Dzisiejszy post jest odpowiedzią na zaproszenie
Eweliny do zabawy
Polub siebie/Lubię siebie, polegającą na wypisaniu kilku swoich cech fizycznych, które najbardziej lubimy. Fizycznych, eh.
 |
| fot. Paulina Golec |
To nie jest tak, że nie lubię swojego ciała. Po prostu nie umiem wskazać takich jego części, które powodują u mnie wow. Zawsze znajdzie się jakieś małe ale, które wynika po części z mojej czepialskiej osobowości, a po części ze świadomości, że jeszcze trochę pracy przede mną, nim stwierdzę, że jestem w 100% zadowolona, np. z mojego brzucha.
Dużo czasu zajęło mi zaakceptowanie, że niektórych mankamentów mojej fizyczności nie przeskoczę. Jeśli wszyscy w rodzinie matki mają duży nos, a w rodzinie ojca garbaty, to jedynym ratunkiem dla mojego egzemplarza jest młotek chirurga plastycznego - na szczęście tylko raz w życiu ktoś zaskoczył mnie (negatywnie) swoim docinkiem, więc nigdy ten drobny defekt nie urósł do rangi problemu rujnującego moje życie.
Podobnie rzecz się ma z biustem, czy nogami. Ten pierwszy mógłby być większy, wiadomo, fajnie móc nosić sukienki o kroju innym, niż worek po kartoflach, czy czuć się pewniej w sytuacjach iście sypialnianych. Jednak wygoda jaką zapewnia mi moja kompaktowa parka podczas biegania, ćwiczeń, kiedyś baletu, a w przyszłości, gdy większość moich rówieśniczek będzie miała już tzw. biodrówki - bezcenna. No i mogę kupować staniki sportowe w H&M za 40zł nie martwiąc się tym, że nie będą pasować :)
Z nogami zadziała się ciekawa sprawa. Uwarunkowania genetyczne potrafią przyprawiać o nienawiść względem swojego ciała. Mam po ojcu (pytam się, czemu?) krzywe nogi. Przez krzywe mam na myśli szpotawe, thanks god, w niewielkim stopniu, więc jeszcze nie da mi się wsadzić beczki między kolana :) Natomiast zaburzona oś nóg już daje się we znaki - problemy ze stawami, o których rozpiszę się więcej po półmaratonie. Jest to też problem wizualny, szczególnie dla kobiety. Ubierasz szorty, patrzysz w lustro i ubierasz jednak luźne gacie do ziemi.
Czemu tyle piszę o swoich niedoskonałościach, skoro miał to być tag o moich ulubionych częściach ciała? Krzywe nogi były przyczynkiem pewnych głupich eksperymentów, których podjęłam się w latach późnego cielęctwa. Wymyśliłam sobie, że jeśli odpowiednio rozbuduję muskulaturę nóg, to nie będzie tak bardzo widać, że są krzywe. Rozumiecie to? Robiłam masę i rzeźbę łydki. Tylko łydki. Tylko mocno porąbana nastolatka mogła coś tak głupiego wymyślić ;) Oczywiście niewiele z tego wynikło (wizualnie), ale dostrzegłam pewną zależność - jeśli ćwiczę, mam mocniejsze mięśnie, czuję się silniejsza, a to cieszy mnie bardziej, niż sześciopak na brzuchu, który wciąż jeszcze nie ujrzał światła jupiterów. Tak też zrodziła się moja miłość do ud i to od nich zacznę wychwalanie swego ciała.
UDA
Pierwsza część mego ciała, o której zaczęłam ciepło myśleć. I to nie w związku z ich prezencją, a siłą właśnie. Zawsze, gdy ktoś mi wytykał, że mam duże (grube - to jednak częściej padało) uda i patyki zamiast łydek, odpalałam, że może i są duże, ale silne. Cieszyło mnie, gdy mogłam szybciej biec, dłużej zjeżdżać na nartach, nim uda paliły żywym ogniem. Dziś, po wielu latach, w końcu widać poszczególne mięśnie, na razie tylko, gdy je napnę (na anatomii palpacyjnej każdy chciał uczyć się na moich przywodzicielach ^^), jednak jest to dla mnie na tyle budujący widok, że gdy opadam z sił na fitnessach, czy podczas biegu, to gapię się na swoje pracujące udka i zacieszam.
SZYJA
Ten podpunkt będzie chyba mocniej porąbany, niż podnieta własnymi udami :) Kto mnie widział w realu, ten wie, że się garbię. Mimo zamkniętej i skulonej postawy nie można powiedzieć, bym miała przyklejone barki do uszu. Bo mam długą szyję - efekt baletów i ciągłego ściągania obręczy barkowej w dół (nie ściągania łopatek w tył, tylko całej obręczy w dół). Pewnie kiedyś beknie za to kręgosłup, ale na razie się nie martwię, tylko cieszę smukłą szyjką (gąski).
WŁOSY
Chociaż ciągle na nie narzekam. Bo porowate, ciągną wilgoć i robi mi się pudel przy twarzy ilekroć spadnie 1 mm deszczu :) To minusy. A plusy? Długie, mocne, gęste, w zimie grzeją razem z szalikiem (;p), latem jaśnieją i mam piękne pasemka. Nieposłuszne i jednocześnie proste w obsłudze. Jak nie chcą się ułożyć, to spinam w koka i luz.
NA-TALIA
Już wiemy, że mam skromny cyc, genu murzyńskiego tyłka też nie posiadam (za co akurat mocno w duchu dziękuję!), więc moje kobiece kształty w dużej mierze robi..miednica. Szerokie biodra, oprócz spokoju ducha podczas porodu naturalnego, dają także złudzenie wąskiej talii. Nie wiem po kim mam ten atrybut, ale lepiej trafić nie mogłam.
W sumie to chyba się rozkręcam w wyszukiwaniu pozytywów!
Myślałam, że na udach poprzestanę. To jednak chyba jedyna moja
jako tako ulubiona część ciała. Reszta przyszła po namyśle i kilku minutach przed lustrem. Pewnie po godzinie ten post byłby jednym wielkim samozachwytem. Pewnie taki był zamysł autora tagu - zmusić nas w końcu do dostrzeżenia swoich atutów. Kogo nominuję do zwierzeń?
Olę i
Małgorzatę, bo się opierniczają w blogowaniu (rzekłam ja, jeden post/tyg ;p),
Sylwię, bo jest najświeższym obserwatorem :) oraz właściwie każdego, kto ma ochotę.
N.