wtorek, 1 października 2013

Biegowy update


Wracam do świata żywych :) Wczorajsza obrona przebiegła ze skutkiem pozytywnym, także mogę odetchnąć z ulgą po ostatnich miesiącach koszmaru. Choć fakt, że nie muszę już pogłębiać płaskodupia nad książkami jeszcze do mnie nie dociera i dla przykładu, jedząc śniadanie odczuwałam niepokój i wyrzuty sumienia, że oglądam Lekarzy, a nie atlas anatomii :D

Drugie ogłoszenie parafialne - tak, jak obiecałam, jeśli do minionej niedzieli nie otrzymam adresu do wysyłki bransoletki, wybieram kolejnego zwycięzcę. Następnym strzałem najbliżej 33 był strzał 25. Ola, wiesz co robić :)

I przechodząc do tematu - biegowy update. Ostatnim razem zwierzyłam się Wam z pierwszych trzech tygodni biegania z planem, dziś miałam zamiar pochwalić się kolejnymi trzema, ale jak się zaraz zorientujecie, coś poszło nie tak ;p

Tydzień 4 rozpoczęłam od 20 min biegu, a skończyłam z nowymi rekordami - generalnie, cały czwarty tydzień to było bicie własnych rekordów! Co ubierałam buty, bach, a to poprawa Coopera, a to 3km prawie sprintem. Nie będę ukrywać, że to zasługa niewiarygodnego wkurwu na promotora - gdyby nie on, nie miałabym w sobie tyle agresji do rozładowania <3

Dwa dni później miałam za zadanie biec 40 min z 3 przebieżkami. Tak, moje ulubione przebieżki <3 Zrobiłam jedną, bo tak dobrze mi się biegło, że kompletnie zapomniałam, jak był plan! Dopiero w okolicy miejsca, w którym zwykle mam kawałek płaskiego do rozpędzenia się, przypomniałam sobie, że te 40 min to nie było takie lajtowe fruwanie..


W niedziele nie pobiegłam, ale postanowiłam nadrobić w poniedziałek. Z braku pomysłu na trasę, udałam się na bieżnie i napierdzielałam, aż poprawiłam Coopera, 1 km, 1 milę i 3 km. Taka jestem ;p

Piąty tydzień biegania zaczęłam we środę i od tego dnia GPS w telefonie ma mnie w poważaniu! Albo łapie sygnał (tak twierdzi) i nie zapisuje trasy, ewentualnie szuka sygnału przez 30 min biegu i nic. Ja tylko na horyzoncie pojawia się Mężczyzna - nagle GPS łapie nadajniki po drugiej stronie globu.. Ale wracając do środowego biegu - 25 min z rana, to pustki na trasie.

We czwartek GPS udawał, że działa, po czym z tyłka zaczął mnie teleportować! Na szczęście tym razem nie zwiedzałam innych kontynentów, więc gotowa byłam jakoś przełknąć ucięte kilometry (45 min biegu to prawie 8 km!), jednak po zgraniu treningu okazało się, że dzięki teleportom przebiegłam 1 km w... 2 minuty.. Także znowu musiałam kasować i wprowadzać dane ręcznie.

Zrezygnowana postawą GPS w sobotę po prostu włączyłam Endo i ruszyłam, jak złapie, to miło, jak nie, to nie będę tracić czasu na łażenie wkoło, marznięcie i denerwowanie się, że nie łapie. Nie, to nie. Trochę szkoda (oczywiście, nie złapał..), bo jeśli w 25 min przebiegłam prawie 4,5 km, to mogły paść tego dnia kolejne rekordy.

W zeszły wtorek zaczęłam tydzień 6 po raz pierwszy - 25 min biegu dookoła osiedla. To był kolejny bieg dla ratowania zdrowia psychicznego. Następnego dnia miałam składać pracę w dziekanacie i chyba podświadomie czułam, że łatwo nie będzie, więc wyżyłam się zawczasu. 
Nie planowałam też tego, co nastąpiło potem, a więc braku kolejnych treningów. Te 4 dni, które miałam na przygotowanie się do obrony były dość szalone i nie znalazłam chęci na bieganie.

Żeby nie było, że rzuciłam bieganie, ooo nie! Dziś zaczęłam tydzień 6 po raz drugi :) Ubierając się w legginsy zdałam sobie sprawę, że tydzień (!!!!) bez biegania i generalnie wątpliwie zdrowego prowadzenia się, zaowocował powrotem boczków (gumka od legginsów utopiła się w tłuszczu). Pewnie do końca tego tygodnia już ich nie będzie, ale szok, jaki przeżyłam już podczas ubierania się, spowodował, że ilekroć łapała mnie zadyszka, jeszcze sobie dokładałam, bo przecież rozlazłam się przez tydzień (co z resztą widać po czasie i dystansie..) :)

 Od tego tygodnia biegam 4x w tygodniu. Trochę mnie to przeraża z powodu braków w garderobie - mam tylko 2 staniki sportowe i chyba będę musiała je suszyć suszarką, by wyschły po praniu na czas :D 

A, i jeszcze zauważyłam, że mnóstwo osób odpuściło sobie bieganie (ja mam zamiar biegać do pierwszego przeziębienia), ścieżki, na których zwykle ciężko było się pomieścić z pozostałymi biegaczami, osobami uprawiającymi walking z kijami (bo w pojedynkę ciężko mówić o polish walking talking), psami i ich nieogarniętymi właścicielami, świeciły pustkami. Minęłam w sumie 4 osoby. To co będzie, jak temperatura spadnie do zera? :D


sobota, 28 września 2013

Yankee Candle - Mango Peach Salsa

Mózg już mi eksploduje od czytania własnych wypocin, toteż zrobiłam sobie przerwę na wrzucenie tego tekstu. Część z Was pewnie wie, a reszta właśnie się dowie, że do poniedziałkowego popołudnia wciąż jeszcze będę nieobecna w internetach i realnym życiu (zastanawiam się, w którym bardziej..) - potem mam zamiar świętować trzy nowe literki przed nazwiskiem. O ile podczas ich bronienia nie umrę na stres. :D Jakkolwiek - nie mam czasu i weny na tworzenie porządnego wpisu, więc odgrzewam kotleta. Smacznego!

Długo nie spoglądałam nawet w stronę Mango Peach Salsa - ukochałam sobie Waikiki Melon, więc po co mi kolejny owoc w pokoju :) Wylądowałam jednak kiedyś w woskowej świątyni z listą wycofywanych zapachów i stwierdziłam, że spróbuję sałatki, co mi tam.


O, mamuniu! Tym razem dostajemy mocno owocowe uderzenie, bardzo słodkie, soczyste nawet. Obawiałam się, że zdubluje się z WM, jednak jest od niego dużo słodszy, brak mu tego czegoś, co przełamuje melona. Gdybym miała określić ten zapach bardziej zjadliwie, to byłoby to trzymanie głowy w misce z ponczem <3

Le producent: Słodki i lekko pikantny... soczyste mango i brzoskwinie połączone z wonią drzewa cytrusowego, kwiatami imbirowymi i różowym pieprzem. Le mój nos: Słodka, soczysta brzoskwinia z mango i ciemnymi winogronami, podlana rumem. Pikanterii nie stwierdzam.

I podobnie jak w przypadku Red Velvet pytam ja się - Yankee Candle, czemu wycofujecie!?