z mojej strony głównie o sens dalszych tortur. A następnego dnia przyszedł wesół i oznajmił, że ubrał się dziś sam. Pół ręki mniej, kciuk odzyskał swoją funkcję, a ja dostałam taki zastrzyk powera, że nawet ugniatanie kamieni boli mniej :)

Tym pozytywnym akcentem kończę i idę poćwiczyć - jutro ładowanie tłustego węgla, więc trzeba spalić na zaś!

N.

czwartek, 26 stycznia 2017

Yankee Candle - All Is Bright

Świeczki i woski o tym zapachu opanowały świat przed Świętami, wzbudzając zachwyt i zbierając same pozytywne opinie. Chociaż jestem na woskowej redukcji* uległam magii darmowej dostawy i zamówiłam sampler All Is Bright


Jak widzicie na zdjęciu, sampler wcisnęłam do słoiczka po biedronkowym jogurcie i przekleiłam etykietę. Tak powstała świeczka cieszy mój nos od grudnia, a jej spalanie idzie dość..opornie. Wiele razy wspominałam, że mam mały pokój i mocne zapachy się w nim nie mieszczą. All Is Bright jest mocnym zapachem, nie powalającym, ale mocnym i stanowczo muszę go sobie dawkować.

Jeden z opisów tego zapachu, jak znalazłam w internecie - taki szampański! - myślę, że to bardzo trafne porównanie, chociaż szampany kojarzą mi się z dużo wytrawniejszym aromatem, ten to raczej wino musujące ;p Słodki, ciężkawy ulep, który próbuje równoważyć cytrusowy aromat. Myślę, że w ten sposób opisałabym go ja po pierwszym wąchaniu i tak jest, gdy próbujemy rozebrać ten zapach na czynniki pierwsze. Jednak All Is Bright nie zasługuje na taką sekcję - ulep z cytryną tworzą spójną, ciekawą całość i mogę im nawet wybaczyć to pierdyknięcie, którym wypełniają mój mikrometraż :p

N.


* Pod koniec grudnia uległam znowu, tym razem niskiej cenie świec i zamówiłam 4 maluszki z Home Aroma. Mężczyzna widząc nowość na mej komodzie, nie omieszkał mi przypomnieć, iż miałam pozbywać się wosków, nie kupować nowe. Dumnie odpaliłam, że to są świeczki, nie woski, to się nie liczy (;p). A on na to: a, w świecy to niby co jest?
No tak, wosk.
Ta bum tss.

poniedziałek, 23 stycznia 2017

V Bieg Wielkich Serc

Od dwóch lat już nawet nie pisałam o tym biegu, w tym roku nawet nie zamierzałam biec! I chociaż życie częściej płata mi figle w drugą stronę (chcę biec, ale nie pobiegnę), tak tym razem miałam siedzieć w domu, a wylądowałam na Bulwarach.


Nie zamierzałam biec, bo nie czułam biegowego flow (po prawdzie, dalej nie czuję), nie trenowałam, nie ruszałam się zbyt wiele - mocno skupiałam się na dojściu z moim ciałem i układem immunologicznym do ładu. Wtem po świętach Mama stwierdziła: biegniesz bieg serc, prawda?, a na moje raczej średnio entuzjastyczne tłumaczenie, że nie wiem, nie zapisałam się, otrzymałam reprymendę, iż chociaż te 5 km pobiec powinnam, wszak cóż to dla mnie. 

To zapisałam się, cóż to dla mnie przebiec 5 km?

Bez przygotowania :D

W istocie słaby pomysł, nie róbcie tego w domu.. Przed biegiem zastanawiałam się tylko, jak się przebiera nogami, jak nie popłynąć z tłumem na początku (to mi się udało, pikny bieg narastającym tempem ;p) i nie wbiec do Wisły, gdy naparzający śnieg zalepia mi oczy <3 Nie chciało mi się okrutnie, byle do Smoka i nazad. Widocznie potrzebny mi był taki wymuszony start, bo od zeszłego poniedziałku wiernie trzymam się polarowego planu treningowego. Oczywiście tego pod październikowy półmaraton! I na maj już hasanie zaklepane, ba, przecież za niecałe 3 tygodnie kolejny bieg! To całe biegactwo to lawina nie do zatrzymania.

Co do samego biegu, to właściwie powielanie opisu przed lat - jest to bieg charytatywny, opłata startowa idzie na WOŚP, w związku z czym w pakiecie jest jedynie zwrotny numer startowy i tona makulatury od sponsorów (w tym roku jeszcze dostałam lizak, bezglutenowy, za to z cukrem i syropem glukozowym na dwóch pierwszych pozycjach w składzie ;p), rozgrywany na dystansie 5 km (i od tego roku także 10 km), w którym uczestniczyć moją także osoby z kijkami (zawsze ustawione w pierwszej linii, także zabawa w slalom gwarantowana!). Dobry bieg na rozruch po zimowym letargu - bez presji, bez walk o życiówkę, za to w szczytnym celu.

N.

sobota, 31 grudnia 2016

Notatka grudniowa #31

Ho ho!
Dziś krótko, bo większość dnia spędziłam w kuchni, a teraz potrzebuję się spakować, zrobić na bóstwo i nie kazać zbyt długo czekać panom, którzy po mnie przyjadą ;p

instagram: natik_89

Wam życzę udanej zabawy sylwestrowej, spełnienia marzeń w nadchodzącym 2017 roku, dużo zdrowia, sił i szczęścia!

I do poczytania w przyszłym roku!

N.

piątek, 30 grudnia 2016

Notatka grudniowa #30

Ho ho!
Czy to już przedostatni post w grudniu!? Przedostatni dzień roku? Jutro Sylwester? Intensywny tryb życia powoduje, iż zawsze jestem zaskoczona tym, co wydawało się tak odległe, tymczasem wyrasta znienacka tuż przede mną.


Po porannym trybie perfekcyjnej pani domu i wizycie u pacjenta, umówiłam się z Mężczyzną na zakupy. Chciał mi pomóc dźwigać siaty :) Jego obecność pozwoliła mi też uniknąć błąkania się po dawno nieodwiedzanym sklepie, realizowaliśmy tylko listę zakupów. I dział motoryzacyjny. I dział elektroniczny. I tak, wyszłam z nową kartą pamięci do aparatu, więc skończy się zmienianie tych 1gb-owych co 200 zdjęć ;p 

W sumie, jak teraz myślę, ile dziś wydałam pieniędzy (kupiłam bazę pod podkład, na promocji w Hebe i jeszcze fizjo-książki, bo do jutra mam ważny kod zniżkowy), to dochodzę do wniosku, że lepiej jest, jak pracuję po kilkanaście godzin dziennie - przynajmniej nie mam kiedy wydawać!

Zatęskniłam dziś za bieganiem, pewnie przez to obłędne słońce. Korci, nęci, ale muszę poczekać, jeszcze chwileczkę. Widziałam też pana biegacza, co tak brawurowo przekracza skrzyżowanie środkiem, znak, że jeszcze nic mu się nie stało :)

Resztę dnia spędziłam na sprzątaniu, teraz szykuję się na relaks z winem. Dziwnie tak mieć wolny wieczór, jeszcze odczuwam niepokój, iż nic nie robię, a może powinnam. Pewnie totalne rozleniwienie przyjdzie dopiero w poniedziałek, gdy potrzebna mi będzie maksymalna mobilizacja. Ale to dopiero w przyszłym roku, mam czas ;D

N.

czwartek, 29 grudnia 2016

Notatka grudniowa #29

Ho ho!
Takie czwartunie to ja mogę pykać do końca życia! Najlepiej codziennie <3
Leniwy poranek, leniwe śniadanie, leniwy make-up. Potem spacer leniwym krokiem do banku, równie leniwie do apteki, by leniwie zameldować się w domu i lenić się jeszcze 3h grając w Simsy ^^


Potem znudziło mi się to ślimacze tempo, więc ekspresowo ogarnęłam mieszkanie, omówiłam z M. kwestie jedzeniowe na Sylwestra i przekopałam przez stos książek kucharskich w poszukiwaniu tego jedynego, idealnego przepisu na murzynka wiśniowego. 

W tym przypływie energii wymyśliłam, że pojadę na zajęcia z jogi. Umordowałam się tam, chwiałam okrutnie, mięśnie smętnie popiskiwały, a ja pokornie przyznawałam sama przed sobą, iż tylko czuję się dobrze - bo ni ... nie jest dobrze. Już nie mogę doczekać się powrotu do biegania xD

Także dla własnego bezpieczeństwa dziś już zwalniam obroty, wracam czytać książkę i zbierać siły na jutrzejszy dzień. Dobranoc!

N.

środa, 28 grudnia 2016

Notatka grudniowa #28

Ho ho!
Po wczorajszym produktywno-relaksacyjnym dniu nadszedł dzień pracy. Choć praca to w tym przypadku za duże słowo. Po pracuni udałam się do Bonarki na ubraniowe łowy. Niestety jest teraz szał przecen (w większości udawanych przecen, uważajcie szczególnie w sklepie Martes Sport ;p), więc to, co znaleźć można w sklepach określę jednym słowem: burdel. Nie znalazłam nic z mojej listy, ale na pocieszenie wpadł balsam z Yves Rocher, który poleciła mi dziewczyna kumpla Mężczyzny, a który stosuję jako krem do rąk na noc, więc starcza mi na rok <3 Dobrze, że była promocja -50%, inaczej jego cena jest rozśmieszająco absurdalna :D


Zrobiłam jeszcze zakupy do domu i na tym moja werwa się skończyła. Nawet drzemka nie pomogła. Od popołudnia ból chce rozsadzić mi głowę, więc wyczekiwane spotkanie z Mężczyzną miało charakter, jak sam to określił, wysysania ze mnie energii. Chyba muszę po prostu zakończyć już ten dzień, jutro na pewno będzie lepiej.

Na pewno.

N.

wtorek, 27 grudnia 2016

Notatka grudniowa #24 + #25 + #26 + #27

Ho ho!
No, i wyszła kumulacja we wtorkowym wpisie. Najgorzej, iż nie notowałam na bieżąco, więc muszę się teraz wysilić i przypomnieć sobie, co też takiego robiłam przez ostatnie 4 dni :)


W nocy z piątku na sobotę nie spałam za wiele - leki niezbyt działają i topię się w tym, co leci mi z nosa i oczu. To znów temperatura rośnie i trzepie mną na wszystkie strony. Jeśli usnę i obracam się na bok, wybudza mnie ból stawów. Wykończona zwlekam się rano z łóżka (jak na złość, właśnie zapadałam w sen..), bo przed świętami zajęć nie brakuje. Z biegiem dnia nawet się rozkręcam i dopiero przy wigilijnym stole nadchodzi apogeum (tak wtedy myślałam).

Wigilię spędzaliśmy u wujostwa, z dziadkami. Wieczerza zaczęła się nieco wcześniej, ponieważ kuzynka musiała iść do pracy, a chcieliśmy się wszyscy przełamać opłatkiem. Aby nie była stratna, snapowałam jej wszystko, co się działo (ona odwdzięczała się snapami swego pustego miejsca pracy - tyle dobrze, że mogła spędzić nockę w spokoju), a działo się to, co zwykle: szaleństwa kotów, jedzenie, picie, jeszcze więcej jedzenia, prezenty, znów jedzenie i klasyka, gdy przy stole siedzi fizjoterapeuta, czyli Natala, a co mi jest!? 

Wcześniejsza biesiada niestety nie zaowocowała wcześniejszym powrotem do domu, choć po cichu liczyłam, że skoro rodzice zrezygnowali z Pasterki, by trawiące nas infekcje nie przerodziły się w hospitalizację, to wrócimy do domu przed północą. 

Nie.

Powrót do domu nie oznacza też położenia się spać, gdyż z rodzicami otwieramy nasze prezenty pod naszą choinką. Zwykle bardzo cieszę się na ten moment: ciszę, kieliszek orzechówki na trawienie lub porzeczkówki na rozgrzanie po kościele i rozmowy. Tym razem pragnęłam tylko, by ktoś już mnie zastrzelił. Kaszel chciał mnie zabić, słoń siadł na klacie, a z nosa puściła się krew. 


Noc z soboty na niedzielę była jeszcze fajniejsza - tym razem zasypiałam, a to, co mi się śniło, zapewne sam King by podchwycił.. Plan na niedzielę wyglądał następująco: obiad u nas. W praktyce od rana w kuchni, bo obiad zawsze musi być wypaśny, a przygotowania zajmują czas. Na 15 min przed przybyciem gości wciąż latałam w piżamie, a o biżuterii przypomniałam sobie już po wymianie gości.

Wymiana gości następuje, gdy dziadkowie postanawiają jechać do domu, a chwilę po nich przyjeżdżają znajomi i druga część rodziny - imprezka zaczyna się od nowa. U mnie akurat ta roszada pięknie pokryła się ze wzrostem temperatury, więc ewakuowałam się do pokoju i trzepałam pod pledem. Wspomniana wyżej kuzynka, która już w Wigilię czuła się podle, w niedzielę była chyba w najgorszym momencie swojej choroby. Niestety, u nas w rodzinie, jak widać, nie jest to powód, by odpuścić sobie zabawę - nie dość, że laska przelewała się przez ręce, kaszlała tak, że gruźlica przy tym, to pokasływanie, musiała czekać na rodzinę, by odwieźć ich do domu, to jeszcze miała w poniedziałek na rano do pracy. Leżałam tak pod tym pledem i myślałam sobie, że ten świat definitywnie zmierza ku zagładzie - skoro nawet nie potrafimy oszczędzać cierpień własnym dzieciom!?

Noc z niedzieli na poniedziałek przyniosła jeszcze jedną kiepską wieść - odchodzi George Michael. Ten rok zebrał srogie żniwo, ale ta śmierć trzepnęła mnie najmocniej. Posłuchajcie sobie piosenki, którą napisał po tym, jak przetrwał zapalenie płuc kilka lat temu - White Light - wsłuchajcie się szczególnie w słowa pierwszej zwrotki. 


Poniedziałek do południa spędzam w łóżku. Wyszłam tylko na śniadanie, ale ból stawów doprowadzał mnie do łez, więc wróciłam do leżenia i pozycji przeciwbólowych. Dramat. O 13 zebrałam zwłoki, pojechałam na cmentarz, potem do dziadków (tak, tych samych od trzech dni, całe towarzystwo to te same osoby przez trzy dni - ja po wigilii już nie mam o czym rozmawiać z kuzynkami..) na obiad, dla odmiany ;p Dragi trzymały mnie w pionie, ale z wizyty u drugiego wujostwa już zrezygnowałam i pojechałam do domu. O 19 byłam już w łóżku, zasnęłam od razu i spałam snem nieprzerwanym do 21! To chyba mój rekord w te święta.. 2h ciągłego snu!

Dzisiejsze wolne w pracy postanowiłam spożytkować na wyzdrowienie. Kiszę się cały dzień w domu, wychodząc z łóżka tylko po to, by nastawić pranie, powiesić pranie, włączyć zmywarkę, rozładować zmywarkę, wziąć coś do jedzenia/picia i zadbać o siebie (tak, w końcu znalazłam czas na pomalowanie paznokci na święta! :D:D). Moja lista to-do zajęła całą kolumnę na dzisiejszy dzień w kalendarzu, ale radość z odhaczenia prawie wszystkiego jest zajebista! Od razu mi lepiej!

N.

piątek, 23 grudnia 2016

Notatka grudniowa #23

Ho ho..
Dziś będzie krótko i zwięźle - nosz, motyla noga!


Tak, na pewno znacie to powiedzenie o rozśmieszaniu Boga! Najwyraźniej czasu na przygotowanie się do startu w lutym będę miała jeszcze mniej. Tata zaraził Mamę, któreś z nich mnie i oto szaleję w kuchni ze stanem podgorączkowym. I to niekoniecznie spowodowanym pośpiechem. 

A jeszcze rano było tak dobrze! Produktywny poranek, otwieranie sklepów, które muszę zaliczyć (bez kolejek, jupi!), ogarnięcie domu i już o 11 byłam w pracy. Co prawda z nosa nieco ciekło, ale niech podniesie rękę ten, komu wchodzenie z mrozu do ciepłego pomieszczenia nie rozczula śluzówki :> Ubrałam się w mycie młynka borowinowego, przypadkiem odkrywając lifehack skracający czas mycia młynka z dwóch godzin do jednej - da się wyjąć zeń pióra i nie trzeba lawirować między nimi. Niemniej palec sobie przecięłam - co tradycja, to tradycja - nikt nie wychodzi z całymi łapami po myciu młynka. Po pracy pacjent i już wracając od niego czułam, że nie jest dobrze. Piękne święta przede mną!

N.

czwartek, 22 grudnia 2016

Notatka grudniowa #22

Ho ho!
Pojutrze wigilia..
Wiecie, że jestem świętosceptykiem, więc odliczać powinnam raczej do wtorku ;p Zastanawiam się właśnie, jak rozwiązać kwestię wpisów w ten piękny, rodzinny czas, bo szans na powrót do domu przed północą i skrobnięcie czegokolwiek definitywnie nie będzie. Może kumulacja we wtorkowym wpisie?


Wtorek zapowiada się intensywnie - to ten dzień, na który spycham wszystko na po świętach, a jeszcze okoliczności nieco zmuszają mnie do powrotu do biegania. Nie to, żebym nie chciała, ale miałam nadzieję na dużo patatajania dla przyjemności, tymczasem szykuje mi się służbowy start w lutym i na gwałt muszę sobie przypomnieć, jak się szybko przebiera nogami o.O 

Jednak zanim bieganie, trzeba przeżyć święta. Dziś oprócz codziennej wizyty na placu targowym (dobrze, że mam jeden fajny pod nosem!), spędziłam popołudnie na wyczekiwaniu na kuriera, który ku mojemu szczeremu zdziwieniu nie odpierdolił żadnego cyrku, tylko umówił się, przyjechał, dostarczył paczkę i pojechał. Cud, tym bardziej, że w tak gorącym okresie.. Potem odpicowałam wieniec/stroik adwentowy (igły zaczęły opadać, trzeba było wymienić całą żywą jego część) i zostałam z ażurowymi łapkami. A jeszcze oparzenia od siarki się nie wygoiły. Smutek mocno.

Wracając w poniedziałek od cioci, zaczęłam czytać książkę pt. Klinika (nie pamiętam czyjego autorstwa, a nie chce mi się przełączać na czytniku ;p). Zaczęła się tak obrzydliwie, że właściwie nie wiem dlaczego czytałam ją dalej (dobra, wiem, miałam przed sobą 40 min w autobusie), a teraz tak mnie wciągnęła, że muszę się hamować, bo nie spałabym już wcale. Także spadam na moje przydziałowe 30 min z książką - dobranoc!

N.

środa, 21 grudnia 2016

Notatka grudniowa #19 + #20 + #21

Ho ho!
Piękne combo, prawda? W poniedziałek odpuściłam sobie pisanie z premedytacją - chciałam iść spać. Wtorek zadecydował za mnie i czasu nie znalazłam. Dlatego dziś piszę już teraz, nim znowu zdarzy się coś, co oderwie moją uwagę od notatki grudniowej.


Poniedziałek był mocnym akcentem. Jak wchodzić w nowy tydzień, to szturmem! Od świtu kąpałam w siarce, potem pojechałam do pacjenta, od niego do cioci, gdzie nie skończyło się na terapii manualnej, a na nagrywaniu płyt ze zdjęciami (nie pytajcie). Wpadłam do domu na całe pół godziny, podczas których mama podała mi talerz z odgrzanym obiadem, a ja jedząc go, pakowałam się na jogę. I przebierałam, także ciekawe kombinacje z zastawą ;p Zjogowałam się i zameldowałam w domu o 22:30 - mocny początek tygodnia!

Niewiele brakło, a dałabym sobie siana z jogą, ale to była prawdopodobnie ostatnia szansa, by pojawić się w tym tygodniu na zajęciach, więc szkoda odmawiać sobie przyjemności. Cieszę się, że poszłam, w końcu ruch to zdrowie, a tego mi teraz najbardziej potrzeba.

Wtorek stał pod znakiem załatwiania spraw nieco mniejszych - ostatnie prezenty, dekorowanie pierniczków (nie dokończyłam, brakło mi cierpliwości), ratowanie paznokci, poszukiwania białej bluzki (wymyśliłam sobie, nie? białą bluzkę znaleźć w sieciówkach..) i jeszcze całej listy innych spraw, których nawet nie zaczęłam, bo jak grzyby po deszczu wyrastały problemy i załatwienia na wczoraj. Znów położyłam się nieco za późno jak na wstawanie nad ranem (albo w nocy ;p).

A dziś jest jeszcze ciekawiej! Wczoraj jedna z pań, z którymi pracuję na mokrych zabiegach, dowiedziała się przez telefon, że jednak od nowego roku zatrudniona nie będzie (jest na śmieciówce, tak jak my). Rozumiem jej rozżalenie i ogrom emocji, który nią miotał, gdy usłyszała te cudowne wieści, choć zachowania już nieszczególnie pojmuję. Oświadczyła, że zatem od dziś nie przychodzi już do pracy - nie wiem, czy chciała zrobić na złość kierowniczkom (choć to nie była ich decyzja, tylko z wyższego szczebla), ale zrobiła głównie nam, swoim koleżankom. Na trzy dni przed świętami, oprócz swojej zmiany, swoich pacjentów i swoich rodzinnych obowiązków, muszę jeszcze obrabiać jej zmianę. Niestety, taka mentalność, może za długo na siarce przesiedziała (tak, naprawdę już czas się ewakuować ;p).

Jeśli już mowa o obowiązkach, to wracam dekorować pierniki, pakować prezenty i pić grzańca :) Odezwę się jutro, a Wam życzę mniejszego burdelu przedświątecznego!

N.

niedziela, 18 grudnia 2016

Notatka grudniowa #18

Ho ho!
Niedawno wróciłam do domu. Dzisiejszy dzień stał pod znakiem dorocznej mszy świętej w intencji Dziadka J., co oznacza nic innego, jak spęd rodzinny po drugiej (jak dla mnie) stronie miasta. Fajnie, ale chyba tylko uczucie zamarzania w kościelnej ławie uchroniło mnie przed zaśnięciem (nie było nudno, ale przydałby mi się jeszcze weekend na odpoczynek i odespanie minionego tygodnia). 


Ponieważ wczoraj poszłam rekordowo wcześnie spać, dziś wstałam wraz z kogutami. Dokończyłam książkę na kindlu, obejrzałam kilka vlogmasów i postanowiłam zabrać się za coś pożytecznego. Stanęło na wyczyszczeniu kolczyków (zapomniałam je zdjąć w poniedziałek przed siarkową zmianą, więc po sześciu dniach były całe czarne..). Pochwaliłam się pomysłem na głos i z trzech kolczyków zrobiło się godzinne czyszczenie sreber domowych :D Najpierw elektroliza, potem polerka na wysoki połysk. Dziś uszy świeciły mi się jak psu jajca.. no, wiadomo co ;p

Popołudniu wybraliśmy się z Mężczyzną na spacer. Akurat dopadł nas masywny opad śniegu, więc nie mogło być lepiej <3. Po drodze zaliczyliśmy Lidla - nerkowce uzupełnione, znalazłam też herbatę o smaku imbiru z rokitnikiem i po pierwszej degustacji gorąco polecam. Ostra, kwaśna i gorąca - jak znalazł po spacerze w śnieżnej zawierusze!

Przede mną kolejny zacny tydzień, tym razem zaczynam z grubej rury - siara, pacjent, ciocia i jak czas pozwoli, joga na deser (tak, wracam do aktywności!). Czy wspominałam już, że coś bym sobie odpoczęła? 

N.

sobota, 17 grudnia 2016

Notatka grudniowa #17

Ho ho!
Wstaję nad ranem. No, dobra, o piątej. Pełzając zaliczam kolejne pomieszczenia w domu, szykując się do pracy. Nieubłaganie wybija godzina, gdy trzeba iść odskrobać auto. To idę. Ledwie włączyłam silnik, pojawia się sąsiadka z pieskiem i przez bite piętnaście minut, gdy szukam szyb pod warstwą lodu, nawija. Biedny pies. 


W robocie przez pierwsze dwie i pół godziny odhaczam 3/4 pacjentów. Tempo zawrotne i zwiastujące tylko jedno - za dobrze mi idzie, bym wyrobiła się wcześniej do domu. Między dziesiątą a dwunastą pojedyncze duszyczki ładują się siarką, a potem siedzę dwie godziny (bez krzyżówek, bo zapomniałam..) i czekam na chłopaczka z czternastej. Gdybym wiedziała, pojechałabym do domu na obiad i wróciła wykąpać :) 

A tak, obiad czeka mnie później. Po nim odlatuję, jak zawsze po sobotniej zmianie. Nie lubię siarkowych zmian, a teraz mam dwa tygodnie pod rząd piekiełka. Paznokcie odłupane do połowy płytki, skóra prawej dłoni (mój wbudowany termometr i mieszadło) w zaniku i te włosy... tak ciągną zapałkami, że ilekroć ściągam czapkę i się elektryzują, obawiam się pożaru ;p

Po drzemce (czy sen przez półtorej godziny można jeszcze nazwać drzemką? ;p) lecę do paczkowozu, na szybkie zakupy i sprzątam pokój. Reszta wieczoru też zapowiada się spokojna - grzaniec, Taśmy Anatomiczne i kokoning. 

N.

piątek, 16 grudnia 2016

Notatka grudniowa #15 + #16

Ho ho!
Nie chciało mi się pisać wczorajszego posta - przyznaję bez bicia. Dzień trochę bez wrażeń (pozytywnych), wieczorne manewry samochodowe (i pan w radio, który nie wymawia "r"), no może pakowanie prezentu mikołajkowego do pracy - tak, to chwilowo pobudziło moją kreatywność.


Dzisiaj Mikołaj odwiedził nas po raz drugi, z prezentami, ale tylko dla tych grzecznych pracowników ;p Żegnaliśmy także koleżankę, która zmienia pracę - tak bardzo to do mnie nie dociera, że nie wyobrażam sobie nie widzieć jej w przyszłym tygodniu, czy w styczniu. No, i skończą się akcje pt. pacjenci, którzy nas mylą i składają skargę na mnie, choć za skórę zalazła koleżanka - teraz wszystko pójdzie na moje konto ;p Powoli osób, które były w zespole, gdy ja zaczynałam, ubywa. Jeszcze uściski i świąteczne życzenia z osobami, które idą na przymusowy urlop i zrobiło się dziś bardzo refleksyjnie. 

Od dziś czuć też przedświąteczną gorączkę. Wszyscy, ale to wszyscy - pacjenci, personel, rodzina - wzdychają, że są w lesie z robotą. Zakupy, mycie szaf, prezenty, uszka nie ulepione.. dramat za dramatem. O ile kwestię uszek jestem w stanie zrozumieć, bo też wolę na wigilijnym stole domowe wyroby, a nie gotowce, tak generalnych porządków na półtora tygodnia przed świętami nie kumam. Po co dokładać sobie więcej roboty? Czy zaproszeni goście będą nam grasować z białą rękawiczką po pawlaczach?

Po pracy miałam tour de Rossmann i poczta - bo płyn do demakijażu wziął i się skończył (tak nagle, wcale od tygodnia nie wyciskam go na siłę ;p), no i awizo zastukało do mych drzwi (to ta paczka opisywana w poniedziałek - trzeba było wysmarować maila do PP, by się odnalazła..). Teraz siedzę, popijam wino w szklance i śledzę co się w Sejmie dzieje. Chyba jestem zbyt zmęczona, by żywo reagować, czasem tylko korci mnie, by podejść do takiego wyborcy PIS i puknąć go w skroń. Kowadłem.

N.