środa, 29 października 2014

1. PZU Cracovia Półmaraton Królewski


Przebiegłam półmaraton.
Chyba wciąż to do mnie nie dociera :) Pamiętam, jak kilkanaście tygodni temu, wracając z pracy słuchałam TEJ piosenki. Przed oczami pojawiła się scena, gdy przebiegam przez metę, uradowana, dopingowana przez bliskich, dumna z siebie jak paw. I poryczałam się ze wzruszenia (w autobusie..). Od tamtego zdarzenia moim przygotowaniom do półmaratonu towarzyszyły głównie dwie emocje: ekscytacja oraz paniczny lęk. Jednego dnia podczas treningu po mojej głowie buszowały piękne wizualizacje biegu, kolejnego ból właściwie całego ciała i ogromne zmęczenie powodowały, że żałowałam swojego zgłoszenia się. Może to właśnie ta huśtawka emocjonalna ostatnich tygodni spowodowała, że gdy wybiła godzina zero, a potem wbiegłam na metę, nie czułam prawie nic..

Po pakiet startowy udałam się w piątek rano. Biuro zawodów było tak schowane, że zwiedziłam cały Stadion Miejski, nim w końcu trafiłam, gdzie chciałam :) Napaliłam się też strasznie na expo, ale o tej godzinie nie działo się tam NIC. Tak więc po 5 min było po wszystkim i pojechałam jeszcze po ubezpieczenie NNW. Tutaj mała dygresja - wiele osób było zdziwione tym, że ubezpieczam się na bieg. Lub, gdy jadę na narty (szczególnie za granicę). To nie są duże kwoty (bieg - 1,66 zł, narty - 5 zł/dzień), a spokój ducha jest. Może Kraków to nie Boston, ale nie mam pewności, że moje teoretycznie zdrowe serce nie postanowi z dupy zatrzymać się podczas półmaratonu :D Bo już o jakiś błahostkach typu skręcenia/zwichnięcia/złamania/wbiegnięcie do Wisły nie wspominam - to się może przytrafić każdemu.

Wracając do pakietu. Jego zawartość jak zwykle - numer startowy, koszulka, makulatura, bony na posiłek regeneracyjny.. Urzekło mnie natomiast opakowanie - worek! To zdecydowanie lepsze rozwiązanie, niż kolejna reklamówka, która zalegnie na wysypisku. Będę sobie w nim nosić buty na siatkówkę ^^

W niedzielę obudziłam się nieco oszołomiona. Po raz pierwszy doświadczyłam czegoś, o czym dotychczas tylko czytałam lub słyszałam od innych biegaczy - nerwowej nocy tuż przed startem. Nijak nie mogłam się wygodnie ułożyć, było mi za zimno, za gorąco, poduszka była zła, wszystko było złe. Chyba do drugiej w nocy przeglądałam internety na telefonie, bo myślałam, że oszaleję! Dobrze, że była zmiana czasu, zawsze to godzina więcej spania. Po dość leniwym poranku ruszyłam z Rodzicami w stronę Rynku.


I tam w końcu poczułam się dobrze! Znajomy ucisk w klatce piersiowej, zwiastujący narastającą ekscytację, takie wewnętrzne ciepło, pozwalające na pozbycie się odzieży wierzchniej, wielowarstwowej tamtego dnia ;p Tłum rozgrzewających się biegaczy, skaczących w strefach startowych, tłum kibiców, hejnał tuż przed wystrzałem pistoletu i... lecimy!

Pierwsze dwa kilometry
..to wydostawanie się ze strefy startowej, dość tłoczna Grodzka, jeszcze bardziej tłoczne Planty, aż do momentu, gdy wbiegamy na Piłsudskiego! Ta cisza i pustka zwykle tłocznej ulicy, sami biegacze (biegłam po torowisku, więc byłam tramwajem ;p) i mgła, która sprawiała, że Kraków stał się takim trochę miastem wymarłym, po którym ktoś przepędza 3 tysiące ludków ;p Humor mi dopisywał, chwilę później dogoniłam Pana Bosego Biegacza i z uciechą słuchałam jego ripost na dajesz, dajesz! kierowane w jego stronę od innych biegaczy (sama nacięłam się na B3K nawołując do dawania i usłyszałam, że daje, to jego dziewczyna, jemu, w łóżku :D). Aleje okazały się być beznadziejne do biegania, wszędzie koleiny, ale już za raz, za momencik mieliśmy wbiec na kółko wokół Błoń. Momentalnie siły witalne mnie opuściły, no nie lubię tam biegać i już. Zajęłam głowę piosenkami w odtwarzaczu i parłam naprzód.

Siódmy kilometr
..trochę mnie zaskoczył. Jednym z wariantów na kryzys głowy, było podzielenie dystansu na 3 x 7 km. A tu nagle, ku mojemu zaskoczeniu, nie wiem kiedy, pierwsza siódemka pękła. Zupełnie tego nie czułam w nogach, ba, zdałam sobie sprawę, że nie robię marszobiegów!

Dziesiąty kilometr
..dał mi w zad. Było mi zimno, mimo długich spodni i rękawów, opaski na uszy i komina. Brakowało tylko rękawiczek - miałam tak skostniałe palce, że nie mogłam sobie poradzić z rozpięciem kieszeni w spodniach i wydobyciem miodu.. Jeszcze długo po powrocie do domu odpisywałam na fejsie uderzając nosem w ekran telefonu, bo rączki nie działały. Dziś schodzi mi skóra z palców <3
Było to też moment, gdy zaczęłam zwalniać. Może to już zmęczenie, może wystudzone zimnem mięśnie, w każdym razie z każdym kolejnym kilometrem słyszałam w słuchawkach coraz gorszy lap pace.

Trzynasty kilometr
..spędziłam na otwieraniu i konsumpcji miodu :D Mam nadzieje, że nie będzie tego na żadnych zdjęciach! Potem już tylko myślałam, że zaraz Rynek i czekający na mnie Rodzice, trzeba trzymać fason ;p Na Bernardyńskiej wypatrzyłam Ewelinę, przywitałam się i oddałam dalszemu kumulowaniu energii na pętelkę po Rynku. Pierwsze pytanie mojej Mamy - czy dam radę dalej biec - musiałam wyglądać bardzo źle, choć nawet nieźle się czułam. Biegi uliczne dają taką energię, moc, skutecznie odciągają myśli od tego ile już się przebiegło, ile przed nami - liczy się tylko to, co będzie za zakrętem. A za zakrętem czekał (i dopingował).. Dziadek! Znowu mnie zaskoczył! Dostałam takich skrzydeł, że wyprułam z Wiślnej i nagle na Plantach opadła ze mnie energia, chwilkę musiałam pomaszerować, dopiłam przekazaną przez Rodziców colę. I właśnie wtedy zaczęły się schody - minęły mnie zające na 2:10! Jak to się stało!? Przecież jak zawracaliśmy przed Rondem Matecznego, tych baloników nawet nie było widać.. Gdzie ja posiałam cały ten czas? Dziś patrzę na endo i wiem - traciłam już od 10-go kilometra. Ruszyłam w pogoń za pacemakerami. Po dwóch kilometrach nawet oni zaczęli zostawiać mnie w tyle..

20-21 km
..to na tym odcinku rozegrał się mój półmaraton. Walka z głową, walka ze zmęczeniem, walka z ambicją. Na problemy z głową miałam przygotowane kilka haków, wizualizacje, wierszyki itp. Zmęczenie postanowiłam po prostu ignorować. Dopóki stoję na nogach, mogę biec. Niestety, ambicja.. Startowałam z planem ukończenia biegu. Nie nastawiałam się na konkretny czas, wiedząc, że marszobiegi do form szybkiego przemieszczania się nie należą. Tymczasem pierwsze 10 km pocisnęłam tak dobrze, iż w mej głowie zrodził się pomysł na zrobienie półmaratonu w 2h, no może kilka minut dłużej. Na taki obrót spraw nie wpadłam, więc nawet nie wiedziałam, jak bronić się przed swoimi głupimi pomysłami :D Oczywiście nie byłam fizycznie gotowa na taki czas, ale głowa jakoś tego nie akceptowała i gdy wpadłam na metę z czasem netto 2h 11 min 14 sek, wcale nie czułam się zwycięzcą.

A przecież jestem zwycięzcą.

Postawiłam sobie cel. Dołożyłam starań, by przygotować się do tego startu (kilkanaście tygodni planu treningowego, litry niewypitego alkoholu, kilka imprez, na których mnie nie było, ileś tam niezjedzonych czizików ;p), pobiegłam i bieg ukończyłam. W przyzwoitym, myślę, czasie.

I choć dla wielu osób jestem szalona, wielka, bo to przecież półmaraton, przecież 2h biegania, to mam takie wrażenie, że nie zrobiłam nic szczególnego. To chyba najdłużej dochodzący do mnie sukces biegowy :)

Regeneracja
Może komuś się przyda te kilka zdań. Intensywne treningi przed półmaratonem zrujnowały moją gibkość. Czułam się (i dalej czuję) jak kaleka, bo jak bym się nie schyliła, zawsze coś ciągnie, coś blokuje. Mięśnie miałam bardzo napięte, masaże i stretching niewiele pomagały. Opracowywanie punktów spustowych przynosiło poprawę może na tydzień. Tymczasem po niedzielnych zmaganiach stała się rzecz dziwna - rozluźniłam się.

Być może ma to związek z tym, co robiłam po biegu, by następnego dnia bolało mniej. Otóż - gorąca kąpiel. Nie przepadam za kiszeniem się, ale jak mus, to mus. Z resztą, musiałam się rozgrzać, bo byłam tak przemarznięta, że zsiniały mi usta. Posiedziałam kilkanaście minut w gorącej wodzie, przyjmując dość zaskakujące pozycje (by zanurzyć jak najwięcej ciała), rozmasowałam sobie nogi - stopy, stawy skokowe (a więzadła mocno się napracowały!), podudzia, kolanom dałam spokój (i dobrze, jak się potem okazało), udka i pośladki. Potem dochodziłam do siebie zawinięta we wszystkie koce świata. Gdy temperatura w końcu osiągnęła normę, zabrałam się za rolowanie - butelka z gazowaną wodą i dawaj - podudzia, uda z każdej możliwej strony oraz pośladki na piłce do tenisa. Rolując boczną stronę ud odkryłam przyczynę dziwnego bólu w okolicy kolan - napinacz powięzi szerokiej się wziął i napiął za bardzo.. pociągnął całe pasmo biodrowo-piszczelowe i kolana zawyły. Oczywiście, co się nasłuchałam odnośnie kolan, to moje, ale o tym później ;p Na szczęście rolowanie, masaż i święty spokój uchroniły mnie od rozwoju stanu zapalnego, więc uff.
Wieczorem zażyłam powtórnej kąpieli, tym razem z dodatkiem soli. Potem delikatny stretching i dużo snu. Może niepotrzebnie kręcę nosem na wygrzewanie się w wannie?

Wsparcie
A teraz streszczę Wam rozmowę telefoniczną z moją Babcią. Nie przyjechała z Dziadkiem na Rynek, więc postanowiła zadzwonić wieczorem. Z gratulacjami. Bardzo specyficznymi :>
Zaczęła od wypytania na ile to ten półmaraton? Moja odpowiedź wyzwoliła w niej hejt absolutny, dowiedziałam się, że jestem niepoważna, przecież to nie jest normalne tyle biegać, jak ja teraz będę chodzić, pewnie boli mnie kolano, co ortopeda mówił? czemu go nie słucham, zniszczę sobie stawy. Nie szanuję swojego ciała! Oczywiście, gratuluje mi tego półmaratonu, ale jest na mnie zła za taką lekkomyślność.

Z rodziną tylko na zdjęciach ;D

I tak właśnie wyglądał mój debiut na 21 km. Półmaraton. Jestem półmaratończykiem :) Wciąż brzmi to jak abstrakcja. Organizacyjnie nie mam żadnych ale, nawet wgniecione w asfalt banany nie zrujnowały mojego dobrego wrażenia. Trasa bardzo mi się podobała, jako rdzenny osadnik Grodu Kraka nie miewałam dotychczas okazji do przebiegnięcia się tunelem pod Rondem Grundwaldzkim, drąc mordę, bo echo niesie :) albo wykręcania sobie kostek w koleinach na Alejach. I ten mrok mgły!
Impreza zdecydowanie warta polecenia!

PZU, nie ma za co ;p


N.

niedziela, 26 października 2014

WeekEnd - Pobiegamy, zobaczymy!

Miłe słowa od Beaty Sadowskiej :)

WZLOTY I UPADKI

Na dobry początek tygodnia nieco złych wieści. Mój ulubiony fitness klub poinformował, iż kolejne zmiany w grafiku dokonane zostały. Już się w zeszłym tygodniu nacięłam i na pewniaka chciałam zapisać na zajęcia, których nie ma.. i po analizie nowego świstka z rozpiską doszłam do wniosku, że ograniczyli liczbę zajęć wspominanemu już na łamach tego bloga prowadzącemu. No, spoko. To jak teraz ma zajęcia tylko w pt i sob, to ciężko będzie nań trafić. Aż tu w poniedziałek pojawił się nowy grafik, tym razem nie przewidujący żadnych zajęć z Kubą. Very bardzo zrobiło mi się przykro i już miałam fochem zarzucić, coś pt. Moja przygoda z Azikiem zaczęła się od zajęć z Kubą, niech więc wraz z ich brakiem, braknie też mnie w bazie klubowiczów, ale po pierwsze - szkoda by mi było pilatesa z Justyną, a po drugie - mój czasowy rozbrat z Azikiem miałby miejsce niezależnie od zmian kadrowych, więc byłoby to takie pitolenie dla pitolenia :)
Ale szkoda, nikt tam tak mnie nie cisnął, reszta prowadzących widząc mój zmarszczony ryj przy szóstym powtórzeniu w serii zaleca chwilkę oddechu, zamiast stanąć obok i konsekwentnie odliczać do końca. Bo co to za progres, jak na drugi dzień nie ma nawet zakwasów?

Ten denny poniedziałek uratował nie kto inny, jak Mężczyzna. Są kobiety, którym na pocieszenie trzeba dać kwiatka, z jakimś drobnym, srebrnym łańcuszkiem w zestawie (;p), inne trzeba wykarmić (w tej grupie stoję na czele!) lub napoić. Są takie, które wymagają czułych słów i wielogodzinnych analiz sytuacji oraz takie, których uwagę trzeba odwrócić od złych wieści. I tak Azik-gate zaprzątało mą głowę tylko do momentu, gdy Mężczyzna wręczył mi swój stary telefon, który na dniach będzie moim nowym i zaczęłam go ogarniać <3
Przepaść między prędkością działania mojego starego HTC i tego nowego jest tak rażąca, że nie nadążam za tym, co się dzieje na ekranie, gdy go smyram :D Wszystkie moje aplikacje zainstalowały się w 10min, gdy ktoś do mnie dzwoni, pukam i już połączenie odebrane, a nie, jak wcześniej - gra i wibruje jeszcze 10 sekund, a rozmówca, albo dalej słucha sygnału połączenia, albo mojego kurwa, działaj, noooo ;p

Reszta tygodnia upłynęła pod znakiem bo półmaraton. Nie idę na siatkę, bo półmaraton. Nie ubiorę cieplejszych butów, bo wszystkie, które mam są na obcasie/słupku i mogłabym skręcić nogę, a przecież półmaraton. Nie idę na piwo, bo półmaraton, a nie chce mi się tłumaczyć czemu nie piję ;p

W piątek z rana wyruszyłam po pakiet startowy, chciałam pobuszować po Expo, ale jakoś nic się tam nie działo.. Pojechałam więc do PZU po ubezpieczenie NNW (sponsor tytularny, a 1,66 zł za osobę nie mógł wybulić!), gdzie pogawędziłam sobie z panem Łukaszem o bieganiu, ironii tej całej sytuacji, dostałam nawet dodatkowe opcje - na wypadek zawału serca lub krwawienia śródczaszkowego :D

Sobota upłynęła mi na Targach Książki i buszowaniu po Bonarce. O Targach napiszę kilka słów na dniach, o shoppingu nie ma co wspominać - miałyśmy wpaść z Mamą do dwóch sklepów, a prawie zamknęłyśmy galerię :) I nic sobie nie kupiłam -.-

WYZWANIE NA KOLEJNY TYDZIEŃ

Ogarnąć się. Jak na człowieka bombardowanego z każdej możliwej strony owsiankami, owocami goi, jarmużem i takimi tam zdrowymi produktami przystało, postanowiłam wziąć się za swoją dietę. Czytam jak szalona, szacuję ile kcal powinnam przyjmować, jak jeść, by jeść regularnie (co przy pracy na zmiany łatwe nie jest) i bardziej odżywiać się, niż po prostu karmić. Nie powiem, wdrażane przez Mężczyznę zmiany żywieniowe sprawiają, że po raz pierwszy zrobiłam cokolwiek w tym kierunku poza stwierdzeniem, że jem byle co. Jakoś tak nie chcę odstawać ;p

Regeneracja. Buty biegowe idą do zasłużonego prania i nie ubieram ich dopóki nie zapomnę, że już mi się nie chce biegać (co pewnie nie będzie trwało długo po wybuchu endorfin ładowanych przez 21 km...). Tyrałam swój organizm, zrealizowałam swój szalony plan - teraz należy mu się dużo głaskania!

PRZYGOTOWANIA DO PÓŁMARATONU KRÓLEWSKIEGO

..uważam za zakończone! :D
We wtorek pohasałam ze 3 km, prawie zaryłam twarzą o chodnik po potknięciu się (czasem nie rozumiem jak udaje mi się zagiąć prawa fizyki i wyratować z takiej pozornie beznadziejnej sytuacji..), we czwartek olałam siatkówkę i poszłam na bieżnię torturować się przez 6 km. Ku mej radości GPS umarł i nie powstał, więc biegłam na czuja, zmieniając nieco plan treningowy. Ale było zimno i przyjemnie!

Do niedzieli mój jedyny kontakt z butami do biegania miał miejsce przy próbie zmycia zeń błota po czwartkowym treningu. Chwyciłam za mojego ukochanego CIFa z wybielaczem, poszorowałam i..wybieliłam podeszwy tak, że wyglądają jak nówki, nieśmigane. Idealnie na półmaraton :D

A samą połówkę ukończyłam z czasem netto 2:11:14 - coś bym urwała i ta świadomość jakoś przesłania radość z tego, co się dziś stało! Ale z godziny na godzinę zad mi odżywa, więc pewnie jutro będę z dumą paradować w pracy z medalem na szyi!

Rany! Półmaraton za mną. Co ja będę robić!?

PIOSENKA TYGODNIA

Vance Joy - Riptide - tłuką to teraz w radio, tłukę to teraz na odtwarzaczu. Także ostrożnie, uzależnia :)

N.