piątek, 7 czerwca 2013

Dzień zagłady, czyli wizyta u fryzjera..

Nienawidzę chodzić do fryzjera.

Większym strachem i niechęcią darzę chyba tylko wizyty u dentysty. Problemy z podcięciem końcówek (ewolucja 5 cm w 15cm), poparzony suszarką kark, retro-fala w studniówkowej fryzurze.. lista wpadek nie ma końca, a ponieważ odwiedzam przybytek fryzjerski góra dwa razy do roku, to wychodzi na to, że co drugi raz mam jakąś jazdę..

Ostatnio moje kłaki były w dość szpetnym stanie, a sesja za pasem (o przesądach mojej mamy pisałam na poprzednim blogu), więc wpasowanie podcięcia końcówek w tym tygodniu było nieuniknione. Każdy dzień przynosił coraz większą falę lęku, aż nadszedł piątek! Dzień zagłady kłaków. Jeszcze przed wyjściem z domu stałam przed lustrem i próbowałam sobie wmówić, że nie jest tak źle, do lipca wytrzymam :p Ale głupio tak odwoływać wizytę 5 min wcześniej. Nawet nie głupio, po prostu chamsko. Więc wzięłam się w garść i poszłam.


Jak widać za załączonym obrazku - udało się! Pani fryzjerka nie dość, że wysłuchała moich rad odnośnie obsługi tego siana, to jeszcze okazało się, że jest zaznajomiona z centymetrem i ogarnia ile to 10 cm. 

Czuję się dziwnie, jakby ubyło mi połowy włosów. Zaszalałam i oprócz mojego zwyczajowego podcięcia końcówek, poprosiłam też o ich zaokrąglenie - zawsze to coś innego, lepiej się układają, ale jak potrzebuję związać kłaki, to nie ma problemu i odstających pasm, jak po cieniowaniu.
Generalnie - jest git :)

Niestety, dalej nie wiem jak mam się uczesać pod biret - cokolwiek nie upnę, wyglądam tak samo - jak pół dupy zza krzaka :)

środa, 5 czerwca 2013

Bydło, trzoda i reszta przyszłych absolwentów

Wtorek, godzina 18.00, akademiki.
Z okazji sobotniej uroczystości, hucznie zwanej Absolutorium, miałam wątpliwą przyjemność odbierać wczoraj togę i biret. Umówiłam się z D., wchodzimy do środka, a tam już tłum ludzi stoi, siedzi, myślę - spoko, mam całą wieczność...
Nagle stado przypomniało sobie, że szaty rozdają w sali 6 i jak się nie zerwą! Podchodzimy z D. i napotkaną w tłumie K. w stronę owej salki, ustawiając się za osobami, które są przed nami. I git.

Ale krowy, które opasłe swe cielska rozsadziły po okolicznych parapetach, a z racji gabarytów zwlec się szybko nie mogły, krzyk z końca kolejki podniosły, że ONE BYŁY PIERWSZE! Nie szkodzi, że nie tam, gdzie trzeba, ważne, by mielić ozorem i przetoczyć się na początek.
Walka ta była z góry przegrana. Moje marne 56kg nie było w stanie utrzymać pięciu niewiast, na oko po 150kg każda, więc przedarły się te matrony na początek i furkają, jakby wygrały życie. Bo one takie poważne panie piguły*!

W kolejce zafalowało. Pojawiła się następna, pechowo dla niej, mniejszych gabarytów kozica. Bo ona była przed 18, ale cofnęła się do pokoju i ktoś tam z przodu zajmuje jej kolejkę i w ogóle! Dziewczę za mną próbowało humanitarnie wytłumaczyć jej, że nie przejdzie dalej, bo nie, ale dopiero moja wyrwana spod wątroby kurwa usadziła fikającą w ciszy. Strasznie mi głupio, że aż tak mnie poniosło, ale staranowanie przez ciężkie krowy sprzed kilku minut spowodowało, że mój krwiobieg zdominowała adrenalina. Tłum zgodnie przyznał, że nie ma takiego wpychania się. Koniec frajerstwa. Biedne cielaki musiały stać na szarym końcu.

Po godzinie zmagań w końcu dotarłam do sali nr 6, pożyczyłam togę, dostałam biret. Przymierzyłyśmy z D. nasze nakrycia głowy i zgodnie buchnęłyśmy śmiechem :) Widok nieprzeciętny! W drodze do domu naszła mnie refleksja: jeśli to, z czym dziś miałam okazję obcować, jest przyszłością polskiej służby zdrowia, to ja pierdykam, emigrujcie...


* najbardziej pchały się panie, które zapewne w toku swojej pracy zawodowej zostały zmuszone do podniesienia swoich kwalifikacji do poziomu co najmniej magistra. Wiek: 40+, waga: 100+, ból dupy: 1 000 000+. To kobiety, którym wydaje się, że jeśli są starsze ode mnie i pracują, to już są lepsze i w kolejce stać nie muszą, wszak starszym się ustępuje, prawda? 


EDIT: Zapomniałam się pochwalić: marketing: 5.0 - dziękuje, jestę marketingowcę ^^