sobota, 2 kwietnia 2016

Sobotnie rozkminy


Od dwóch dni leżę. Tym razem poskładało mnie na tyle skutecznie, że lekarz nogą tupnął i L4 nie przepuścił. O ile wizja sprzedania tej wirusowej gadziny niefajnym pacjentom mocno kusi, tak zdrowy rozsądek wziął górę - pewnie wszelkie atrakcje złapałby ktoś z personelu, a ja, sądząc po zadyszce dopadającej mnie w drodze do kibla (10 m), zaliczyłabym odjazd. 

I tak leżę od dwóch dni, pilnie wypełniając zalecenia - tabletki, syropy, płyny i kokoning. Nieprzyzwyczajona do takiej dawki wolnego czasu zaczynam świrować. Nie potrafię skupić się na czytaniu, od monitora łzawią mi oczy i wraca ból głowy. Dupsko boli, mięśnie zanikają, sąsiad pierdzi wiertarką. Próbuję znaleźć jasne strony mej sytuacji, ale nijak mi nie wychodzi.

Podły humor pogłębiają dwie sytuacje, o których chciałabym dziś napisać, a na zgłębienie których mam trochę czasu - fizjoterapeutyczna zagłada, do której już tylko krok oraz episkopat forsujący moją (i innych kobiet) szyjkę macicy. 

Zacznę od bliższej mi kwestii, czyli Ustawie o zawodzie fizjoterapeuty. Z góry przepraszam czytających to kolegów po fachu za uproszczenia, jednak świadomość większości społeczeństwa odnośnie naszej pracy zamyka się na ten pan od masażu, tudzież operator lasera i TENSa. Zatem dla zarysowania sytuacji - mój zawód jest trochę jakby poza prawem - jest, ale formalnie go nie ma :) Studiuje się go od lat, również od lat placówki rehabilitacyjne zalane są fizjoterapeutami, o prywatnym sektorze nie wspominając. Taka sytuacja doprowadziła w ostatnich latach do skandalicznych sytuacji. Wyobraź sobie, że potrzebujesz pomocy fizjo, znajdujesz jakiś gabinet, kładziesz na leżance i w wyniku czarów terapeuty, już z niej nie wstajesz. Co poszło źle? W postępowaniu sądowym, na które zapewne się zdecydujesz, okazuje się, że gabinet prowadzi osoba, która uzyskała prawo do nazywania siebie fizjoterapeutą po 4- godzinnym kursie. I nie wiedziała, że nie zawsze strzelanie z kręgosłupa jest dobrym pomysłem. Nie powinno tak być? Jestem dokładnie tego samego zdania - stąd od kilku lat toczy się batalia o stworzenie i wprowadzenie w życie Ustawy o zawodzie fizjoterapeuty (analogicznej do ustaw lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych i innych medycznych zawodów). Ustawa ta ma określić kto może nazywać się fizjoterapeutą, jakie taka osoba ma kompetencje, co może, czego nie itd. Najpierw żarły się między sobą główne stowarzyszenia fizjo w Polsce - jedne chciały spisać ustawę tak, by dać dużo wolności fizjoterapeutom (mniej więcej tak, jak jest to w całej Europie), drugie tak, by uzależnić pracę magistrów i licencjatów od specjalistów (specjalizacja w tym zawodzie nie polega na doskonaleniu się jakieś węższej dziedzinie, to powtórka ze studiów, poszerzona o kursy, które musisz zrobić, nawet jeśli Cię nie interesują i oczywiście za wszystko płacisz sam), na czym zyskałyby głównie owe stowarzyszenia, bo wiele osób zostałoby zmuszone do zrobienia specjalizacji. Jakimś cudem w końcu udało się dojść do porozumienia, wszak zalew rynku pseudo-fachowcami przynosił coraz więcej ofiar w osobach pacjentów i pośrednio powodował, że ludzie boją się iść do fizjoterapeuty, ćpanie ibuprofenu wydaje się być bezpieczniejszą formą terapii. Projekt Ustawy zatwierdził prezydent Duda, trafiła pod głosowanie i się zaczęło..
Jest jeszcze jedno silne lobby - lekarze rehabilitacji medycznej - to taki twór, który miał stać na drodze między lekarzami specjalistami a rehabilitacją - ortopeda, reumatolog może być świetny w swojej dziedzinie, ale średnio orientować się w tych wszystkich ćwiczeniach, metodach i bioprądach. Osoby wykonujące zabiegi nie zawsze posiadają pełne wykształcenie wyższe, toteż nie chciano powierzać im decyzji o leczeniu pacjenta. Stąd lekarz rehabilitacji medycznej. Niestety, w przeciągu 5 lat studiów i 2,5 roku pracy spotkałam jednego (!), tak, jednego lekarza tej specjalizacji, którego śmiało mogę nazwać kompetentnym. Trochę słabo, c'nie? I absolutnie nie mam tu na myśli braków w wiedzy stricte medycznej, tej wyniesionej z Collegium Medicum, mam raczej wrażenie, że większość zatrzymała się te 15 lat temu i tej wiedzy się trzyma. Nie znają metod specjalnych, nie czytają najnowszych publikacji, nie chcą słuchać, gdy mówi się im, że można coś zrobić lepiej, szybciej. Potem mam takie kwiatki, jak zlecenie zabiegów laserem na szyję u kobiety z guzami na tarczycy (raczej mocne p/wskazanie do tego zabiegu), czy ultradźwięków na górne kręgi szyjne (anatomia i fizyka się kłania, w pas!!!!) lub leczenie rwy kulszowej machaniem nogą w UGULu (w odciążeniu), nosz kurka! Większość tych zaleceń po prostu nic pacjentowi nie da, niektóre zaś mogą być groźne dla jego zdrowia lub życia. Stąd moje, jak i większości fizjo, bardzo ostrożne podejście do lekarzy i ich zaleceń. Stąd też konflikty, bo jak mają ręce nie opadać w takich chwilach?
I właśnie ci lekarze postanowili zabrać głos - po wspomnianych wcześniej kłótniach wewnętrznych, ustalono, że jeszcze nie czas na taką samodzielność magistrów fizjoterapii, by na podstawie lekarskiego rozpoznania mogli sami zaplanować terapie pacjenta (dobrać zabiegi, dawki) - w praktyce oznaczało to, że nic się nie zmieni - na NFZ dalej będę zbierać zleceniowe kwiatki od lekarzy, a prywatnie każdy jest panem swego losu. Fair enough. Tymczasem po cichutku, po kryjomu wprowadza się zapis, który uzależnia zarówno fizjoterapeutów, jak i pacjentów od zlecenia lekarskiego i to nie tylko na fundusz, ale i za fundusz. W praktyce oznacza to, że nie mogę w swoim prywatnym gabinecie przyjąć nikogo, kto nie ma świstka od lekarza. Wiecie ile dziś, gdy Ustawa wciąż jest w zawieszeniu, czeka się na rehabilitację? Ze 3-4 miesiące (na fundusz, w Krakowie). Zatem ile będzie się czekało, gdy Ustawa w takim brzmieniu wejdzie w życie? Rok?
Stąd masowe przekwalifikowania fizjo w osteopatów - ten zawód w Polsce jest głęboko w powijakach, na całe szczęście..

I gdy już powoli szukam destynacji emigracyjnej (za coś trzeba żyć albo zmienić zawód), do mej macicy wmaszerowują panowie w sukienkach. Ten temat jest pewnie szerzej znany, więc przejdę od razu swoich odczuć. Ciężko mi wyobrazić sobie kobietę, która prawnie zobligowana jest do urodzenia dziecka, gdy tego nie chce. W medialnej dyskusji pada wiele argumentów, powoływanie się na sumienie, religijność, to znowu na prawo kobiety o decydowaniu o swoim ciele itd, itp. Każda strona ma swoje argumenty. Każdy z nich ma jakieś uzasadnienie, choć jednego zrozumieć nie potrafię - co w obecnym prawie jest złego? Nie jesteśmy (jeszcze) państwem klerykalnym (formalnie), zatem prawo kościelne nas nie obowiązuje. Jest jasno określone: można usunąć ciążę, gdy jest wynikiem gwałtu, gdy zagraża życiu matki, gdy płód jest uszkodzony. Słowo klucz - można. Nikt nikogo nie zmusza do przerwania takiej ciąży, zabijania dziecka, czy kiedy tam definiujecie, że zlepek komórek staje się człowiekiem. Jednak wydaje mi się skrajnie niehumanitarnym zmuszanie kogokolwiek do donoszenia ciąży, gdy jej powstanie lub kontynuacja przyniesie tylko ból i cierpienie. Ale to moje zdanie, wynika z moich przekonań i moich rozmyślań natury etycznej. I znalazłoby zastosowanie w moich, tylko moich czynach. Nie miałabym czelności wymuszać na kimkolwiek takiego postępowania, stąd moje wzburzenie, iż ktokolwiek pozwala sobie narzucać mi prawnie jeden słuszny wzór postępowania. Czy polski kościół jest aż tak słaby, iż musi siłą domagać się posłuszeństwa?
Zastanawia mnie jeszcze kwestia kobiet, które poroniły. Nie chciały tego, po prostu tak czasem jest. Pójdą do więzienia za coś, co się w naturze zdarza i to nie rzadko? Co z tymi kobietami, które nawet nie wiedziały, że w ciąży były, a ją straciły? Też za kraty? Jeśli za moment powstania człowieka uznamy zapłodnienie, to co z kobietami, u których zarodek ten nie zagnieździł się w macicy? Idąc dalej tą chorą filozofią, co z kobietami, które były w ciąży mnogiej i jeden z zarodków obumarł (został wessany przez braci/siostry)? Można uznać, że przesadzam, ale w jaki sposób wytłumaczyć te, jakby nie było, procesy selekcji naturalnej przed sądem, gdy usilnie wmawiają nam, że do tego właśnie dążyliśmy swoim postępowaniem, stylem życia?
Czy jestem zatem po drugiej stronie i chciałabym liberalizacji prawa, bo uważam, że ludzie mają prawo decydować o sobie i samodzielnie rozstrzygać dylematy moralne? Aż tak ludziom nie ufam, a historia już pokazała, że Polak potrafi. Uważam, że aktualny zapis powinien zostać w niezmienionej formie - jak ktoś będzie chciał go obejść, to obejdzie, wszak Czechy leżą całkiem niedaleko :) Nikt natomiast nie zadba o ofiary gwałtu, porzucone po urodzeniu niepełnosprawne dzieci i rodziców, którzy w duchu modlić się będą, by ich potomek z ancranią cierpiał jak najkrócej (zapalenie mózgu to ponoć dość uciążliwe doświadczenie) - o ludzi, którzy nie podzielają kościelnych ustaleń, iż płód jest człowiekiem i jest nietykalny, a zostali zmuszeni do ich przestrzegania,

Przeraża mnie to, co się dzieje w tym kraju. 
N.

wtorek, 29 marca 2016

2. Krakowski Bieg z Dystansem


Dla Małych Serc

Niedzielę Palmową spędziłam w tym roku na biegowej trasie, bez palmy, rzecz jasna :D Za to z chęcią sprawdzenia, jak cienko ma kondycja piszczy. W marcu ciężko mi było znaleźć czas na treningi, więc czekałam na ten start jak na promocję na orzechy nerkowca - w pełni podjarana.

Dzień wcześniej pojechaliśmy z Mężczyzną po pakiet startowy. Niewątpliwie jego hitem była koszulka, o czym już snapowałam i na fejsie pisałam, nie ja jedna, z resztą ;) Od jakiegoś czasu, mimo noszenia koszulek w rozmiarze S, w zgłoszeniach do biegów wybieram eMkę, z dwóch powodów: 1) gdy potrzebuję ubrać coś pod ową koszulkę, rozmiar M jest w sam raz, 2) gdy na liczniku wagi odnotowuję +2kg, zmagazynowane jakże niefortunnie w okolicy brzucha, rozmiar M pozwala mi uniknąć tłumaczenia się z ciąży spożywczej ;) Także na ten bieg zadeklarowałam rozmiar M, który może i eMką był, ale w rozmiarówce dziecięcej. Wymiary podane przez producenta nie do końca pokrywały się z tym, co otrzymałam (tak +/- 4 cm), a o wymianie na większy rozmiar nie było mowy. No, trudno, jak ktoś chce marzannową koszulkę, to oddam, mnie się nie przyda.

Ciekawym smaczkiem z pakietowej makulatury był bon rabatowy (całe 5%!) na badanie DNA pod kątem predyspozycji sportowych. 

:D

W niedzielę, wraz z męską tym razem, drużyną dopingującą, stawiłam się na starcie. Trasa biegu rozpoczynała się na ostatnich 10 km półmaratonu, czyli Bulwary na wysokości Mostu Grunwaldzkiego. Rozgrzewka postępowała bardzo mozolnie, głównie z uwagi na zajebisty wiatr, ale też mikro zawał, który miałam tuż przed startem. Truchtam sobie prawilnie, aż tu prawa noga w dość dosadny i bolesny sposób informuje, że chyba dziś nie pobiegamy. Pierwsza myśl - nerw kulszowy, o w mordę, to poleciał kręgosłup, o w mordę, co ja mam im powiedzieć, że wracamy do domu!? Druga myśl - to nie nerw, to je*ana taśma tylna! Ta druga opcja, może niezbyt przyjemna, może ciut bolesna, ale wielkiej krzywdy przez 10 km sobie nie narobię, zatem biegnę. Tak jeszcze trochę pęcherz wzywa, jednak kolejka do tojka ma chyba kolejną dyszkę, więc zaciskam zwieracze i ustawiam się na starcie. 

3,2,1... start!
Idę spokojnie do linii startu, letki trucht, odpalam Polara, biegnę kilka metrów i.. stop. Trasa zaczynała się od podbiegu alejką w kierunku Smoka Wawelskiego, zrobiło się wąskie gardło i stoimy. Pierwszy kilometr zamknęłam w 6:30 min, więc możecie sobie wyobrazić poziom do którego wywindowało mi adrenalinkę :> Na szczęście dalej było już tylko przyjemniej, Rynek, Planty, jakoś tak mnie niosło, nawet wyprzedzanie szło gładko, choć trochę poszarpałam. Tak sobie pykałam po emerycku aż wróciliśmy na Bulwary. Chwyciłam za kubek z wodą i nie trafiłam do ust, oblewając sobie twarz xD Chwilę później zrównałam się z chłopaczkiem, na oko 10-11 lat, który uskuteczniał marszobiegi - sumarycznie cały czas trzymał moje tempo 5:45/km - ogromny szacunek. Na Salwatorze uznałam, że bolą mnie nogi. Ostatnie 3 km, w oddali ktoś śpiewa Adele, wiatr wali mi w nerki, ale to już tylko Błonia, to już prawie koniec. Po nawrotce dostaję strzała w twarz, mielę nogami w powietrzu i stoję w miejscu :D Ostatni. Kilometr. Do. Cholery! Chcę cisnąć, ale tak wieje, że nic z tych pocisków nie wychodzi. Wpadam na metę z zawrotnym czasem netto: 00:58:14

Panowie wciskają mi wodę, izotonika, banany, czekoladę, ale nie korzystam. Opatulona kurtałką zmierzam po posiłek regeneracyjny - zimna herbata i gorące danie, prawdopodobnie grochówka. Nad talerzem mym rozgorzała męska dyskusja o wojskowym jedzeniu - ojciec wychwalał sobie znaną polową strawę, Mężczyzna z błyskiem w oku wspominał dziecięce smaki. Tymczasem ja dochodziłam do wniosku, że to naprawdę nie jest ważne, czy grochówka jest gęsta, rzadka, ile jest grochu, ile mięsa - istotą dobrej grochówki są okoliczności, w których została spożyta, ejmen. Ta była wyśmienita - stwierdza to osoba, która nie lubi grochówki :D

Na początku notki wspominałam o sprawdzianie kondycji. Rok temu biadoliłabym, że słabo, że geriatria i Ciechocinek w jednym, w tym roku, w zastanych okolicznościach cieszę się z kadencji 80-82 o/m i tętna, które wspaniałomyślnie nie przekracza 200! #drobneradości
Gdyby kogoś zastanawiało, co było dalej z prawą nogą... no cóż, funkcję stopy pt. wspięcie na palce odzyskałam dopiero w Wielki Piątek. Ruch to zdrowie, c'nie? ;p

Na horyzoncie już majaczy kwiecień, a w nim dwa biegi, jeden dla towarzystwa, drugi.. dla towarzystwa, ale dopiero na mecie. Już nie mogę się doczekać!

N.